Himalaje dla początkujących - jak wygląda droga do Annapurna Base Camp?

Himalaje

Himalaje (Shutterstock)

Deszcz i pijawki. Kosmiczna cena piwa pod Annapurną i ciężar pracy, jaką wykonują nepalscy przewodnicy. Wybrałem się na trekking w Himalajach.

Nigdy nie zdobyłem żadnego tatrzańskiego szczytu, po alpejskich zboczach jedynie zjeżdżałem. Jednak w kraju, w którym każdy jest dziś ekspertem od najwyższych gór świata, trzeba przecież dorzucić swoje trzy grosze do wielkiej dyskusji o „tych Himalajach”. Postanowiłem przekonać się, jak wyglądają góry, na które Polacy wspinają się zimą, z których szczytów śmigają na nartach, cuda wyprawiają. Polacy co prawda ostatnio więcej zdziałali w Karakorum, ale Himalaje brzmią bardziej jak coca-cola, Karakorum to tylko pepsi. No i żeby dostać się w Himalaje, nie trzeba przedzierać się przez Pakistan. Więc Himalaje.

Nepal ma w swojej ofercie tysiące tras trekkingowych. Niektóre można przejść w dwa dni, pokonanie najdłuższych zajmie miesiąc. Ta najpopularniejsza wiedzie pod Mount Everest – najwyższą górę świata. Inna pod Annapurnę, pierwszy zdobyty (w 1950 r.) ośmiotysięcznik. Pod Mount Everest ustawiają się kolejki, droga pod Annapurnę albo wokół niej jest ponoć łatwiejsza. A przynajmniej tak nam się z kumplem zdawało, gdy wymyśliliśmy, że sprawdzimy, czy amator może podejść pod ten ośmiotysięcznik.

Pakowanie plecaka

Najpierw trzeba zabezpieczyć 4 tys. zł na loty i 3 tys. na atrakcje podróży. A potem przygotować się kondycyjnie. Mówią, że przed takim wyjazdem dobrze pobiegać. 5-10 km, i tak przez kilka miesięcy. Tak zrobiliśmy. Pamiętaj, że w Himalajach będziesz chodzić w cięższych butach, i to na wysokości, na której tlenu jest mniej niż na Rysach. No i z plecakiem, to dodatkowo 10 kg na grzbiecie.

Skoro już zatrzymaliśmy się przy plecaku – w tej kwestii doradców jest całe mnóstwo. Mnie wystarczył 50-litrowy. Wybraliśmy taki termin, że od zimna straszniejsze są deszcze. Nie planowaliśmy też spać poza domkami dla turystów, które nazywa się tea houses. W plecaku ważna jest odzież termiczna, najlepiej z merynosa (bo pranie w górach to luksus, którego nie zaznasz), lekka kurtka puchowa, śpiwór (chyba że drzemie w tobie miłośnik spania pod cudzym kocem). Buty górskie – markowe, a do tego takie, w których już trochę przeszedłeś. Walka z otarciami to najgłupsza rzecz, na jaką możesz się narazić na własne życzenie. Co jeszcze? Wszystko, co zabiera się na wyprawę w Beskidy, Tatry czy Alpy. W himalajską trasę raczej nie wybierają się ludzie, dla których to pierwszy kontakt z górami.

Deszcze niespokojne

Mój pierwszy kontakt z Himalajami rozpoczął się w połowie września. Czytałem, że to jeszcze pora deszczowa, ale końcówka. Pomyślałem, że to pewnie coś jak przejście wiosny w lato, że będzie super. Nic bardziej mylnego. Monsun zatrzymuje się na najwyższych górach i zalewa je do końca października. Widziałem to już z samolotu, który zanim wylądował w Katmandu, stolicy Nepalu, musiał lawirować między chmurami i górami przez dodatkową godzinę, żeby wreszcie wylądować na deszczowym strychu świata.

Jeszcze w dżungli. Czyli drugi dzień drogi. Za mną kanion rzeki Modi.
Przede mną widok na Annapurnę.Jeszcze w dżungli. Czyli drugi dzień drogi. Za mną kanion rzeki Modi. Przede mną widok na Annapurnę. Jan Styczeń

Z Katmandu w góry daleko. Żeby wybrać się pod Annapurnę, trzeba przedostać się do Pokhary położonej kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód. Pierwszą drogę łączącą oba miasta wybudowano tam 60 lat temu. I nie oznacza to, że jest w dobrym stanie. Krętą, dziurawą i okazjonalnie zmywaną z mapy przez górskie rzeki trasą kursują busy. Do Nepalu zabierz gotówkę, będziesz płacił dolarami albo – lepiej – po wymianie rupiami. Z portfela po takiej przejażdżce zniknie ci w opcji budżetowej 800 rupii, czyli w przeliczeniu 8 dol. W opcji premium 2-3 tys. rupii za klimatyzowany bus, w którym ponoć da się wygodnie spać. Możliwe, jeśli potrafisz spać w rollercoasterze.

Jest też opcja ekspresowa, czyli samolot: 12 tys. rupii za 25 minut w powietrzu. To nasza opcja. Atrakcją jest już lotnisko przypominające dworzec autobusowy. Potem samolot przypominający pekaes. I lądowanie na pasie w Pokharze, który jest jedynym gładkim kawałkiem asfaltu w okolicy. Warto!

Warto też przelecieć się nad Himalajami dla panoramy, miniesz m.in. ośmiotysięcznik Manaslu. Niestety, my lecieliśmy w deszczu i jedyne, co zobaczyliśmy, to strach w oczach pasażerów.

Samemu zawsze pod górkę

Jesteśmy już w Pokharze! Warto tu spędzić dzień. Jezioro, pagórki z buddyjskimi świątyniami, ekstremalnie tanie i zazwyczaj wyjątkowo dobre jedzenie. Jeden dzień to tyle, ile potrzeba, żeby zorganizować pozwolenie na wejście w góry. 4 tys. rupii przy założeniu, że chcesz odwiedzić Annapurnę, ale się na nią nie wspinać. Ogarnie ci je każdy uprzejmy konsjerż w hotelu i warto mu zaufać. Ludzie są tu po prostu uczciwi i uczynni. Może to kwestia religii? Pozwolenia na wspinaczkę to koszt często przekraczający równowartość 10 tys. dol.

Przejście między zboczami w kierunku świętej góry Machhapuchhare. Jest bardziej święta niż Giewont,
więc nie wolno się na nią wspinać.Przejście między zboczami w kierunku świętej góry Machhapuchhare. Jest bardziej święta niż Giewont, więc nie wolno się na nią wspinać. Jan Styczeń

Przygotowani, spakowani – zaczynamy spacer. Trekking pod Annapurnę do Annapurna Base Camp albo, jak mówią stare polskie przewodniki, do Południowego Sanktuarium Annapurny, zaczyna się z miejscowości Nayapul. Tam dojedziesz taksówką i tam się z nią pożegnasz. Nayapul to też ostatni moment na to, by zdecydować, czy podróżujesz samemu, czy z przewodnikiem. Za 2000 rupii dziennie przewodnik szerpa pokaże drogę i zdejmie z ciebie obowiązek decydowania, jaką trasą podążać i gdzie spać. Do tego tragarz może nieść twój plecak do samej bazy pod Annapurną – i wielu z tego korzysta. Ale skoro już decydujesz się na prawdziwą górską przygodę, to może by tak samemu, bez pomocy? My tak postanowiliśmy.

Już po kilku godzinach spaceru przekonaliśmy się, że nie będzie łatwo. Pierwszy odcinek z Nayapul do Ghandruk można przejść kamienistą drogą. Można też szlakiem prowadzącym przez wiejskie osady. Wybraliśmy trudniejszą górską drogę i oczywiście zgubiliśmy się w labiryncie pastwisk i ścieżek prowadzących donikąd. Zgubić się w Himalajach to zgubić się przez wielkie K! Wiadomo, jakie słowo pada raz po raz, gdy trzeba zejść z góry i wrócić do punktu startu. Dzień zmarnowany, lekcja odebrana!

Pierwsze spanie w górach to też lekcja. Nie tyle pokory, ile obyczajów. Ostatecznie dotarliśmy do Ghandruk, przepięknej wioski na stoku góry, w której pełno turystów i pełno niewielkich hotelików. Za dwa pokoje zapłaciliśmy 1000 rupii. Gdy zapytasz naprawdę grzecznie, pokój dostaniesz nawet za darmo. Jest jednak kilka zasad. Jesz i pijesz u właścicieli. Za obiad, na przykład bardzo popularny dal bath, czyli stertę ryżu z usypanymi wokół kopczykami ziemniaków w sosie, soczewicy i warzyw, zapłacisz 300 rupii. Za makaron z warzywami niewiele więcej, a w ofercie jest też pizza, mniej więcej tak odległa od włoskiej, jak daleko jest z Nepalu do Neapolu. Pije się herbatę liczoną w dzbanach, płaci się też za prysznic, chyba że nie przeszkadza ci zimna woda. Czasem trzeba dorzucić za internet. Szacuje się, że dzienny budżet to mniej więcej 2000 rupii (20 dol.).

Władca pijawek

Dzień w górach powinno się zaczynać wcześnie, zarówno w Beskidach, jak i w Himalajach. Słońce wstaje tu po 6 i dobrze być w trasie równo z nim. No, może godzinkę po. W każdym razie im szybciej ruszysz, tym mniejsza szansa, że coś, co ewentualnie utrudni marsz, uniemożliwi osiągnięcie celu. Reguła jest też taka, że pogoda zazwyczaj psuje się po południu, a w trakcie monsunu pogoda lubi się psuć. Więc rano ruszamy w drogę do Sinuwy, czyli 12 km marszu, 3 km w dół i 3,5 km w górę.

Najdłuższy i najnowocześniejszy most, jaki napotkałem w Nepalu, w miejscowości New Bridge. Za nim znów ta Annapurna Południowa.Najdłuższy i najnowocześniejszy most, jaki napotkałem w Nepalu, w miejscowości New Bridge. Za nim znów ta Annapurna Południowa. Jan Styczeń

Pod pierwszy etap tej trasy należy podłożyć muzykę z „Władcy pierścieni”. Zieleń i pagórki, strumyki, które można przeskoczyć, ludzie, których jest sporo, poza turystami też rolnicy i pasterze. Co może się zepsuć? Oczywiście pogoda: gdy tylko słońce zmienia się w deszcz, kamienne schody, po których wiedzie trasa, stają się przerażająco śliskie, a woda zalewa tak szybko, że po 15 minutach każda kurtka traci swoje przeciwdeszczowe walory.

Na co jeszcze warto się przygotować? Na pijawki. W każdym poradniku przeczytasz, że trzeba mieć dobre buty i żeby zabrać krem z filtrem, bo słońce pali, nawet na niebo zaciągają chmury. Nikt jednak poza mną nie przestrzega przed pijawkami. Tych na trasie jest cała masa, cwane są, skubańce, włażą nawet do wysokich butów, pod odzież termiczną. Lokalni po prostu ściągają je ze stoickim spokojem i czekają, aż krew przestanie cieknąć. A tej po ugryzieniu tracisz czasem sporo. Na pocieszenie dodam, że bardziej to obrzydliwe niż szkodliwe. Takie są uroki trekkingu, który w pierwszych dniach wiedzie przez dżunglę.

Po dotarciu do kolejnego miejsca noclegowego – hotelu w Sinuwie – szybko przekonamy się, że choć ceny nie ulegają specjalnej zmianie, to zmieniają się standardy. Teraz pokoje to już tylko zimne betonowe cele z dwoma łóżkami i kołkiem na kurtkę. Nie jest to najlepsze środowisko, jeśli wszystko przemoczysz do suchej nitki.

Dobre rady

Trzeci dzień jest najprzyjemniejszy. Pierwszego i drugiego maszerowaliśmy przełęczami, dolina – góra – dolina – góra. Od Sinuwy zaczyna się jednostajne podejście zboczem. Nie jest to uciążliwe podejście, uciążliwe zaczynają się za to robić strumienie górskie, które w porze deszczowej przeradzają się w błotne lawiny. Zapomnij też o bezpiecznym przekraczaniu rzek. Mosty to najczęściej naprędce sklecone konstrukcje z bambusa, przypominające poziomo ustawione drabinki. Podobno można się do nich przyzwyczaić. Podobno. Tak jak do choroby wysokościowej.

Teorii dotyczących tej dolegliwości jest tyle, ilu ekspertów, a każdy, kto jej doświadczył, ma swoje sposoby na walkę z bólem głowy, apatią czy krwią cieknącą z nosa – czyli z popularnymi jej objawami. Są jednak podstawowe prawidła. Np. powyżej 3000 m n.p.m., gdzie ciśnienie jest mniej więcej takie, jakie w kokpicie samolotu pasażerskiego, nie powinno się przekraczać 500 m przewyższenia dziennie.

Druga rada: nie pić alkoholu! Zresztą odstraszają jego ceny, bo pokój kosztuje 500 rupii, a piwo 700. Trzecia rada – pić dużo wody i słuchać tego, co podpowiada organizm. Jeśli mówi: „Dość”, to odpocznij. Jeśli dalej jest coś nie tak, po prostu zejdź. Jedynym lekiem na problemy z wysokością jest po prostu powrót w niższe partie gór.

Wszystkie mądrości mniej lub bardziej wzięliśmy sobie do serc. Poza regułą o przewyższeniach. Postanowiliśmy pokonać w jeden dzień 1100 m, żeby wieczorem znaleźć się w bazie Annapurny. Droga prowadzi nas przez małą wioskę, za którą roztacza się już widok na najwyższy jak dotąd szczyt Machhapuchhare, zwany też z racji kształtu rybim ogonem. To góra zjawisko, wyrastająca znikąd i dominująca nad swoimi sąsiadkami, choć wcale nie wysoka jak na lokalne standardy (6993 m n.p.m.). To też góra święta. Oficjalnie nie wspiął się na nią nikt, bo wciąż zakazuje tego tradycja. Przed inwazją białego człowieka powstrzymywała lokalną ludność przed próbami zdobywania wysokich gór. Szczyty były zarezerwowane dla bóstw.

Atak podszczytowy

Czas na atak szczytowy! Raczej podszczytowy. A raczej na szczyt naszych możliwości. Ostatni etap to już tylko podejście z obozu Machhapuchhare prostą drogą pod obóz Annapurny. Po drodze mija się wszystkich tych, którym już powyżej 3 tys. m n.p.m. zaczyna doskwierać absolutne zmęczenie. Oddech jest płytki jak po intensywnym wysiłku, serce bije szybko. Tylko szerpowie w swoich japonkach albo butach przeciwdeszczowych, w dżinsach i z 30 kg na plecach idą żwawo. Mnie generalnie też nic nie dolega, ale kumpel ma lekką chorobę wysokościową. Na tyle lekką, że kontynuujemy, cośmy zaczęli.

Annapurna Base Camp ulokowany jest na 4130 m n.p.m. Dlaczego Base Camp? Bo kiedyś z tego właśnie miejsca startowały wyprawy, które zdobywały górę. Pierwszego wejścia dokonali Maurice Herzog i Louis Lachenal wiosną 1950 r. Tym samym zdobyli pierwszy ośmiotysięcznik w historii himalaizmu. Co zobaczyli? „Widok całej ziemi”. Herzog opisał to w książce „Annapurna”.

My zobaczyliśmy największe góry świata. Pasmo Annapurny jest nie tylko wysokie, ale przede wszystkim niesamowicie szerokie. Gdy patrzy się na nie od strony obozu, widać wielką białą ścianę, za którą chowa się słońce już wczesnym popołudniem. Obraz tak niesamowity, że zachwyceni są nawet szerpowie i tragarze, którzy trasę pokonują kilka razy w miesiącu. Rekordziści radzą sobie w dwa dni. Nam eskapada wraz z powrotem zajęła w „szybkim” tempie dni siedem.

I właśnie to tragarze i szerpowie zasługują na szczególne wyróżnienie, bo widzieliśmy, jak bardzo wykorzystuje się niemal niewolniczą pracę tych ludzi. Co roku na szczyt Mount Everestu dociera ponad 600 osób. Każdą ubezpiecza jeden, dwóch szerpów, którzy ryzykują życie dla jej sukcesu. Tu na trekkingu ryzykują zdrowie, wnosząc zbędne ubrania, które ktoś wrzucał do walizki, a nie plecaka, ze świadomością, że sam nie będzie musiał tego tachać pod górę.

Miałem okazję porozmawiać z wieloma przewodnikami. Opowiadają, że to jedyna praca, za którą mogą dostać 10 dol. dziennie. Opowiadają też o ofertach pracy w polskich rzeźniach i na budowach, za którą można otrzymywać bajońskie sumy. W Polsce okazuje się, że taka praca nie istnieje albo wygląda inaczej, opisała to niedawno Magda Roszkowska w „Dużym Formacie”. To oni wchodzą pod Annapurnę w klapkach. Bo to najlepsze buty, jakie mają.

Zobacz także
  • Widok na placu Dżami al-Fana Top 10 atrakcji: Marrakesz
  • Miasteczko Sambuca di Sicilia Dom na Sycylii za 1 euro. Władze kolejnego miasta walczą o mieszkańców
  • Ważne jest to, żeby samemu zastanowić się nad tym, dokąd zmierzamy, a gdzie chcemy się znaleźć W czym by się tu podszkolić? Kilka słów o studiach podyplomowych

Polecamy