Złodzieje sztuki. Kto i dlaczego kradnie obrazy?

Pięć milionów dolarów czeka. Wystarczy pomóc policji odnaleźć "Koncert" Vermeera i "Burzę na Jeziorze Galilejskim" Rembrandta. Obrazy są częścią wartej pół miliarda kolekcji skradzionej nieznanych sprawców. Co roku z muzeów i galerii giną dzieła sztuki warte miliardy dolarów. Odnajdywanych jest nie więcej niż 10 procent z nich.

Główna motywacja złodziei to oczywiście pieniądze. Ale kradną też z miłości do sztuki, a są też inne zaskakujące powody, zwłaszcza, gdy mowa od dziełach bezcennych, jak najsłynniejszy obraz Luwru.

W 1911 r. w Paryżu triumfy święci artystyczna awangarda, w klubach i galeriach brylują Picasso i Strawiński, a francuski rząd bardziej niż sztuką interesuje się problemami konfliktu marokańskiego. Około południa 22 sierpnia malarz Louis Béroud, pracujący nad kopiami słynnych obrazów, przychodzi do Luwru, aby szkicować „Monę Lisę”. Ściana, na której wisiało arcydzieło Leonarda daVinci jest jednak pusta. Początkowo nikt, nawet strażnicy, nie przejmuje się zniknięciem obrazu. W Luwrze cały czas coś przenoszono z miejsca na miejsce, a obrazy zabierano do fotograficznej dokumentacji. – Jeśli kobieta nie jest ze swym kochankiem, pewnie jest u fotografa – dowcipkuje nawet Béroud ze strażnikami.

Po pewnym czasie jednak dyrektor Luwru Georges Benedite zrozumiał, co się stało, zarządził poszukiwania i, aby nie wywołać publicznego skandalu, zamknął galerię na cztery spusty. Wymówką miały być kłopoty z kanalizacją. Tajemnicy jednak nie utrzymano długo. Już tego samego dnia po południu na schodach nieopodal Salonu Carré odnaleziono pustą drewnianą ramę. Paryż pogrążył się w żałobie.

Theft of the Mona LisaTheft of the Mona Lisa ARCHIVIO GBB / CONTRASTO / ARCHIVIO GBB / CONTRASTO

23 sierpnia w miejscowych kościołach odprawiono msze w intencji odnalezienia skradzionego dzieła. Śledztwo przykuło uwagę całego Paryża.Pierwsze oskarżenia padły w kierunku francuskiej bohemy artystycznej. Podejrzewano Guillaume’a Apollinaire’a – poetę, bon vivanta i teoretyka sztuki współczesnej, który był zamieszany w kradzież masek i rzeźb z Luwru. Fanty wynosił jego przyjaciel Honoré-Joseph Géry Pieret, a ponieważ część skradzionych antyków kupił sam Pablo Picasso, uznano, że złodziej mógł działać na jego zlecenie. Apollinaire trafił na kilka dni za kratki, ale nie pomogło to w odnalezieniu obrazu. Picasso też został oczyszczony z zarzutów. Sprawę zamknięto po roku nieudolnych poszukiwań. Prawdopodobnie kwestia odnalezienia „Mony Lisy” przeciągałaby się latami, gdyby nie Alfredo Geri, włoski marszand, który w grudniu 1913 r. umieścił w gazetach ogłoszenie o skupie dzieł sztuki. Na anons odpowiedział niejaki „Leonardo”. Już wówczas Geri domyślał się, jaki obraz może mieć do sprzedania osoba o takim pseudonimie.Poinformował władze Luwru i wybrał się na spotkanie z tajemniczym sprzedawcą, a pod hotelikiem czekali już karabinierzy. Nie mylił się. „Mona Lisa” odnalazła się i dopiero wtedy wyjaśniła się tajemnica jej zaginięcia.

Vincenzo Peruggia – bo tak naprawdę nazywał się „Leonardo” – był włoskim emigrantem, zatrudnionym wcześniej jako szklarz przy pomniejszych remontach w Luwrze. Ukradł obraz z zamiarem przekazania go w przyszłości włoskim muzeom. Jako nacjonalista wierzył, że dzieło włoskiego mistrza powinno wrócić do ojczyzny – przynajmniej tak zeznał. Jego plan był prosty: w kostiumie konserwatora zabytków czekał w salach Luwru aż do zamknięcia galerii. Pracownicy znali go dobrze i – choć od kilku lat nie pracował już dla paryskiego muzeum – nikogo nie dziwiła obecność Peruggii o tak późnej porze. Korzystając z nieuwagi spieszących się do wyjścia strażników zdjął ze ściany obraz. Ramę schował do wiklinowego kosza, a płótno owinął białym kitlem i po prostu wyszedł.

Dzieło wróciło do Luwru po ponad 2 latach. Samego Peruggię skazano w czerwcu 1914 r. na rok i 15 dni więzienia. Odsiedział tylko część kary, bo miesiąc później rozpoczęła się wielka wojna, potem nazwana pierwszą wojną światową.

Do największego rabunku na sztuce doszło jednak dwie dekady później, podczas drugiej hekatomby.

Hitlerowskie łupy

Adolf Hitler sam był niespełnionym malarzem. W swoim rodzinnym mieście Linzu chciał tuż po wojnie stworzyć miasto idealne – Fu?hrerstadt. Miał już precyzyjny plan działania. Długa i szeroka główna arteria miasta zamykałaby się olbrzymim gmachem sztuki. Żeby zrozumieć rozmach hitlerowskiej koncepcji, trzeba wyobrazić sobie największe muzea Europy: Luwr, wiedeńskie Kunsthistorisches Museum i holenderskie Rijksmuseum, następnie przenieść ich zbiory do jednego budynku – tak mniej więcej wyglądałoby muzeum Fu?hrerstadtu.

Hermann GoringHermann Goring ullstein bild / ullstein bild

Gdy Europa zamieniała się już w tykającą bombę, wiosną 1939 r. Hitler powołał specjalne brygady SS, które miały zdobywać najcenniejsze dzieła sztuki. Cenne w rozumieniu samego Hitlera, bo ten nienawidził wszystkiego, co wówczas uznawano za nowoczesne. Van Gogha, Picassa czy impresjonistów pogardliwie nazywał Entartete Kunst, czyli sztuką zdegenerowaną. Kochał za to sztukę dawną. Takiej też zażądał od Hansa Bosse’ego dyrektora drezdeńskiego muzeum, który sporządził mu listę kilku tysięcy dzieł renesansowych, gotyckich czy wczesnobarokowych mistrzów. Szwadrony SS zgodnie z jego wskazówkami rozpoczęły plądrowanie muzeów i kolekcji prywatnych. Najpierw w Austrii i Czechach, a później w całej Europie. Nie tylko ku chwale przyszłego imperium, ale i dla prywatnego zysku nazistowskich dygnitarzy: Himmlera, Goebbelsa czy Göringa, który wydawał fortunę na kolekcje sztuki w swojej willi Carinhall.

Do przyszłego muzeum w Linzu zjechało według powojennej kwerendy 4731 prac. Dużo? To zaledwie odsetek z pięciu milionów dzieł zagrabionych przez hitlerowców.

Co rabowali? Przede wszystkim dzieła wyrażające pełnie „germańskiego ducha”, tworzone nie we Włoszech, które kojarzą nam się z renesansem, a na północy – w Holandii, Belgii, Niemczech. Oczkiem w głowie Hitlera był ołtarz w katedrze św. Bawona w Gandawie, pędzla dwóch wybitnych malarzy niderlandzkiego renesansu, Huberta i Jana van Eycków. Na liście Hitlera pojawiły się też prace Hansa Memlinga czy najwybitniejszego artysty niemieckiego renesansu – Albrechta Du?rera. Hitler dobrze wiedział, że tych ostatnich może szukać także w Polsce. Do Warszawy wysłał SS-Standartenfu?hrera Kajetana Mu?hlmanan. To za jego sprawą z warszawskiego Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej wyniesiono grafikę Du?rera przedstawiające odpoczywającą lwicę. Dzieło nigdy nie wróciło już do Polski.

Zakusom Hitlera cudem umknęło kilka ważnych dzieł, wśród nich „Bitwa pod Grunwaldem” (choć ten obraz raczej nie byłby chlubą niemieckich kolekcji). Wielkie dzieło Jana Matejki polscy muzealnicy zwinięli i wynieśli w skrzyni z gmachu Zachęty jeszcze w trakcie oblężenia Warszawy. Obraz przez 5 lat był w tajnej skrytce w Lublinie, chociaż Goebbels osobiście wyznaczył za niego nagrodę miliona Reichsmarek. Obraz przetrwał wojnę, jednak gdy wrócił do Warszawy, jego stan przypominał ogólny pejzaż stolicy.

Rembrandt, którego kochają złodzieje

Tunel, podkop, wybuch, tak zapamiętali porwanie dzieła sztuki wszyscy ci, którzy oglądali film „Vinci”, gdzie łupem padła słynna „Dama z gronostajem” zdobiąca ściany krakowskiego Muzeum Książąt Czartoryskich.Od fikcji Juliusza Machulskiego nie odbiega daleko najgłośniejsze włamanie ostatnich dekad. Wówczas łupem padł „Autoportret” autorstwa Rembrandta. Wszystko rozegrało się nocą 22 grudnia 2000 r. w przygotowującym się do świąt Sztokholmie. Nagle spokojną szwedzką stolicą wstrząsnęły dwa wybuchy. Eksplozja, która zniszczyła kilka samochodów, ściągnęła na miejsce kordony policji i uwagę całego miasta. W tym czasie trzech mężczyzn szturmuje budynek Muzeum Narodowego. Zastraszają pistoletami ochroniarzy i wchodzą do niestrzeżonych już sal galerii. Bandyci kradną dwa obrazy francuskiego impresjonisty Augusta Renoira i rzeczony „Autoportet” Rembrandta.

Obrazy znikają bez śladu na kilka lat. W tym czasie prasa rozpisuje się na temat kunsztu i wprawy rabusiów, którzy nie tylko skutecznie wdarli się do dobrze chronionego muzeum, ale i wprawnie odwrócili uwagę służb od swej akcji. Jakież było zdziwienie, gdy śledztwo, zakończone w 2005 r. doprowadziło do Szweda, Gambijczyka i dwóch zakapiorów z Iraku, którzy po zarzuceniu kariery bokserskiej spróbowali swych sił w złodziejskim fachu. „Mistrzowie zbrodni” wpadli podczas próby sprzedaży obrazów. Zarobić mogli naprawdę sporo, bo zrabowane prace wyceniono łącznie na 42 mln dolarów.

To jednak nie najcenniejsze skradzione dzieło geniusza światłocienia – Rembrandta. „Burza na Jeziorze Galilejskim” – jedyny obraz malarza przedstawiający scenę morską, zaginął bezpowrotnie 27 lat temu. Do kradzieży doszło w Bostonie, a rabusie znów skorzystali z odpowiedniej daty. Włamali się do Gardner Museum po hucznej nocy św. Patryka (w Bostonie jest mnóstwo Irlandczyków), wykorzystując filmowy trik. Przebrani za policjantów zapukali skoro świt do bram muzem, twierdząc, że doszło do włamania. Powiedzieli prawdę, choć z małym wyprzedzeniem. Szybko związali dwóch strażników.

Trzej rabusie grasowali bezkarnie po galerii przez ponad 90 minut, pozostawiając po sobie tylko puste ramy, z których wycinali bezcenne płótna. Z muzeum wynieśli nie tylko trzy obrazy Rembrandta, ale i kilka innych dzieł, w tym „Koncert” pędzla innego holenderskiego mistrza Jan Vermeera van Delft. Zniknęły też prace Edgara Degasa i Édouarda Maneta. Złodziejom za jednym zamachem udało się ukraść równowartość prawie 2 mld zł – czyli mniej więcej 25 palet przemysłowych wypakowanych stuzłotówkami do wysokości półtora metra. Nagroda dla tego, kto naprowadzić na ślad złodziei, wynosi 5 milionów dolarów i wciąż jest do odebrania.

Picasso na rozpałkę

Zarobek to tylko jedna z motywacji, kradnie się również dla sportu i dreszczyka emocji. W 1994 r., w dniu otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Lillehammer, z odległej o 200 km Narodowej Galerii w Oslo zniknął jeden z najsłynniejszych obrazów XX w., „Krzyk” Edwarda Muncha, przedstawiający przerażone oblicze na tle wielobarwnego, psychodelicznego pejzażu. Złodzieje byli na tyle bezczelni, że zostawili krótki liścik: „Dziękujemy za tak słabą ochronę”. Zuchwałość? Proszę sobie wyobrazić bezczelność złodzieja, który ze strzeżonego niczym twierdza nowojorskiego Metropolitan Museum wyniósł obraz francuskiego impresjonisty Claude’a Moneta „San Giorgio Maggiore podczas zachodu słońca”, by zwrócić go po kilku dniach i zostawić przed gmachem budynku. Powód? Złodziej zamiast skakać ze spadochronem czy regularnie startować w triatlonach, postanowił uprawiać ekstremalne kradzieże. Obraz wart miliony nie interesował go wcale.

Nie wszystkie obrazy mają jednak takie szczęście. Większość skradzionych dzieł znika bezpowrotnie, jak „Most Waterloo” francuskiego impresjonisty Claude’a Moneta i „Głowa Arlekina” autorstwa Pabla Picassa. W 2013 r. w małej rumuńskiej wiosce w domu Olgi Dogaru znaleziono w piecu niedopałki drewna, płótna i gwoździ. Policja szybko ustaliła, że to pozostałości po dziełach, które jej syn z kolegami ukradli kilka miesięcy wcześniej z muzeum Kunsthal w Rotterdamie. Starsza pani zeznała, że zrobiła to, „by zatrzeć ślady”. Ciekawe, czy wiedziała, że rozpala w piecu płótnami o wartości 200 mln dol.

Obrazy nieodnalezione to często trofea w rękach mafii. Pablo Escobar nie mając co robić z pieniędzmi wydawał je na obrazy, bo poza względami estetycznymi był to świetny sposób, by wyprać kolejne miliony dolarów. Jeśli jednak nie ma się fortuny Escobara, to sztukę trzeba ukraść. Piotr Ogrodzki, nieżyjący już najwybitniejszy polski ekspert związany z zabezpieczaniem muzeów, opowiadał o przypadku kilku prac Pabla Picassa skradzionych z muzeum w Paryżu. Sama kradzież miała być sprawdzianem dla kilku rekrutów paryskiej mafii. Dalej prace trafiały w ręce holenderskiej i tureckiej grupy przestępczej, za każdym razem będąc rodzajem zastawu, gwarancji dotrzymania umów.

Co nam obca przemoc...odda?

Skradzione dzieła wracają do Polski po latach. Najgłośniejszym takim przypadkiem jest sprowadzenie w 2010 r. do Polski „Pomarańczarki”, obrazu Aleksandra Gierymskiego. Praca zaginęła, jak tysiące innych dzieł, podczas wojny i dopiero w XXI w. wypłynęła na jednej z licytacji w domu aukcyjnym Eva Aldag, nieopodal Hamburga. Cena? Śmiesznie niska, bo 4400 euro, czyli prawie 19 tys. zł. Całe szczęście, że zanim praca trafiła pod młotek, została oficjalnie aresztowana przez ministerstwo kultury, które po rocznych pertraktacjach sprowadziło obraz do Muzeum Narodowego.

Gierymski 'Pomarańczarka'Gierymski 'Pomarańczarka' ART Collection / Alamy Stock Photo / Alamy Stock Photo

Najciekawszą zbrodnią na sztuce między Bugiem a Odrą jest jednak historia pewnego posadzkarza z Olkusza, który zapragnął obrazu „Plaża w Pourville” Claude’a Moneta tak bardzo, że postanowił wynieść go z muzeum. Szczęśliwym trafem dla polskiego amatora sztuki obraz francuskiego impresjonisty spoczywał nie w paryskim d’Orsay, a w Muzeum Narodowym w Poznaniu. W 2000 r. nikt jeszcze nie instalował tam kamer, a panie pilnujące sal skupione były raczej na rozwikływaniu trudnych haseł krzyżówki panoramicznej. W niedzielne popołudnie 17 września Robert Z. odwiedził muzeum i nie niepokojony pieczołowicie wyciął obraz z ram (jak zeznał przed sądem, zajęło mu to 5 godzin). Później płótno schował w teczce na prace. Obraz przez 10 lat ukrywał w swoim domu za szafą, by co jakiś czas zerkać na niego w samotności.
Wpadł nie dla tego, że próbował pozbyć się dzieła, ale przez przypadek. Policja podczas rutynowej kontroli pobrała jego odciski palców, a po kilku latach ktoś zauważył ich zgodność z tymi, które zostawiono w poznańskim muzeum. Za swój występek posadzkarz dostał 3 lata więzienia. Dlaczego nie więcej? W końcu obraz wart był 7 mln zł. Otóż udało mu się przekonać sąd, że wszystko to czynił z miłości do sztuki.

Więcej o: