Czy rzucić pracę w korporacji?

Tomasz Wiśniewski

Tomasz Wiśniewski (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Rzucam tę robotę i otwieram własny biznes! Jeśli chociaż raz tak pomyślałeś, przeczytaj tę rozmowę. Dowiesz się, jak się do tego przygotować, od czego zacząć, na co zwracać uwagę i kiedy przemyśleć ten krok raz jeszcze, bo są miejsca lepsze, ale też i gorsze niż korporacja.

Tomasz Wiśniewski - współwłaściciel Pracowni Finansowej, firmy zajmującej się inwestycjami w realną wartość: w elektrownie wiatrowe, nieruchomości i nowe technologie. Zanim zaczął własną działalność, przez 15 lat pracował
w różnych firmach.Prowadzi bloga RzucamPrace.pl, na którym radzi jak zostać przedsiębiorcą.

Pana blog nazywa się „RzucamPrace.pl”, ale chyba nie do końca chodzi o rzucanie pracy i nicnierobienie?

 W moim przypadku to było „rzucam pracę” po to, aby pracować jeszcze ciężej, tyle że dla siebie. I można też to zrobić, wcale nie odchodząc z firmy, ale przestawić się mentalnie, poczuć, że pracujemy na własny rachunek, że budujemy własną markę. I to nam daje zupełnie inną perspektywę, inny komfort psychiczny. Nawet jeżeli zostajemy u dotychczasowego pracodawcy, wiedząc, jaką wartość wnosimy do firmy, mamy więcej pewności siebie, czujemy się zdrowsi.

A co jest złego w mentalności pracownika korporacji?

 Przede wszystkim korporacja zarządza strachem i poczuciem winy, że pracujemy za mało, że coś zrobiliśmy źle. Zawsze jesteśmy zależni od szefa, od jego nastrojów. W każdej chwili może nas zwolnić, awanse też nie zawsze są sprawiedliwe, więc wchodzimy w jakieś korporacyjne gierki. Gdy zatrudnionych jest 3000 osób, to trudno jest wszystkie poznać, są więc systemy oceny pracowniczej itd. Taka sytuacja nie sprzyja tworzeniu. Mówi się, że już organizacja, która ma powyżej 500 osób, może zająć się sama sobą, tzn. ma tyle wewnętrznych problemów, że jest w stanie wypełnić wyłącznie nimi cały czas pracowników. A gdy pracujemy na własny rachunek, musimy sami organizować sobie pracę, odrzucać to, co zabiera nam czas, a nie jest efektywne.

To jak zmienić mentalność w korporacji? Jak się nie bać szefa, który w każdej chwili może nas wyrzucić?

 No właśnie trudno się nie bać, gdy mamy to poczucie ciągłego strachu: Czy można wziąć kredyt? Czy można wydać jakąś większą sumę? Dla mnie to było bardzo męczące, dlatego zawsze wiedziałem, że chce mieć własną firmę.

Ile lat pracował pan „dla kogoś”?

 15 lat, z czego w korporacji ostatnie pięć. Wcześniej to były oddziały dużych firm i tak tego nie odczułem. Prawdziwą korporację poczułem dopiero, gdy wszedłem do ostatniej firmy, w której pracowałem. Od pierwszego dnia wiedziałem, że zrobiłem błąd.

Dlaczego?

 Ze względu na poziom skomplikowania wszelkich procesów, procedur i zależności: od wydania sprzętu szeregowemu pracownikowi, aż po to, że jak szef chce, żebyś coś zrobił, to jest to... nieważne, bo jest jeszcze 10 innych działów, które mogą mieć coś przeciwko temu projektowi. W korporacji bywa, że trzy zespoły potrafią niezależnie pracować nad tym samym tematem i nawet nie wiedzą o sobie. Jest się tam małym trybikiem, który nic nie znaczy. A ja wolę mieć wpływ na to, co się dzieje w firmie.

Od początku pan wiedział, że korporacja nie jest dla pana, a jednak pięć lat pan wytrzymał?

Tak. Sporo się zmieniało, przede wszystkim udało mi się awansować, ale był też ciągły strach od pierwszej wypłaty, którą dostałem
w 1995 r. – to są złote kajdany, strach, co będzie, kiedy tej comiesięcznej pensji zabraknie. Jednak okazuje się, że kto odchodzi ze stałej pracy i nie ma etatu, potrafi zarabiać nawet kilka razy więcej niż dotychczas. Uwalniają się – jak ja to mówię – jego supermoce. Nikt go nie ogranicza, a z drugiej strony wie, że jak rano nie wstanie z łóżka, to nie będzie miał co do garnka włożyć. To pobudza kreatywność. I to jest zupełnie inny poziom funkcjonowania niż w korporacji, gdzie człowiek boi się cokolwiek zaproponować.

Ale we własnej firmie też jest ten strach o pieniądze, może nawet większy. W korporacji nie jest bezpieczniej? Po co rzucać „ciepłą posadkę”?

 To jest fałszywe poczucie bezpieczeństwa, bo mamy stałą pensję, ale tylko dopóki ona się nie skończy, czyli do czasu, gdy zostaniemy zwolnieni, a przecież są fuzje, redukcje, a na rynek wchodzi nowe pokolenie. A im wyżej jest się w hierarchii i wyżej na świeczniku, tym łatwiej zlecieć, dlatego niektórzy boją się awansować, bo wtedy łatwiej o błąd, nie da się go ukryć, wolą więc siedzieć przez długie lata po cichu na średnich stanowiskach z pensjami, które wystarczają im na pokrycie kosztów. Ale to nie było dla mnie. Ja zawsze miałem potrzeby wyższe niż pensję, marzenia przekraczające moje zarobki, dlatego cały czas myślałem, o założeniu biznesu, ale zawsze brakowało mi odwagi, żeby powiedzieć: „Odchodzę”.

Co spowodowało, że w końcu pan się zdecydował?

 Okazja. Firma została przejęta przez inną, działy były zdublowane i można było skorzystać ze zwolnień...

...z godziwą odprawą?

 Może to nie była taka odprawa, jak mają prezesi, dostający roczne czy dwuletnie pensje, ale pozwoliła mi kilka miesięcy organizować własny biznes. Zresztą przygotowywałem się do tego kroku dłuższy czas, więc miałem poduszkę finansową, dochód pasywny...

Co to jest dochód pasywny?

 Pieniądze, które wpływają na nasze konto niezależnie od tego, czy pracujemy, czy nie. Ale są pewne niuanse. Niektórzy np. uważają, że mieszkanie na wynajem to dochód pasywny. Oczywiście tak, ale nie do końca, bo jednak musimy jakoś zajmować się tym mieszkaniem. Możemy zlecić to jakiejś agencji, ale wtedy musimy dzielić się i tak niewielkim zyskiem.  Dlatego, dopóki mamy stałą pensję, warto choćby małą jej część zainwestować. A zanim odejdzie się z korporacji, należy też odłożyć trochę pieniędzy na tzw. poduszkę, która pozwoli nam przetrwać na początku.

Od czego zacząć budowę własnej firmy, gdy już mamy tę poduszkę finansową?

 Od budowy zespołu. W zależności od swoich talentów powinniśmy się skupić na tym, do czego mamy naturalne predyspozycje, a inne zadania powierzyć osobom, które się na nich znają. Najprostszym przykładem będzie księgowość. Niemal każdy przedsiębiorca na początku wynajmuje księgową. Później, kiedy biznes się rozwija, potrzebny nam będzie dział marketingu, finanse, analitycy...

 

A co z ludźmi, którzy mają mniejsze ambicje, ale mają też dość korporacji i myślą o założeniu firmy jednoosobowej lub rodzinnej typu szycie wełnianych czapek?

 Po pierwsze, jeśli ktoś może pracować po godzinach, to radziłbym od tego taki biznes zacząć, zobaczyć, jak to jest, bo taka mała firma często jest gorsza niż praca na etacie. Ja traktuję to jak ogniwo przejściowe do momentu, kiedy stworzymy prawdziwy biznes, firmę, w której możemy chociażby pojechać na wakacje i ktoś nadal dba o klientów. A kiedy sami prowadzimy np. sklep, to nie możemy go zamknąć i wyjechać, bo czynsz z czegoś płacić trzeba, a jeszcze jest niebezpieczeństwo, że klienci pójdą do konkurencji, bo mają pretekst, żeby jej szukać. Niektórzy jednak potrafią tak funkcjonować całe życie, ale to jest równie stresujące, jak praca na etacie, a powiedziałbym, że nawet gorsze, bo gdy pracuje się w korporacji, można pojechać na urlop i firma się nie zawali. A w przypadku samozatrudnienia, gdy jesteśmy na wakacjach możemy stracić klientów i kontrahentów, a zresztą i tak na urlopie cały czas odbieramy firmowe telefony.

Ale chyba nie każdy nadaje się do prowadzenia większej firmy?

 Każdy może być szefem, pod warunkiem że stworzy odpowiedni zespół. No i szefowi musi się chcieć, wykluczamy więc sytuację, że komuś brakuje motywacji. Każdy typ osobowości się do tego nadaje, ale musi zorganizować sobie tzw. system wsparcia. Jeśli wiemy, w czym jesteśmy dobrzy, a w czym słabi, musimy tak dobrać ludzi, by rekompensowali nasze słabe strony. Najprostszy przykład – jeśli ktoś zapomina o różnych sprawach, to albo ustawia sobie elektroniczne przypomnienia, albo zatrudnię asystentkę. A jeśli ktoś jest dobrym organizatorem, ale za to jest kiepski w wymyślaniu nowych produktów, to musi mieć kogoś, kto pomysłami sypie jak z rękawa. Z kolei takie osoby najczęściej nie realizują tego, co wymyślają. Trzeba się więc odpowiednio uzupełniać.

Jak odnaleźć swoje mocne i słabe strony?

 Nie chcę reklamować żadnego systemu, ale jest ich mnóstwo. Na swoim blogu skupiam się na jednym – to prosty test, który pokazuje, w czym jesteśmy mocni, a w czym słabi. To test przygotowany specjalnie dla przedsiębiorców, chociaż będąc w korporacji, też można z niego korzystać. Wskaże najlepszą ścieżkę do osiągnięcia sukcesu, ale też pokazuje, czego nie powinniśmy robić, jakie zadania powinniśmy zostawić innym. Oczywiście po kilkunastu latach pracy i obserwowania siebie w różnych warunkach sami wiemy, do czegoś się nadajemy. Ja, będąc w korporacji, bardzo dobrze wiedziałem, że sprawdzam się w kontaktach z klientami, w rozmowach i negocjacjach, ale do Excela i do analiz nie miałem głowy. Po prostu byłem chory, gdy miałem to robić. Raz, że nie byłem w tym dobry, więc zajmowało mi to dużo czasu, a dwa, że czułem się z tym fatalnie i osłabiało to inne moje talenty. Po kilku godzinach takiej pracy człowiek nie jest w stanie być efektywny w zadaniach, do których ma predyspozycje.

Gdy już wiemy, jacy współpracownicy powinni nas uzupełniać, to jak ich znaleźć?

 To najtrudniejsza kwestia. Budowanie zespołu trwa, trzeba mieć kontakt z ludźmi. Pomaga networking. Proszę nie mylić tego z network marketingiem. Networking to bywanie w różnych miejscach, poznawanie ludzi, dzielenie się kontaktami.

Nie ma programu, gdzie sadza się pracownika przed komputerem, by rozwiązał test, i mamy wynik, czy się nadaje?

 Można tak zrobić, ale to ciągnie za sobą pewne inwestycje, bo taki program jednak kosztuje. Być może są też darmowe narzędzia, ale to nie wszystko. Predyspozycje w teście wyjdą, o ile będzie uczciwie wypełniony. Ja jednak polecam zatrudniać najpierw na okres próbny, żeby lepiej się poznać.

Czy kiedy zakładamy własną firmę, w której zostajemy prezesem, bo to ładnie brzmi i zatrudniamy pracowników, to nie zaczynamy budować korporacji, z której sami uciekliśmy?

 Ja chciałbym tego uniknąć. Zaczynałem od małej firmy rodzinnej, teraz w Pracowni Finansowej zatrudniamy około. 30 pracowników, ale klimat i atmosfera są inne niż w korpo. Może kiedyś trzeba będzie stworzyć korporację, od której chciałem uciec, ale wtedy zbuduję ją na innych zasadach. Jest takie powiedzenie: „Zamiast piąć się po szczeblach drabiny korporacyjnej, postaw własną”, a dla tych, którzy jednak chcą zostać w korporacji, drugi ważny cytat: „Jeśli pniesz się po szczeblach kariery, to sprawdź, czy drabina jest oparta o właściwą ścianę”.

Pan dosyć długo przygotowywał się do przejścia „na swoje”. Czy mimo to popełnił pan jakieś błędy? Czy patrząc z perspektywy czasu zrobiłby pan coś inaczej?

 Na pewno. Przede wszystkim przeholowałem z kosztami. W pewnym momencie kupiłem rzeczy, które się nie zwróciły, które nie miały dużego znaczenia biznesowego. Na początku związałem się też z kilkoma firmami, które zakończyły swoją działalność, kiedy mój biznes zaczął się rozkręcać – a to jedna zbankrutowała, a to w innej prezesowi coś się odwidziało. Trzeba wziąć pod uwagę, że nigdy nie jesteśmy zawieszeni w próżni, świadczymy usługi dla kogoś, coś sprzedajemy. Bo wszystko możemy przyrównać do sprzedaży. Nawet jeśli proponujemy żonie wyjście do kina, musimy to odpowiednio sprzedać.

Najtrudniejszą ścieżką – przynajmniej dla mnie – jest tworzenie czegoś od podstaw, więc ja szukałem gotowych produktów, które mogłem dystrybuować. Wtedy mamy ułatwione zadanie, wszystko jest opracowane, nawet prawnicy powiedzieli, co na ten temat sądzą, klienci znają produkt, a my zajmujemy się tylko małym wycinkiem całego łańcucha i – co ważne – nie musimy czekać kilka miesięcy czy nawet lat na pierwsze przychody. Wyobraźmy sobie stworzenie programu komputerowego od podstaw. Już sama faza badań i testów to może być kilka lat. A zanim pojawią się pierwsze pieniądze, trzeba mieć z czego żyć. Dlatego łatwiej sprzedawać gotowe produkty i stopniowo powiększać swoje portfolio. My ze wspólnikiem najpierw oferowaliśmy cudze produkty, a dopiero później zaczęliśmy tworzyć własne.

No właśnie, co z zakładaniem firmy w kilka osób? Pomysł, że trzej przyjaciele odchodzą razem z korporacji, by otworzyć własny biznes, sprawdzi się?

 Nie znam takiego przypadku, jednak to może zadziałać. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że są to ludzie przyzwyczajeni do etatów. Kiedy ja rozmawiałem z kolegami o odejściu z firmy, to snuliśmy różne plany, ale na rozmowach się kończyło. W moim przypadku to trwało kilkanaście lat, zanim się zdecydowałem, ale niektórzy nigdy do tego etapu nie dochodzą.

W korporacjach mamy złote kajdany, czyli te wszystkie bonusy, które boimy się utracić. Już nie mówię o telefonie czy samochodzie służbowym, ale jest chociażby ubezpieczenie medyczne. Gdy moja żona rzuciła korporację, nie wyobrażała sobie życia bez karty do prywatnej kliniki. Sama dalej opłacała abonament, jednak pół roku później doszła do wniosku, że jak zachoruje, to przecież sama zapłaci za wizytę i taniej to wyniesie niż te 150 czy 200 zł co miesiąc. A samochód służbowy? Ja chcę jeździć takim, jaki mi się podoba, a nie takim, jaki firma daje. Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że wiele osób zakładając swoje biznesy, ponosi porażki, ale łatwo zrozumieć, dlaczego, i wyciągnąć wnioski.

No i dlaczego?

 Bo komuś wydaje się, że będzie dobry we wszystkim, a tymczasem jest dobry w jednej dziedzinie, a całą resztę załatwia korporacja. Nawet jeśli jesteśmy genialni w swojej działce, to nie zauważamy jaką robotę robi resztę firmy.

Nie doceniamy innych?

 Nawet jeśli doceniamy, to możemy po prostu nie wiedzieć, ile osób jest zaangażowanych w to, co robimy. Nie mamy pojęcia, ile księgowych pochyliło się nad tym problemem, ilu prawników pracowało nad tym, żeby urząd skarbowy się do niczego nie przyczepił. Nie wiemy nawet o połowie rzeczy, które się wydarzyły, żeby firma mogła zaoferować dany produkt. A my sami chcemy zaoferować coś nowego.

Tomasz WiśniewskiTomasz Wiśniewski Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Zna pan ludzi, którzy odchodzili z korporacji i wracali po kilku latach?

 Były takie przypadki. Ludziom wydawało się, że będzie im lepiej, a okazało się, że to nie dla nich albo po prostu ich biznes nie wypalił. Proszę pamiętać, że człowiek odchodząc z korporacji, jest sam jak palec. Może żona nas czasami wesprze, ale na pewno nas nie zrozumie. Rodzina też „dobrze radzi”: „Słuchaj, masz stałą pensję, weź się zastanów, nie rób tego”. Jesteśmy sami, nie mamy nawet komu się pożalić, że klienci się odwracają, że kontrahenci nawalają. Nawet nie mamy z kim o tym pogadać. Pewnie przydaje się wtedy jakiś coaching albo organizacje biznesowe, gdzie można podzielić się problemami z innymi przedsiębiorcami, ale na początku jest pustka. W korporacji, gdy coś się działo, był szef, do którego można pójść z problemami, byli koledzy, z którymi choćby na papierosie można porozmawiać. A przedsiębiorca jest zdany sam na siebie.

Kiedy dać za wygraną i zrezygnować z marzeń o własnej firmie?

 Ja doszedłem w pewnym momencie do takiej sytuacji, że nawet żona zwątpiła we mnie. Na pewno wytrwałość i wiara w sukces są potrzebne, tylko trudno wykrwawiać się bez końca.

No właśnie, kiedy wytrwałość zamienia się w ślepy upór?

 Kiedy nie jesteśmy w stanie wywiązywać się z własnych zobowiązań finansowych i nie ma szansy na nagły przypływ gotówki. Natomiast ja w pewnym momencie postawiłem wszystko na jedną kartę, bo wiedziałem, że na etacie nie odrobię tego, co już zainwestowałem.

Czasami to „jeszcze chwilę” wystarcza. Przynajmniej w moim w przypadku okazało się zbawienne. Nie miałem już zupełnie pieniędzy, ale udało nam się z kolegą zbudować firmę, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Obaj byliśmy już w takiej sytuacji, że łatwo było się poddać. Nie chcę jednak nikogo namawiać, żeby robić jeszcze ten jeden krok, bo w moim przypadku się udało, ale gdyby nie wyszło...

To co by pan zrobił?

 Nawet nie myślałem o tym, żeby wrócić na etat, chociaż kilka osób radziło mi to. Ja wtedy zacząłem robić pięć rzeczy naraz i obserwowałem, która z nich wypali, by skupić się tylko na niej, chociaż wszystkie były perspektywiczne. Jak wspominałem, wcześniej postawiłem wszystko na jedną kartę, byłem związany z jedną firmą, ale jej prezesowi – nie wiem, czy znajdzie pan lepsze słowo – odbiło i zaczął nagle wydawać wszystkie pieniądze. Tak się skończyła moja perspektywiczna firma.

Teraz pan jest prezesem. Nie kusi pana, żeby przestać pracować i zacząć wydawać? Nie kusi, żeby panu też odbiło?

 Dla formalności jestem wiceprezesem. Nie, nie kusi. Może to kwestia charakteru. Nawet gdy byłem bardzo młody, miałem 21 lat, już zrobiłem swoją pierwszą długoterminową inwestycję – co miesiąc odkładałem pieniądze na fundusze inwestycyjne. To była mała kwota, ale ja kierowałem się zawsze zasadą, że nawet jak zarabiasz 1000 zł, to trzeba te 50 zł odłożyć. I to w tej kolejności, że najpierw odkładamy, dopiero potem resztę wydajemy, bo jeśli zaczniemy od wydawania, to nigdy nic nie zostanie na oszczędności. Poza tym nie mam potrzeby chwalenia się przed innymi. U niektórych ludzi z korporacji występuje syndrom niedowartościowania, muszą się pokazać i zamiast inwestować, wydają więcej, niż zarabiają. Natomiast zauważyłem, że przedsiębiorcy, z którymi mam do czynienia, raczej nie żyją na pokaz, nie wydają pieniędzy na drogie auta czy na drogie apartamenty. Jeśli kupują apartament, to po to, żeby zarobił na siebie.

Ile godzin dziennie pan pracuje?

 Teraz około 10.

Dziesięć? To nie po to ma się swoją firmę, żeby pracować cztery?

 Lubię to, co robię i wolę swoją pracę, niż np. oglądanie filmów czy meczów. W pracy jestem dlatego, że chcę, a nie bo, ktoś mi każe.

Czy to jest norma, że ludzie mający własną firmę tyle czasu na nią poświęcają?

 Pierwsze lata budowania biznesu są najgorsze. Na początku pracowałem także w weekendy i nie było to 10 godzin, ale więcej – aż mi się oczy ze zmęczenia zamykały. Jednak ktoś powiedział, że jeśli twoja praca jest twoim hobby, to nie musisz pracować.

Co doradziłby pan młodemu człowiekowi, jeszcze na studiach, który chce kiedyś zostać prezesem? Lepiej, żeby na początek poszedł pracować do korporacji, do mniejszej firmy czy żeby od razu próbował założyć własną?

 Ja bym poszedł do mniejszej firmy. W korporacji też można się czegoś nauczyć, to też jest dobra droga, ale polecam nie uzależniać się od pensji i inwestować pieniądze, żeby stworzyć poduszkę, która pozwoli w przyszłości założyć własny biznes. Natomiast większa szansa, żeby się dużo nauczyć, jest w małej firmie, bo im większa korporacja tym większa specjalizacja. Jeśli w firmie pracują trzy osoby, to każda musi robić jedną trzecią wszystkiego, a jeśli mamy 3000 etatów, to szeregowy pracownik tak naprawdę potrafi tylko jedną rzecz.

A studia MBA? Kiedyś to była furtka do wysokich stanowisk.

 My nie patrzymy na to przy zatrudnianiu nowych pracowników, ważniejsza jest praktyka biznesowa. Gdy ja rozważałem studia MBA, to już nie był żaden prestiż, ale jeśli teraz warto na nie iść to przede wszystkim – co potwierdziło mi kilka osób – dla kontaktów.

Bo ci, którzy tam studiują, będą na wysokich stanowiskach?

 Będą albo już są.

Czy kiedykolwiek wróciłby pan do korporacji.

 Na pewno nie, chociaż kiedyś miałem takie przemyślenia, że mając tę wolność i pewność siebie, może warto byłoby spróbować i zobaczyć, jak byłoby mi teraz na etacie z tym wszystkim, czego dowiedziałem się w życiu post-korporacyjnym, zobaczyć, jakie byłoby moje podejście do codziennej pracy, do szefa, do kolegów, ale tylko w ramach testu. Na pewno nie dla pieniędzy.

Zobacz także
  • Mój pierwszy raz: pedikiur Mój pierwszy raz: pedikiur
  • El Clasico w kinach Helios El Clasico w kinie
  • Najdłuższy most na świecie łączy Zhuhai, Makau i Hong Kong Najdłuższy most świata oficjalnie otwarty
Skomentuj:
Czy rzucić pracę w korporacji?
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy