Radek Kotarski - wywiad z "Logo"

Internauci znają go z programu Polimaty, telewidzowie kojarzą jego "Podróże z historią", a czytelnicy książkę "Włam się do mózgu", którą sam wydał. Wszystkim zaś wyskakuje z lodówki jako "pan z reklamy banku". Ma tupet? Szczęście? A może działa bezbłędnie, niczym bohater serialu "Magnum"?

Jak wprowadzić się w stan upojenia alkoholowego, mając do dyspozycji tylko artykuły biurowe?

Od razu przychodzi mi do głowy ekstrahowanie alkoholu z różnych rzeczy, ale wiem, do czego pijesz (śmiech). Tak naprawdę niczego pić nie trzeba, odpowiednia dawka markerów załatwi sprawę.

Jak do tego doszło?

Podpisywałem swoją książkę „Włam się do mózgu”. 40 tys. egzemplarzy nie da się podpisać naraz. To był kolejny dzień, chyba szósta godzina podpisywania, nic wielkiego – raptem połowa dnia roboczego u nas – ale zacząłem zauważać, że trochę mi się kręci w głowie. Pomyślałem, że to ze zmęczenia. W pewnym momencie zorientowałem się, że stan mojego brata jest bardzo podobny i zaczynamy bawić się w gry, które nie mają żadnego sensu, np. każdy z nas musi podać wyraz na literę A, bawimy się przy tym genialnie, ale oprócz nas nikogo to nie śmieszy. Dopiero gdy była chwila przerwy i usiadłem, zdałem sobie sprawę, że jestem na całkiem innej planecie. Było to trochę straszne, bo nie wiedzieliśmy, co się stało. Dotknęło to tylko mnie i brata, który zresztą od razu poszedł spać – czyli klasyczny przypadek z naszej imprezy. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że tylko my dwaj byliśmy narażeni na opary markerów, które wywołały u nas prawdziwe halucynacje, a ja następnego dnia miałem kaca.

Czyli wystarczy sześć godzin pisać?

Tak. Opublikowaliśmy z tego filmik i widzowie nas uświadomili, że to muszą być markery, które zawierają konkretną substancję, więc unikaj markerów marki...

Może nie mówmy, bo wywoła to skutek odwrotny i właśnie te znikną ze sklepów. Nadal wszystkie twoje książki są z autografami?

Nie. Tak było tylko przez pierwszy miesiąc. Wtedy sprzedało się około 40 tys. egzemplarzy.

A ile do tej pory?

Myślę, że zbliżamy się do granicy 80 tys.

Imponujący wynik w czasach, gdy 5 tys. to dobra sprzedaż.

5 tys. to są czasami prawdziwe bestsellery!

Jesteś popularyzatorem nauki, napisałeś książkę o tym, jak się uczyć, a sam nie jesteś magistrem! Nie wstyd ci?

Nie, absolutnie nie. Jesteśmy mistrzami uzasadniania własnych decyzji i pewnie trochę tak jest w moim przypadku, ale na pewnym etapie doszedłem do wniosku, że studia naprawdę nie są mi do niczego potrzebne. Zostać magistrem prawa i nie mieć z tym absolutnie nic wspólnego? To było dla mnie bez sensu. Inną sprawą były drugie studia (historyczne), o których pomyślałem: „Tym razem zacznę z pasji!”. Przerwałem je, gdy uświadomiłem sobie, że bardziej mi przeszkadzają, niż pomagają. Miałem historię starożytną ze świetnym profesorem i pomyślałem, że chciałbym nieco tej wiedzy przekazać moim widzom. Pojechałem do Włoch, by zrobić program o rzymskich drogach i o tym, czy rzeczywiście wszystkie prowadziły do Rzymu. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak długi kij wsadziłem sobie w tyłek. Nagle tylko specjalistyczne szczegóły oceniałem jako ciekawe, a proste rzeczy wydawały się błahe. A to był właśnie powód, dla którego Polimaty od początku stały się popularne w internecie – prowadził je człowiek, który nie wiedział, ale chciał się czegoś dowiedzieć i się tym podzielić, a nie mówił ex cathedra: „Teraz ja was oświecę”.

Chciałeś zachować w sobie ciekawość świata?

Tak. A zdobywanie wiedzy jestem sobie w stanie sam zorganizować. Może to nie dotyczy każdego przypadku, ale jednak uniwersytety są produktem czasów, kiedy dostęp do wiedzy był reglamentowany. Jeśli chciałeś się doktoryzować i poznać każdy szczegół budowy anatomicznej komara, to musiałeś iść na studia i prosić profesora, aby ci o tym opowiedział. Dzisiaj jesteś w stanie zdobyć tę wiedzę sam w krótkim czasie. Dlatego powiedziałbym, że jeśli chodzi o papierek, to jestem magistrem niczego, za to w zakresie rzetelnego researchu, znajdowania źródeł, porównywania ich i krytycznej analizy to jestem profesorem.

Radek Kotarski na 42. piętrze budynku Cosmopolitan w WarszawieRadek Kotarski na 42. piętrze budynku Cosmopolitan w Warszawie Fot. Agata Jakubowska / Agencja Gazeta

Czy ten brak papierka kiedykolwiek ci w czymś przeszkodził?

Nie. Natomiast czasami dostaję e-maile od widzów: „Nie chcę studiować. Miałem rozmowę z rodzicami i dałem ciebie jako przykład, że bez tego można sobie poradzić”. Wtedy jestem trochę przerażony. Nie piszę: „Super! Piątka, idziemy na piwo”, ale: „Przemyśl to”. Czasami studia są bardzo potrzebne. Bez nich nie zostaniesz lekarzem ani prawnikiem. To okres, kiedy możesz zdobyć jakąś wiedzę, choć gdy patrzę na moje pokolenie, to studia były raczej przedłużeniem młodości albo spełnieniem aspiracji, przede wszystkim rodziców.

Kiedy odkryłeś, że nie chcesz być prawnikiem?

Na praktykach na trzecim roku, kiedy zobaczyłem jak naprawdę działa kancelaria. A byłem w świetnej kancelarii radcowskiej. To nie była korporacja, która potrafi zniechęcić każdego, tylko niemal rodzinnie prowadzona firma. Wtedy odkryłem, że to mnie ani ziębi, ani grzeje. Uznałem, że już bardziej interesuje mnie prawo karne, choć mówi się, że karniści nie zarabiają, choć oczywiście nie wszyscy. Byłem oczarowany tą dziedziną wiedzy. Dostałem piątkę u profesora Zolla, choć prawo karne było przedmiotem, przez który wylatywało najwięcej studentów. Pomyślałem więc, że może nie prawo cywilne i handlowe, ale właśnie to. Jednak szybko uzmysłowiłem sobie, że codzienność prokuratora to wezwania o 4 rano, aby zobaczyć zwłoki człowieka, który wpadł pod pociąg. To był czwarty rok studiów i po nim je przerwałem.

A jak w twoim życiu pojawił się handel z Chinami?

To wszystko z mojej głupoty (śmiech). Z niczego innego. W tamtym czasie byłem, jak to mawiają Szwedzi, „mellan jobb”, czyli „między pracami”, bo „arbetslös”, czyli „bezrobotny”, wydaje się im się zbyt obraźliwe. Zadałem sobie wtedy pytanie, jaka byłaby najlepsza odpowiedź, gdy ktoś cię zapyta, gdzie pracujesz. Uznałem, że najfajniejszą rzeczą na świecie jest, gdy możesz odpowiedzieć, że zajmujesz się handlem międzynardowym (śmiech).

Który to był rok?

2011.

To już wolny rynek. To nie to samo, co w latach 80. czy 90.

Tak, to prawda, więc trzeba było to zrobić inaczej. Już nie wystarczało ściągać taśmy VHS i magnetowidy z Niemiec. To był czas, kiedy pojawiał się temat tanich towarów z Chin, a jeszcze wtedy nikt nie myślał o czymś takim jak AliExpress. Uznałem, że skoro są tam tanie towary, a Polacy je kupują w dużych ilościach, to ja po prostu będę je sprowadzał. Tylko nie miałem o tym bladego pojęcia. Natomiast przypomniałem sobie, że moja koleżanka pojechała do Hongkongu na studia doktoranckie z sinologii i po prostu do niej napisałem: „Hej, Kasiu, jest taka sprawa, może byśmy założyli firmę, która zajmuje się handlem międzynarodowym. Ty będziesz szukała towaru, a ja będę miał klientów w Polsce. Co ty na to?”. I Kasia się zgodziła.

Coś w stylu: „Ty nie masz nic, ja nie mam nic, czyli mamy akurat tyle, by zbudować fabrykę”?

Tak. Zdecydowanie tak to było zrobione. Coraz bardziej się na to nakręcałem i w końcu obsługiwaliśmy potężne międzynardowe koncerny. Robiliśmy dla nich artykuły reklamowe: smycze, breloczki, kieliszki. Moja wspólniczka załatwiała to w Chinach, a ja byłem w kontakcie z klientami w Polsce i odbierałem ładunek z portów.

Jechałeś z TIR-ami do Gdyni?

Nasze towary wpływały głównie do portów niemieckich, bo to się bardziej opłacało. Ewentualnie lądowały na Okęciu, jeśli to był fracht lotniczy. Często wypożyczałem samochód i sam jechałem po towar.

Ciężarówką?

Tak, ale taką, na którą miałem uprawnienia, czyli do 3,5 t. Jest taki film z Nicolasem Cage’em, o człowieku, który handluje bronią...

„Pan życia i śmierci”.

Tak. On czasem tę broń sam przewoził. I mam wrażenie, że wyglądałem jak Nicolas Cage w tym filmie, tylko z mniej spektakularnym towarem. Do kontrahentów przychodziłem sam, bo byłem tu tylko ja, natomiast w oczach ludzi my byliśmy potężną firmą. To była kompletna abstrakcja. Kasia mówi tak dobrze po chińsku, że Chińczycy w fabrykach wielokrotnie instruowali ją, co ma zrobić, by przekręcić tych głupich Europejczyków, co im mówić, by dodatkowo sobie zarobić, bo oni traktowali ją jak swoją. A w tym czasie, gdy polska firma wysyłała zapytanie do Chin, dostawała zupełnie inne ceny niż my. Dawaliśmy więc klientom wymierne korzyści, ale początkowo podchodziliśmy do tego zupełnie niepoważnie. Będziesz chyba pierwszą osobą, która się o tym dowie, że swoją firmę nazwaliśmy KaRad, bo pomyśleliśmy: „Jak się najgłupiej nazywa firmy w Polsce?”. Od imion. Więc jest Kasia i Radek.

(Śmiech) To jeszcze trzeba było dodać „ex” na koniec.

Był taki pomysł, ale uznaliśmy, że nie przegniemy aż tak bardzo. Był to czas, kiedy jednocześnie zajmowałem się tym i robiłem Polimaty. Kiedy powiedziałem klientom, że kończę z handlem, bo będę kręcił filmy do internetu, to niektórzy byli zawiedzeni i nie rozumieli mojej decyzji.

Ty miałeś wtedy 24 lata! Nie było tak, że szedłeś do dużej korporacji i mówili: „Fajnie, przyjdź z ojcem, to pogadamy”?

Nie, bo ja zawsze byłem taki „stary maleńki” – ponad swój wiek. Nie pod względem wyglądu, bo zawsze wyglądałem jak dziecko, ale ze względu na sposób, w jaki mówiłem. Poza tym nigdy nie wykonywałem „zimnych telefonów”. Jak chciałem porozmawiać z kimś wysoko umocowanym w firmie handlującej winami, to zaczynałem od kelnera, który ma swojego szefa itd., i tak siecią kontaktów trafiałem do dyrektora sprzedaży już jako znajomy jakiegoś znajomego.

Nie żałujesz, że to zostawiłeś? Dziś byłbyś pewnie potentatem w branży.

Rzeczywiście był na to wtedy dobry czas. Potem jednak w tej branży powstało wiele firm, kontakt stał się ułatwiony. Chociaż to, że my mogliśmy dotrzeć do konkretnej osoby z fabryki, a nie do człowieka, który tylko odpowiada na e-maile, było naszą ogromną wartością. Dziś moja wspólniczka działa sama i robi to z ogromnym sukcesem. Myślę, że ja z czasem straciłbym serce do tego.

Czy gdy prowadziłeś biznes, byłeś w Chinach?

Tak, bywałem, raz nagrałem nawet przy okazji odcinek Polimatów. Obecność kogoś na miejscu była potrzebna, bo nasi klienci często chcieli mieć pewność, że kupujemy towar od producentów odpowiednio traktujących pracowników, więc robiliśmy wizje lokalne. Oczywiście widzieliśmy także firmy z dwoma hangarami – w jednym się pracuje, w drugim śpi na karimatach, a 13-latek brygadzista wita cię z fajką w ręku. Takie rzeczy tam się zdarzały i pewnie zdarzają do dzisiaj, ale zawsze byliśmy w stanie znaleźć innych producentów.

W tym czasie powstały Polimaty, które na początku były wykładami. Nie jestem w stanie tego pojąć: masz 24 lata i wymyśliłeś sobie, że ludzie będą przychodzić na twoje wykłady i słuchać, co masz do powiedzenia. Jakiż to trzeba mieć tupet?!

Myślę, że ten tupet prowadzi mnie przez życie, ale każda moja aktywność na gruncie zawodowym była motywowana jedną rzeczą: mam jakąś potrzebę, której rynek nie do końca jest w stanie zaspokoić. A jeśli ja mam taką potrzebę, to istnieje prawdopodobieństwo, że inni też ją mają. I tak było. Pomyślałem, że po zakończeniu edukacji nadal chciałbym być na bieżąco z informacjami, które ktoś mi poda w lekkiej, przyjemnej formie. Wymyśliłem więc te wykłady. Prowadziłem dwa spot- kania w ciągu tygodnia: we wtorki i czwartki, każdego dnia dwa różne tematy, np. „Jan Matejko” i „Zespół napięcia przedmiesiączkowego”.

Ale jaki był początek? Zrobiłeś na ksero plakaty z informacjami?

Stałem w centrum Krakowa i sam rozdawałem ulotki. Potem zacząłem wrzucać je do skrzynek.

To były płatne wykłady?

Tak. Kosztowały 90 zł na miesiąc i w ramach tego abonamentu mogłeś przyjść na 16 różnych wykładów.

I ile takich karnetów ludzie wykupili?

W szczytowym momencie przychodziło 30-40 osób, ale początki były takie, że bywało 5 osób na sali. Standardowo było 15-20 słuchaczy.

Czy miałeś wcześniej jakieś doświadczenie oratorskie?

Znikome, ale nigdy nie miałem problemów z wystąpieniami publicznymi i pamiętam takie historie, kiedy trzeba było napisać opowiadanie na język polski. Nauczycielka pyta, gdzie jest moje zadanie domowe, a ja mówię „Kurczę, zostało w drukarce, ale ja je znam tak dobrze, że po prostu teraz je powiem”.

I wymyślałeś na miejscu?

Tak. Ten motyw często się powtarzał. U mnie ta drukarka była czarną dziurą prac domowych z wielu różnych przedmiotów, zapamiętaną przez nauczycieli i kolegów. Uwielbiam słuchać i mówić. Zresztą łapię się na tym, że gdy chcę zwrócić czyjąś uwagę, nie mówię: „Zobacz”, tylko: „Posłuchaj”. Nie zmienia to jednak faktu, że moje umiejętności oratorskie nie były i nie są jakieś szczególnie wielkie. Jest jedno krótkie nagranie z tamtych wykładów, które się zachowało. Jakoś nieszczególnie pięknie opowiadam, ale widać w tym zaangażowanie i serce.

Radek KotarskiRadek Kotarski Fot. Agata Jakubowska / Agencja Gazeta

2 sierpnia będziesz obchodził 6-lecie. W 2012 r. nagrałeś pierwszy filmik do sieci. Traktujesz to jako początek medialnej kariery?

Sześć lat to brzmi jak wyrok i to już za poważne przestępstwo (śmiech). 2 sierpnia 2012 r. to był moment, kiedy zbyt wiele nie rozumiałem. Na przykład tego, dlaczego widzowie przesyłają moje nagranie swoim znajomym i im się ono podoba. Jednak moje datowanie pracy w mediach to dopiero 2013 r., kiedy zadzwonili do mnie z Telewizji Polskiej. Wtedy stwierdziłem: „Aha, to są media”, bo wcześniej sądziłem, że to takie niepoważne robienie filmików do sieci, z którego nic nie ma i robisz to przy okazji normalnej pracy, bo cały czas działałem w chińskim biznesie. Przestałem dopiero na przełomie 2013 i 2014 r.

Potem przyszła propozycja reklamowania banku. Mówisz, że kontrakt dał ci nie tyle luksus, co spokój finansowy, by zająć się tym, co lubisz. Ile to już lat?

W lipcu zaczął się piąty rok. Od startu mojej kampanii – będziesz pierwszym, któremu to mówię – udało nam się założyć milion kont!

Ale nie masz w umowie, że dostajesz złotówkę od konta?

No niestety nie (śmiech). Ale na rynku reklamowym rzadko się zdarza tak długa współpraca. Wiem, że jest jeszcze Marek Kondrat i dopiero go ścigam, ale i tak dla niektórych taki kontrakt to coś nie do pomyślenia. Dziś internetowi influencerzy w reklamach to rzecz oczywista, a wtedy to była ze strony banku odważna decyzja, bo inni mówili, że „wzięli sobie jakiegoś chłoptasia z sieci”.

Ale jednak eleganckiego. Masz świadomość, że gdybyś był youtuberem w T-shircie i bejsbolówce, to pewnie kontraktu reklamowego z bankiem byś nie podpisał?

Też mi się tak wydaje, ale nie przyjąłem jakieś pozy do internetu. Wiadomo też, że jestem dość przewidywalny, nie będę chodził pijany po ulicach, nie przeklinam na wizji...

Przecież zrobiłeś odcinek o wulgaryzmach!

Tak, wtedy pozwoliłem sobie uwolnić wszystkie pokłady wulgarności (śmiech).

Czy twój strój zawsze był tak elegancki?

Tak. Wystarczy zobaczyć, jak wyglądałem na pierwszych Polimatach.

W podstawówce też chodziłeś w garniturze?

Nie. Powiedziałbym, że na studiach zacząłem ubierać się bardziej elegancko. Wychodzę z założenia, że nigdy do końca nie wiesz, co danego dnia będziesz robił. Dlatego moim codziennym ubiorem jest biała koszula, która w momencie, gdy podwijam rękawy, staje się strojem nieformalnym, a wystarczy założyć do niej marynarkę i wyglądam całkiem poważnie. Choć na pewno nie jestem wzorem stylu, bo popełniam wiele błędów, łącząc różne elementy. Na szczęście jakiś czas temu pod swoje skrzydła wzięła mnie marka Cafardini.

Oni pomagają ci w stylizacjach?

Tak. Oni zrobili ze mnie człowieka, który jest już świadomy swojego stroju. Zresztą okładkowe zdjęcie jest w ich ubraniu, w którym czuję się bardzo dobrze. Wcześniej takie rzeczy, jak długość rękawów czy obszerność spodni były dla mnie zagadką. Na szczęście dziś już mnie naprostowali.

W programach przebierasz się za różne postaci. Czy w którymś z tych kostiumów poczułeś się wyjątkowo dobrze?

Może najpierw wyjaśnię, że przebieram się nie tylko po to, aby było atrakcyjnie w obrazku. Chodzi o coś innego. Chcę na własnej skórze doświadczyć tego, co moi bohaterowie. Do momentu, kiedy nie założysz pełnej zbroi husarskiej i nie przejedziesz się na koniu, nie zrozumiesz, jaka była skala tego, co robili. Natomiast ja zdecydowanie najlepiej się czuję w stroju górnika. Przebierałem się w trzy różne stroje górników z trzech różnych epok i zawsze wtedy czułem dziwny rodzaj więzi. Nie wiem, może w jakimś poprzednim życiu byłem górnikiem...

W tym za to jesteś kojarzony jako „pan z reklamy banku”?

Pewnie przez niektórych tak, bo to jednak pięć sezonów reklam w telewizji i internecie, więc prędzej czy później wyskoczę komuś z lodówki. Wiele osób uważa wręcz, że pracuję w banku lub jestem jego właścicielem (śmiech). Czasami ktoś zaczepi mnie na ulicy, spodziewam się, że pochwali mój program, a on mówi, że ma u mnie konto w banku i „jest OK”. Teraz nagrywaliśmy na Mazurach i pewien pan podszedł do mnie, by powiedzieć, że wziął u mnie kredyt i go spłaca. Odparłem: „To dobrze. Dlatego nie dzwonimy!” (śmiech).

Są inne pomyłki? Mylą cię z kimś innym?

Raczej nie, choć długi czas ludzie myśleli, że jestem z rodziny Koterskich. Niedawno nawet leciałem z Miśkiem Koterskim tym samym samolotem, ale nie przybiliśmy sobie piątki, więc wyglądaliśmy jak pokłócona rodzina (śmiech). Teraz takie pomyłki są już rzadkie, a nawet widziałem w internecie, jak ktoś pisał o Koterskich przez „a”, więc teraz działa to w drugą stronę.

Zapewne nikt nie myli twojego głosu. Mówisz powoli, ultrawyraźnie, nie połykając końcówek. To świadomy zabieg? W sieci połowa komentarzy to: „Uwielbiam jego głos”, a druga: „Jak go słyszę, to natychmiast przełączam kanał”.

Zdarza się nawet, że ktoś mnie rozpoznaje z głosu, a nie z twarzy. Ja swój głos jakoś nieszczególnie lubię i jestem w stanie zrozumieć tych, którzy przełączają, bo po prostu popełniam masę błędów dykcyjnych, rozwlekam wyrazy. Nie uczę się tekstów na pamięć, więc kiedy mówię coś w Polimatach, to myślę w tym czasie, a nie czytam z promptera. Dlatego to bywa niezbyt ładne. Jednak pracuję nad tym cały czas.

Jakie najdziwniejsze prośby przychodzą od internautów?

Zwykle dostaję e-maile zaczynające się od słów: „Hej, mam taką nietypową prośbę...”, i ona zawsze jest typowa, czyli abym nagrał pozdrowienia na urodziny, osiemnastki, życzenia dla młodej pary. Jednak zdarzyła się rzecz, która nas zaskoczyła. Często przychodzą briefy reklamowe z propozycją np. promocji jakiegoś województwa. Super, my to lubimy, ale ostatnio dostaliśmy brief na zrobienie 600 filmów, po
7 min każdy, na temat zasad, którymi rządzi się Kościół katolicki. Nikt nigdy nie zamówił 600 filmów naraz. Zastanawiałem się, czy to nie pomyłka, ale było napisane 12 sezonów po 50 odcinków.

I to musiałoby być 600 zasad? Kiedyś wystarczało 10 przykazań.

Czasy się zmieniają. Ale musiałbym zaprzestać jakiejkolwiek innej działalności zawodowej przez 10 lat, aby skończyć ten projekt. Poza tym my nie wchodzimy w sprawy światopoglądowe. Nie zajmujemy się religią ani polityką. Nie dość, że nas to nie interesuje, to są tematy, które dzielą ludzi.

Lepiej ludzi łączyć... Ile dostałeś propozycji matrymonialnych?

No właśnie prawie wcale.

Prawie, czyli jakieś były?

Może jedna, dwie, że byłoby super, gdybyśmy się spotkali (śmiech). Jednak 80% widowni Polimatów to mężczyźni.

Tomasz Kammel stwierdził, że ty jesteś „ideałem teściowej”.

Tak. Może w tym rzecz, że nie jestem „bad boyem”, ale „nudnym panem od ciekawostek”.

Ujęło mnie, jak w jednym z wywiadów, aby udowodnić, że nie jesteś nudziarzem, tylko luźnym gościem, opowiedziałeś, że wyszedłeś wcześniej z matury...

Tak, bo spieszyłem się na autobus.

Wiesz, że to odpowiedź kujona: „Jestem cool, bo wyszedłem z matury wcześniej”.

(Śmiech) Tak, dopiero po czasie pomyślałem, że to nie był najlepszy przykład. Może to będzie pierwszy wywiad, z którego to wyjdzie, ale mój wizerunek człowieka, który po zakończonej pracy włącza operę i dywaguje o sztuce, jest fałszywy. Moi znajomi czasami nie mogą uwierzyć w to, co ludzie o mnie wygadują. Naprawdę jestem jedną z luźniejszych osób, zwłaszcza na imprezach.

Jesteś tak luźny, że nie puszczasz opery, tylko operetkę...

Tak, dokładnie (wybuch śmiechu). Gdy ostatnio na Instagrama wrzuciłem swoje zdjęcie z plaży w T-shircie...

W zwykłym T-shircie?

W eleganckim (śmiech). Zdarza mi się chodzić w koszuli po plaży, ale wtedy nie chciałem się pobrudzić. Gdy zdjęcie trafiło do sieci, ludzie pytali: „Jak to? Ty chodzisz w T-shircie?”, bo to było tak sprzeczne z ich wyobrażeniami.

Radek Kotarski przed płótnem FangoraRadek Kotarski przed płótnem Fangora Fot. Agata Jakubowska / Agencja Gazeta

Chcesz odejść od wizerunku „pana od opery”, a ja chcę właśnie iść w sztukę. Sesja do tego wywiadu była robiona na tle obrazów Fangora. Ja sobie żartowałem: „Co za wandal wysprejował artyście wszystkie płótna?”. Czy byłbyś w stanie zrobić program o Fangorze albo teraz mnie przekonać, że to wartościowa sztuka?

Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi nie, na drugie tak. Trudno jest zrobić program o Fangorze, bo jego obrazy są trójwymiarową iluzją, i kiedy je nagrywasz kamerą, trochę tracą. Gdy patrzysz na jego obrazy, przechodzisz przez kolejne fragmenty, to zdajesz sobie sprawę, że turkus, który widziałeś na górze, przechodzi na tę czerwoną część razem z tobą. Bezkrawędziowe malarstwo, które on uprawiał, jest po prostu niesamowite. Nie musisz się zastanawiać: „Co autor miał na myśli?”, a możesz cieszyć oczy niespotykanym efektem. Jego słynne koła pochłaniają mnie tak mocno, że czasem mam ochotę dotknąć tych płócien, ale wtedy przypominam sobie, że taki obraz kosztuje 1 czy 2 mln zł. Jesteśmy w stanie ekscytować się Chełmońskim, porywają nas obrazy Matejki – świetnie, ale przy całym szacunku dla tych twórców, oni nie wnieśli do światowego malarstwa czegoś unikatowego, dzięki czemu wykładałoby się o nich na zagranicznych uczelniach. Inaczej jest z Fangorem i  boli mnie, że tak mało osób go zna. My, Polacy, powinniśmy być dumni, że jeden z naszych malował tak, że nawet trudno go skopiować.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wystarczą dwa kolorowe spraje.

No właśnie. Ja trochę maluję, a nie potrafię tego powtórzyć.

Ty malujesz?

Tak. Pejzaże. Kiedyś próbowałem skopiować Fangora, ale nie potrafiłem powtórzyć jego techniki nawet na małym fragmencie. On nawet do namalowania dwukolorowego obrazu używał wielu technik i kilkudziesięciu pędzli. Jego żona pewnie gorzej to wspomina, bo musiała je myć.

Czy chcesz powiedzieć, że jak niektórzy mają słuch absolutny albo słyszą więcej, to on widział więcej?

Tak. U Fangora to „widzenie więcej” polegało na tym, że doskonale wiedział, jakie kolory połączyć, aby wzajemnie się przenikały i aby iluzja była faktycznie taka, że obraz płynie. Dlatego gdy patrzę na jego obrazy i odwrócę wzrok, to kręci mi się w głowie. On wiedział, jak to zrobić. Być może parę rzeczy powstawało z przypadku, ale zapewne i Wielki Wybuch był przypadkiem.

A ja przypadkiem dowiedziałem się, że masz dwa koty. To byłoby dobre zaczepienie do pytania o politykę, ale powiedziałeś już, że polityka cię interesuje, a mnie nie interesują koty. Zapytam więc, jakie miałeś plakaty nad łóżkiem jako dziecko.

Hmm... na pewno pochodziły z magazynu „Popcorn”. Wiem! Moim głównym bohaterem z dzieciństwa był Tom Selleck z serialu „Magnum”. Miałem teczkę z moimi bohaterami, z Sylwestrem Stalone itp. a na okładce było starannie wycięte zdjęcie Toma Sellecka. Imponował mi, bo wiedziałem, że nigdy nie popełnia błędów. Do dziś mam bardzo małą tolerancję na różnego rodzaju potknięcia – u siebie i u innych. Gdy czytam książki kryminalne lub oglądam seriale, najbardziej utożsamiam się z bohaterami, którzy wiedzą, co robią, i konsekwetnie dążą do celu. Tom Selleck w „Magnum” był archetypem takiego podejścia.

A dlaczego chciałeś być prowadzącym „Top Gear”?

Bo to jest najlepsza praca świata. Tak mi się wydawało. Płacą ci za to, że się dobrze bawisz w samochodach. Dziś pracując w podobnej branży, już wiem, że to powierzchowne spojrzenie i „Top Gear” to bardzo skomplikowana matematyczna układanka, która ma doprowadzić do tego, że ludzie chcą to oglądać (a raczej – chcieli). Ale fascynowało mnie to, że jeździsz, nagrywasz i jesteś w różnych miejscach na świece. Jednak jak teraz o tym myślę, to ja właśnie to robię!

Więcej o: