Kto nas nauczył robić (i oglądać) seriale?

'Ekstradycja' była ostatnim serialem oglądanym przez wszystkich. Nic dziwnego, że odcisnęła piętno na telewizyjnych gustach Polaków i późniejsi twórcy kryminałów musieli się mierzyć z jej legendą. Olgierd Halski (Marek Kondrat) stał się niedoścignionym archetypem twardego policjanta, który pomimo przeciwności zawsze dopinał swego. Chcieliśmy widzieć w nim siebie. Bez niego nie mielibyśmy tylu telewizyjnych antybohaterów.

'Ekstradycja' była ostatnim serialem oglądanym przez wszystkich. Nic dziwnego, że odcisnęła piętno na telewizyjnych gustach Polaków i późniejsi twórcy kryminałów musieli się mierzyć z jej legendą. Olgierd Halski (Marek Kondrat) stał się niedoścignionym archetypem twardego... (Krzysztof Wellman / TVP/PAP)

Tak dobrych rzeczy w telewizji (i internecie!) nie mieliśmy w Polsce jeszcze nigdy. "1983", "Ślepnąc od świateł", "Rojst", "Znaki". Wciąż dominują kryminał i sensacja. Ale nie zapominajmy o korzeniach. Wszystkich nas wychowała "Ekstradycja"!

Dawniej producentom TVP zdarzały się dramaty obyczajowe i dobre komedie. „Dom”, „Alternatywy 4”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, przygodowy „Janosik”. W „nowej” Polsce stacje telewizyjne stawiały już raczej na przemoc i zagadki kryminalne (oraz telenowele). Pierwszy „Pitbull”, „Glina”, „Oficer”, „Kryminalni” – wszystkie powstały około 2005 r. W podobnej stylistyce, operując wzorcami podpatrzonymi zagranicą… Ale w ich DNA zakorzeniony jest polski serial, który zdefiniował polskie podejście do historii o policjantach i złodziejach.

Być jak Olgierd Halski

Można zaryzykować stwierdzenie, że emitowana od 1995 r. „Ekstradycja” to ostatni telewizyjny hit oglądany przez wszystkich. Serial pokoleniowy. Dziś ogląda się to jak muzealny eksponat (a można oglądać rekonstrukcję cyfrową na vod.tvp.pl). Niewiele jest dzieł, które tak oddają ducha połowy lat 90. i kraju po transformacji. Nie chodzi tylko o rekwizyty, o te za długie i stanowczo zbyt szerokie w ramionach garnitury czy amerykańskie samochody gangsterów. „Ekstradycja” była odbiciem rzeczywistości również w warstwie fabularnej. Widzowie mogli dostrzec w serialu wydarzenia z pierwszych storn gazet. Ba, serial nawet wyprzedzał rzeczywistość. „Zaprzeczałem tej tezie, ale potem okazywało się, że w Warszawie zaczęły wybuchać bomby, a rosyjski gangster został prezesem polskiego banku” – wspominał na łamach zmarły w lutym reżyser „Ekstradycji” Wojciech Wójcik.

Do zmyślonych detektywów zawsze mieliśmy szczęście. „Kapitan Sowa na tropie” Stanisława Barei, komiksy z Kapitanem Żbikiem, „07 zgłoś się”. Zresztą porucznik Borewicz (Bronisław Cieślak) idealnie wpisywał się w propagandę sukcesu Gierkowskiej administracji, ale jako przekalkowany z Zachodu bohater był równie rzeczywisty co sama propaganda. Inaczej było z Olgierdem Halskim (Marek Kondrat). To bohater odzwierciedlający zmiany w kraju. Komisarz policji, facet z przeszłością i problemami. Alkoholik, który od przełożonego i starego przyjaciela inspektora Stefana Sawki (Witold Dębicki) dostaje drugą szansę. I wykorzystuje ją – często naginając ramy prawa, by osiągnąć cel. Halski jest jak Polska po 89 r. – rozlicza się z przeszłością i korzysta z nowo zyskanej swobody, nieraz jej nadużywając.

Wraz z dekadą, którą obrazowała, skończyła się i „Ekstradycja”. Ostatni z 25 odcinków wyemitowano w czerwcu 1999 r. Od trzech lat działał TVN, dynamicznie rozwijały się sieci kablowe, a o zamożniejszych widzów walczyły telewizje satelitarne i kanały premium: HBO i Canal+.

Glina poszczuty pit bullem

By powtórzyć sukces „Ekstradycji” w nowych czasach telewizji, trzeba było nowych pomysłów. Mieli je dwaj reżyserzy, których rywalizacja na rynku filmowym widoczna jest do dziś.

Pierwszy był Władysław Pasikowski, który już w 1992 r. próbował filmem „Psy” przenosić zagraniczne formaty na polskie realia. To zresztą on, ponoć namówiony przez Bogusława Lindę, odkrył w Marku Kondracie aktora kina akcji. W 2004 r. po dwóch częściach „Psów”, „Słodko gorzkim”, „Operacji Samum” i „Reichu” Pasikowski zabrał się za pracę nad serialem telewizyjnym „Glina”. Na tle późniejszych konkurentów wypada on bardzo klasycznie. Jest stary, małomówny gliniarz – nadkomisarz Andrzej Gajewski (Jerzy Radziwiłowicz), który dla pracy poświęcił życie prywatne. Jest świeżo upieczony absolwent szkoły policyjnej – Artur Banaś, ps. „Młody” (Maciej Stuhr), oraz poczciwy i zawzięty jak cholera podkomisarz Bonifacy Jóźwiak (Jacek Braciak). W pierwszej serii jest jeszcze Jerzy Pawlak (Robert Gonera), typ samotnika, bliski współpracownik Gajewskiego. Zgrabny scenariusz Macieja Maciejewskiego łączy ciągnący się przez obie serie wątek główny: rywalizację warszawskich gangów, z licznymi sprawami pobocznymi. Sporo tu wątków z życia osobistego czwórki policjantów i, jak to u Pasikowskiego, scen akcji, choć ta ustępuje kameralnemu nastrojowi budowanemu świetną muzyką Michała Lorenca. „Glina” realizacyjnie odstawał od innych seriali produkowanych na początku zeszłej dekady. Czuć w nim filmową rękę Pasikowskiego i inspiracje zachodnimi produkcjami kryminalnymi, które reżyser i scenarzysta bardzo umiejętnie ubierali w rodzime realia.

Pierwszy 'Pitbull' wygrywał odwzorowaniem realiów pracy warszawskiej policji. Historie z gazet po kosmetycznym liftingu były w serialu osią fabuły poszczególnych odcinków. Im bardziej makabryczne, tym lepiej.Pierwszy 'Pitbull' wygrywał odwzorowaniem realiów pracy warszawskiej policji. Historie z gazet po kosmetycznym liftingu były w serialu osią fabuły poszczególnych odcinków. Im bardziej makabryczne, tym lepiej. fot. Joanna Reńska

Inaczej było rok później z „Pitbullem” Patryka Vegi, któremu zależało na jak najwierniejszym ukazaniu realiów pracy policjantów z wydziału zabójstw. W serialu i pierwszym z serii filmów wykorzystał wieloletnie doświadczenie zebrane podczas pracy nad serialem dokumentalnym „Prawdziwe psy”. Historie z życia blisko dwustu funkcjonariuszy, których Vega spotkał jeżdżąc na akcje i uczestnicząc w przesłuchaniach, przełożył w „Pitbullu” na piątkę bohaterów. Głównym z nich był podkomisarz Sławomir Desperski, ps. „Despero” (Marcin Dorociński), który w pierwszej serii serialu ściga nieuchwytnego ormiańskiego gangstera Saida. By wywabić go z ukrycia, postanawia uwieść Dżemmę (Weronika Rosati), córkę gangstera, w której po czasie ze wzajemnością się zakochuje.

Vega w scenariuszu „Pitbulla” wykorzystywał głośne sprawy kryminalne, co w połączeniu z naturalistyczną, dokumentalną stylizacją nadało serialowi realistycznego charakteru, znacznie odróżniającą go od innych produkcji z tamtego okresu. Widoczna była również rywalizacja z „Gliną” Pasikowskiego. W pierwszym odcinku „Pitbulla” na terenie komendy trwają zdjęcia do filmu „Odwet”, który ma „po raz pierwszy w historii polskiego kina odsłonić brutalną prawdę o pracy polskiej policji”. W głównego bohatera wciela się aktor Jarosław Magiera, ojciec młodego policjanta, któremu stara się załatwić przeniesienie do wydziału zabójstw. To wyraźna aluzja do filmów Pasikowskiego i Bogusława Lindy, którego syn był policjantem w komendzie stołecznej. To na nim wzorowana była postać „Nielata” (Rafał Mohr).

Który z seriali wygrał tę rywalizację? Ciężko ocenić, bo choć to „Pitbull” stał się marką przyciągającą do kin publiczność, żadna z kontynuacji w najmniejszym stopniu nie dorównywała serialowi, zwłaszcza jego pierwszej serii. Sam Vega z czasem zajął się innymi projektami, a po sporze z producentem stracił prawa do „Pitbulla”. Najnowszy film z serii wyreżyserował Pasikowski. Zapewne ze sporą satysfakcją.

Serialowe eldorado

W 2005 r. Telekomunikacja Polska obniżyła ceny Neostrady, dzięki której Polacy wreszcie uzyskali stały dostęp do szerokopasmowego internetu. A tam już hulaj dusza. „Rodzina Soprano”, „Dexter”, „The Wire”, „Zagubieni”, „Breaking Bad”, „Deadwood”, „Mad Men”… W końcu rozwiązał się worek z serialami, które oglądał cały świat. Złota era telewizji trwała w najlepsze, a rodzimym twórcom kilka lat zajęło podjęcie rękawicy. Brakowało nie tylko świeżych pomysłów, ale przede wszystkim pieniędzy. Tych w 2007 r. wysypał trochę Polsat, by z Agnieszką Holland stworzyć „Ekipę”. I choć to przyzwoity serial political fiction ze świetną obsadą, oglądalność miał nie najlepszą. Może nie dorośliśmy jeszcze wtedy do zmyślonej polityki na małym ekranie? Wciąż czekaliśmy na powrót Halskiego, tęskniliśmy za dobrymi bohaterami o smutnym życiu? Widzieliśmy w nich siebie. Twardych, ale o dobrym sercu.

Fiasko „Ekipy” na długie lata zgasiło ambicje rodzimych twórców i producentów na ściganie się z Zachodem. Agnieszka Holland, by kręcić, poleciała do Stanów. Pracowała przy „Treme”, „Dochodzeniu” i „House of Cards”. Dopiero ten ostatni pokazał nam, że polityka w serialu może być ciekawa. Przyszedł z erą serwisów streamingowych. A ta przyniosła prawdziwy dobrobyt. Dostęp do najlepszych tytułów, i to z legalnych źródeł. Skoro za seriale zaczęliśmy płacić, znów podjęto poważne próby stworzenia w Polsce produkcji z górnej półki.

Jak wataha zjadła belfra

Pierwszy umiarkowany sukces to „Wataha” produkcji HBO z 2014 r. Umiarkowany, bo choć pomysł na kryminał rozgrywający się w środowisku straży granicznej w Bieszczadach był zdecydowanie oryginalny, to pierwsza seria nie dorosła do wygórowanych oczekiwań zarówno widzów, jak i krytyków. Projekt zawieszono na kilka lat, które stacja wykorzystała na kolejną próbę, tym razem biorąc się za importowany z Norwegii format. „Pakt” z Marcinem Dorocińskim, poza dobrą obsadą i sprawną realizacją, sprawdził się tam, gdzie postawiono na rodzime realia. Zawiodła jednak inspirowana historią biblijnego Abrahama intryga, która pasowała może do skandynawskiego kryminału, ale u nas wypadła mocno niewiarygodnie. Znacznie lepiej było już przy mocno politycznej serii drugiej z 2016 r.

'Belfer' to przykład na to, jak przez pośpiech zmarnować wielki potencjał. Świetny punkt wyjściowy traci wyrazistość, a główny bohater zamiast nauczyciela zaczął przypominać gwiazdę kina akcji. Zwłaszcza w drugiej serii.'Belfer' to przykład na to, jak przez pośpiech zmarnować wielki potencjał. Świetny punkt wyjściowy traci wyrazistość, a główny bohater zamiast nauczyciela zaczął przypominać gwiazdę kina akcji. Zwłaszcza w drugiej serii. Robert Pałka / Canal+

W tym samym roku Canal+ wystartował z „Belfrem” w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Za scenariusz odpowiadali Jakub Żulczyk i Monika Powalisz. I trzeba im przyznać, że wymyślili format z ogromnym potencjałem. Gdy w małej miejscowości dochodzi do tajemniczej śmierci licealistki, sprawą zaczyna interesować się nowy polonista Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr). Szybko wychodzi na jaw, że ma osobistą motywację, by rozwiązać zagadkę: dziewczyna była jego córką. Szkoda, że po dobrym początku scenariusz zaczyna coraz mocniej mijać się z realiami, od których kompletnie odkleja się w pisanej na kolanie serii drugiej. Ciężko o lepszy przykład niewykorzystanego potencjału.

Zupełnie inaczej było w przypadku „Watahy”, której kontynuacja z 2017 r. nie tylko naprawia błędy pierwszego sezonu, ale i podnosi poprzeczkę dla polskich seriali. Zmiana scenarzystów i danie im kilku lat na konstrukcję fabuły nowych odcinków przyniosły efekt. Podobnie jak zaangażowanie Jana P. Matuszyńskiego, który dołączył do Kasi Adamik jako reżyser połowy odcinków. Skok jakości był na tyle widoczny, że część widzów usiadła do drugiej „Watahy” z pominięciem pierwszej serii. Pomógł w tym scenariusz, który doskonale wprowadzał w świat serialu i sytuację bohaterów. Świetni byli też aktorzy, zwłaszcza Leszek Lichota jako ukrywający się w bieszczadzkiej głuszy były pogranicznik Wiktor Rebrow i Aleksandra Popławska w roli prokurator Igi Dobosz próbującej odkryć tajemnicę masowego morderstwa grupy uchodźców. Wyróżnić należy również zdjęcia Tomasza Augustynka (który karierę zaczynał od „Oficera”).

Złota polska jesień (i srebrna zima)

„Wataha”, „Pakt”, „Belfer”, a także świetni, choć mniej popularni „Artyści” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, zapoczątkowały nową falę krajowych seriali. Nasiliła się jesienią i zimą. Showmax wystartował z wybitnie zapowiadającym się „Rojstem” Jana Holoubka z Andrzejem Sewerynem i Dawidem Ogrodnikiem w głównych rolach. Osadzony w czasach smuty po stanie wojennym kryminał miał wszystko, by już w pierwszej rundzie znokautować rywali. Ale choć mogło być świetnie, wyszło tylko dobrze. Kolejny był TVN, który poszedł za trendami i zamiast snuja postawił na krótsze formy. Kryminalna „Pułapka” mimo świetnej obsady (Agata Kulesza, Joanna Kulig, Leszek Lichota) okazała się niewypałem i może konkurować z drugą serią „Belfra” w kategorii stężenia absurdów. Obyczajowe, choć kryminałem podszyte „Pod powierzchnią” to znacznie celniejszy strzał z dubeltówki.

Dawno na ekranie nie oglądaliśmy prawdziwego kina szpiegowskiego. A ciężko o lepsze historie o pracy agentów wywiadu niż te z książek Vincenta V. Severskiego. Pisarz był konsultantem na planie. Pracował nad scenariuszem i dzielił się radami z aktorami (Grzegorz Damięcki!).Dawno na ekranie nie oglądaliśmy prawdziwego kina szpiegowskiego. A ciężko o lepsze historie o pracy agentów wywiadu niż te z książek Vincenta V. Severskiego. Pisarz był konsultantem na planie. Pracował nad scenariuszem i dzielił się radami z aktorami (Grzegorz Damięcki!). Canal+

W październiku AXN, idąc za sukcesem niezłego „Ultravioletu” sprzed roku, wystartował z obiecującymi „Znakami”. Twórcy mieszają kryminał z dozą mistycyzmu i makabryczną historią sprzed dekad. Jednak zarówno oni, jak i Canal+ z „Nielegalnymi” – adaptacją serii szpiegowskich książek Vincenta V. Severskiego – muszą w tym roku ustąpić pola HBO i świetnemu „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego. Młody reżyser z wyczuwalną pasją przeobraził powieść Jakuba Żulczyka w przestylizowaną, brutalną i oniryczną opowieść, czerpiącą m.in. z Refna, Finchera, Tarkowskiego czy Andersona.

I jeśli ktokolwiek może tej jesieni zagrozić HBO na serialowym ringu, to tylko Netflix i „1983”. Agnieszka Holland dobrała sobie do reżyserowania dziewczyny z ekstraklasy: córkę Kasię Adamik, Olgę Chajdas i Agnieszkę Smoczyńską. Czy udało im się pokonać Skoniecznego i Żulczyka? Już można się o tym przekonać w Netfliksie!

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Cupra Formentor Cupra Formentor to prawdziwy, hiszpański "toro bravo"
  • Laptop Lenovo ze składanym wyświetlaczem Oto pierwszy laptop ze składanym ekranem
  • Porsche Type 64 To może być najdroższe Porsche w historii

Polecamy