Lataj jak szejk! Test klasy biznes w Emirates

Wchodzisz, pijesz szampana, jesz polędwiczki i serniki, oglądasz filmy, wygodnie zasypiasz, a rano budzisz się w Australii. To nie jest opis imprezy sylwestrowej, ale lotu samolotem w jednej z najlepszych klas biznes na świecie.

W bajce „Dzieciak rządzi” jest scena, w której główny bohater wchodzi do biznesklasy i tłumaczy współpasażerowi: „Klasa biznes jest tak droga, że nikogo na nią nie stać. I właśnie dlatego jest taka fajna”. Cóż. W airbusach A380 linii Emirates klasa biznes to cały górny pokład samolotu, więc chętnych nie brakuje. I bynajmniej nie są to sami arabscy szejkowie z fortunami w petrodolarach. Garnitury, krawaty i nesesery? Oj, nie, dominują dżinsy i wygodne bluzy, co najwyżej zegarki na nadgarstkach zdradzają, że to nie jest przypadkowe towarzystwo. Pierwsza obserwacja: klasa biznes jest pełna. To główny zarzut „latających”. Kiedyś klasa biznes dawała poczucie kameralnego luksusu – miejsc było niewiele, było spokojniej. Dziś trudno mówić o jakimś poczuciu intymności, co nie zmienia faktu, że samego luksusu zostało w tej usłudze bardzo dużo albo jest nawet więcej niż kiedyś. Dowody zdradzę za chwilę.

Szofer na lotnisko w klasie biznes

Przygoda zaczyna się już we własnym domu. W cenę biletu wliczony jest transfer na lotnisko luksusową limuzyną (w Warszawie to mercedesy klasy S) – to specjalność Emirates, inne linie lotnicze tego nie oferują. To miły gratis, darmowa limuzyna zawsze lepsza niż Uber. Na lotnisku omijam tłum – przy nadaniu bagażu (w cenie dwie walizki po 32 kg) stoję w innej kolejce (nadal może być tam tłoczno, ale przynajmniej stopy mam zanurzone w miękkim dywaniku). Na lotniskach korzystam z bramek kontroli bezpieczeństwa dla klasy biznes, co przy porannym tłumie na Lotnisku Chopina w Warszawie pozwala zaoszczędzić trochę czasu. Można go spożytkować na dłuższe przesiadywanie w saloniku klasy biznes. Owe saloniki, czyli „lounge’e”, owiane są pewną tajemnicą, bo nie każdy może do nich wejść. Wydaje się, że nie wiadomo, co się dzieje za tymi „zamkniętymi drzwiami”. Zdradzam sekret: w saloniku mamy po prostu wygodniejsze fotele, jest ciszej, czeka oferta darmowej prasy (w Warszawie zawsze znajdziesz nowy numer „Logo”), no i przede wszystkim do dyspozycji gości są jedzenie i napoje, w tym dobre trunki – szampany, whisky, koniaki. Oczywiście ile kto chce i za darmo.

Oferta trunków w saloniku klasy Biznes w DubajuOferta trunków w saloniku klasy Biznes w Dubaju Marcin Kasprzak

Na wielu lotniskach dostępne są również prysznice, bywają też oferty SPA – czekając na lot, można strzelić sobie masaż relaksacyjny, gdyby „łyskacze” i koniaki nie wystarczyły, by się rozluźnić. Bardzo przyjemny jest salonik, a właściwie „kawał salonu”, w Dubaju. Jest kilka restauracji, w tym à la carte, kanapy, leżanki i inne bajery. Miło się czekało te kilka godzin przed długim lotem do Sydney.

Biznes przodem

Gdy na tablicy odlotów przy moim połączeniu pojawia się napis „boarding”, czas pójść do samolotu. Pasażerowie klasy biznes mają pierwszeństwo i osobne wejście. W branży krążyła kiedyś plotka, że pasażerów klasy ekonomicznej specjalnie puszcza się przez biznesklasę, by po zobaczeniu wielkich wygodnych foteli zrobiło im się przykro na widok rzędu siedzeń w ekonomicznej i by rozpatrzyli dopłatę do wyższej klasy podczas podróży powrotnej.

Osobne wejście dla pasażerów wyższych klas podróży w liniach EmiratesOsobne wejście dla pasażerów wyższych klas podróży w liniach Emirates Marcin Kasprzak

W Emirates każda klasa ma swoje wejście. Pani stewardesa (chciałoby się napisać, że niebanalnej urody, ale w czasach #MeToo nie wypada) wita szerokim uśmiechem i proponuje odbiór płaszcza, by podróżował w garderobie. Na miejscu czekają kocyk, poduszka, zestaw napojów dla każdego pasażera, a także kosmetyczka z podstawowymi produktami – maszynką do golenia, pianką, szczoteczką, łyżką do butów, grzebieniem itd. Po chwili pojawia się pani z ofertą napojów przed startem – wodą, sokiem pomarańczowym i szampanem. Wybór jest oczywisty, jak się bawić w szejka, to się bawić (choć prawdziwy szejk ze względów religijnych wybrałby akurat wodę). Przed startem powitanie typowe dla Emirates: „Szanowni państwo, obsługa pokładowa podczas dzisiejszego lotu posługuje się 14 językami” – szpanerskie, ale niejednemu pasażerowi daje poczucie komfortu. A o komfort przecież w lataniu chodzi.

Posiłki serwowane jeszcze przed startem w klasie biznes linii Emirates.Posiłki serwowane jeszcze przed startem w klasie biznes linii Emirates. Marcin Kasprzak

Startujemy

Podczas startu samolotu fotel musi zostać w pozycji pionowej. Gdy tylko osiągniemy wysokość przelotową, można pobawić się guziczkami. Za muśnięciem jednego przycisku fotel można zmienić w pełnowymiarowe łóżko. Ale to za chwilę. W samolocie z Dubaju do Sydney spędzę 15 godzin, zdążę się nacieszyć. Najpierw wysunąłem sam podnóżek, bo będą serwować pierwszy posiłek. Przedtem podają ciepły ręczniczek, żeby się odświeżyć. Przynoszą menu, a tam same doskonałości. Z przystawek – można wybrać chociażby tatar wołowy w japońskim sosie czy zupę z krewetkami, z dań głównych – polędwicę wołową, kurczaka w sosie cytrynowym czy łososia na parze. Na deser sery, owoce, ciasto kokosowe i sernik. Nie do przejedzenia. Najbardziej imponująca jest jednak lista drinków, jak w najlepszych nowojorskich barach. I tu przechodzimy do elementu, który wyróżnia linie Emirates – część kabiny przerobiono na specjalny salonik z prawdziwym barem. Obsługa miała szkolenia barmańskie i chętnie zapyta: „Na jakim burbonie życzy pan sobie old fashioned?” albo „Na jakim szampanie zaserwować kir royale?”. Czad! Półokrągłe sofy mają nawet pasy bezpieczeństwa, by takie pierdoły jak turbulencje nie przeszkadzały w spotkaniu przy drinku na wysokości 12 km nad ziemią.

Bar w klasie biznes na pokładzie Airbusa A380 linii EmiratesBar w klasie biznes na pokładzie Airbusa A380 linii Emirates Marcin Kasprzak

Doba w kilka minut

Co dalej? Serwują posiłki. Konsumpcję umila mi płytoteka Emirates i słuchawki Bose z redukcją szumów. Jedzenie ma smak i wygląd, jak w dobrej restauracji. Biały obrus, metalowe sztućce, szklane kieliszki do wina (do wyboru kilkanaście rodzajów wina, a stewardesa na bank była na szkoleniu somelierskim). Polędwica naprawdę niezła, ciasto kokosowe wyborne. Do deseru proponują espresso – niby banał, ale to ponoć nie takie łatwe zaparzyć kawę na tej wysokości, bo ciśnienie trochę utrudnia sprawę. Minus – nie ma kieliszków do koniaku.

Posiłek na pokładzie linii Emirates w klasie biznes.Posiłek na pokładzie linii Emirates w klasie biznes. Marcin Kasprzak

Po posiłku stewardesa pyta, czy pościelić mi łóżko. Przynosi materac, by było wygodniej. Przelatujemy właśnie nad Malediwami. Kładę się, odpalam tablet, który steruje głównym monitorem – nie wszystkie linie lotnicze mają dwa ekrany. Chcę sprawdzić, co obejrzę podczas lotu. Do wyboru kilkaset filmów, seriali, programów dokumentalnych chyba we wszystkich językach świata. W kabinie gaśnie światło. Udam się jeszcze kilka razy do baru, obejrzę dwa filmy, włożę zatyczki do uszu, nasunę klapki na oczy i zasnę jak zabity. Taki mam plan. Lot upływa bez turbulencji i przygód, nad ranem serwują śniadanie – do wyboru omlet, tost francuski, jogurt albo „półmisek arabski”. Gdy Sydney na horyzoncie, proszą, by fotel wrócił do pierwszej pozycji. Te 15 godzin minęło w okamgnieniu. Wychodzę z samolotu jak po nocy w dobrym hotelu. Tylko cena jak za apartament prezydencki.

Za firanką

Jest taki serial „Come Fly with Me”, gdzie niezadowolony pasażer zgłasza stewardesie: „Przepraszam, miałem lecieć klasą biznes, a siedzę w ekonomicznej”. Na to stewardesa przeprasza za niedopatrzenie i przynosi mu fizelinową zawieszkę na zagłówek z napisem „business class”. Pasażer jest już zadowolony. Rzeczywiście – w samolotach wąskokadłubowych różnica w komforcie samego fotela między klasą biznes a ekonomiczną jest zazwyczaj żadna. I lecąc z Warszawy do, powiedzmy, Frankfurtu, bez sensu przepłacać. Zabawa zaczyna się na dalekich lotach, gdy w samolocie jesteśmy zmuszeni spędzić kilkanaście godzin. A trendy na rynku pokazują, że licytacja na długość lotów trwa w najlepsze – można już dolecieć bezpośrednio z Kataru do Auckland czy z Londynu do australijskiego Perth. Połączenie z Singapuru do Nowego Jorku obsługuje samolot, w którym całkowicie zrezygnowano z klasy ekonomicznej – jest wyłącznie economy premium, biznes i klasa first.

Kabina klasy biznes w Airbusie A380 linii EmiratesKabina klasy biznes w Airbusie A380 linii Emirates Emirates

Klasa biznesowa na krótkich dystansach to raczej przystawka niż danie główne. Gdy lecimy z przesiadką do Los Angeles oba odcinki lotu są w klasie biznes – także w tym małym samolocie, gdy siedzimy „za firanką”. Mamy lepsze jedzenie, serwują szampana jeszcze przed startem i, co najważniejsze w klasie biznes, mamy możliwość elastycznego przebookowania biletu. Bywają taryfy, gdy bilet możemy zmienić nawet po tzw. „no show”, czyli po tym, gdy samolot już odleciał, a pasażer nie pojawił się na lotnisku. Dla osób, które latają bardzo dużo i bardzo często, mają napięty kalendarz i często zmieniają plany (a raczej zmienia im je asystentka), ma to duże znaczenie. Może trudno tu mówić o oszczędnościach, ale przynajmniej nie generuje dodatkowych strat. No i to maksimum, jakie linie lotnicze są w stanie zaoferować, by podróż upłynęła w jak największym komforcie. A to dużo czasu – podróż do Australii potrafi trwać prawie dobę. W tym czasie w ciągu normalnego dnia zdążę się przespać, iść do pracy, na siłownię, spotkać się ze znajomymi, obejrzeć serial i znowu iść spać. A w samolocie? Tylko siedzę. Tudzież w biznesklasie – tylko leżę.

Święty spokój

Czasem oburzam się, gdy słyszę od kogoś, że „tak długo się leci”. Jak ktoś wsiada w samochód i jedzie 15 godzin na narty w Alpy, to nie widzi w tym nic dziwnego, choć moim zdaniem to dużo mniej komfortowe. Poza tym zastanówmy się – jak często mamy w życiu taką sytuację, że ktoś każe nam siedzieć przez 15 godzin w jednym miejscu? Możemy obejrzeć sobie film, poczytać książkę, pospać. Ktoś przynosi nam jedzenie i znamienite trunki. Nie brzęczy telefon, nie dzwoni szef, nikt od nas niczego nie chce. To jest właśnie luksus. Co ciekawe – gdy wiele lat temu bodajże Lufthansa zamierzała wprowadzić internet na pokłady samolotów, to promowała tę usługę spot reklamowy, w którym menedżer siedzi w garniturze w samolocie i prowadzi wideokonferencję ze swoim zespołem pracującym „na lądzie”. Co się okazało? Że to właśnie pasażerowie klasy biznes, najczęściej latający, byli temu rozwiązaniu najbardziej przeciwni. Powód? Te kilkanaście godzin w samolocie chcieli poświęcić sobie, a nie pracy. „Pan dyrektor jest w samolocie” – mówiła asystentka i nikt nie oburzał się, że nie ma z nim kontaktu.
I tu przechodzimy do clue sprawy. Latanie klasą biznes na wakacje może nie mieć uzasadnienia ekonomicznego – różnica w cenie między dwoma klasami jest kilkukrotna, na miejscu i tak będziesz wypoczywać na leżaku. Ale jeśli ktoś leci daleko i na krótko, na miejscu musi być wyspany, komfort podróży jest kluczowy. Poznałem kiedyś menedżera firmy odzieżowej, który mieszkał w Londynie, gdzie bawił w weekendy, poniedziałki i wtorki spędzał w centrali w Amsterdamie, a od środy do piątku był w Nowym Jorku. Klasa biznes ratowała mu życie, bo traktował kabinę samolotu jak hotel. Sam kiedyś leciałem do Argentyny na start Rajdu Dakar. W Buenos Aires lądowałem o 8 rano z perspektywą, że w hotelu będę za 14 godzin. Z pewnością lot w lepszych warunkach zagwarantował mi to, że nie padłem już w południe. Podczas podróży do Australii nie odczułem tej odległości – loty trwały łącznie ponad dobę, plus kilka godzin na przesiadkę. Wysiadłem wyspany, najedzony i zadowolony. A jak Australia? Dziękuję, w porządku.

Więcej o: