Leszek Lichota - Bruce Lee i ułamki - wywiad z "Logo"

Leszek Lichota (ur. w 1977 r. w Wałbrzychu) - aktor filmowy i teatralny. W 2002 r. ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Znany m.in. z seriali 'Prawo Agaty' i 'Wataha' oraz filmów 'Lincz' i 'Karbala'. Partner aktorki Ilony Wrońskiej, tata Nataszy i Kajetana.

Leszek Lichota (ur. w 1977 r. w Wałbrzychu) - aktor filmowy i teatralny. W 2002 r. ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Znany m.in. z seriali 'Prawo Agaty' i 'Wataha' oraz filmów 'Lincz' i 'Karbala'. Partner aktorki Ilony Wrońskiej, tata Nataszy i Kajetana. (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Jest zwolennikiem alternatywnej rzeczywistości. Gdy zajdzie potrzeba, może udzielić korepetycji z matematyki albo stawić czoła meksykańskim skorpionom. Teraz możemy go oglądać w serialu kryminalnym "Pułapka".

Tuż przed naszą rozmową do redakcji dotarła wiadomość o pańskich kłopotach zdrowotnych.

Na poprzednim planie jakiś wirus dopadł parę osób, między innymi mnie. Trzeba było się wyleczyć.

Jak pan przetrwał spotkanie z polską służbą zdrowia?

Bezkolizyjnie. Mam z nią świetne układy od około dziesięciu lat. Schodzimy sobie z drogi (śmiech). Staram się leczyć metodami alternatywnymi. Tym razem też się udało.

Alternatywnymi?

No, takimi, żeby nie wylądować w szpitalu. Wolę na przykład kurować się ziołami.

Skąd ta niechęć do tradycyjnych metod leczenia? Miał pan w przeszłości jakieś nieprzyjemne doświadczenia?

Nie tyle niechęć, co uważam, że większość dolegliwości i chorób można wyleczyć w domu. A niektóre trzeba po prostu wyleżeć. Poza tym w szpitalach najczęściej nie leczy się choroby, czyli nie szuka jej przyczyn, lecz łagodzi się bądź usuwa skutki. Ale czy my naprawdę chcemy rozmawiać o medycynie?

Od wrześnie możemy oglądać pana w nowym serialu TVN-u „Pułapka”. Wciela się pan w komisarza Czarnego z komendy stołecznej. To twardy typ z żelaznymi zasadami i niejasną przeszłością. Opis wydaje się żywcem wyjęty z klasycznych filmów sensacyjnych z lat 70. w stylu „Francuskiego łącznika” czy „W kręgu zła”.

Podczas czytania scenariusza mnie także włączały się podobne skojarzenia. Odgrzebałem sobie jeszcze w pamięci Borewicza z „07 zgłoś się”. Bronisław Cieślak zagrał tę postać niezwykle nowocześnie i do dzisiaj to jest świetna aktorska robota. Bardzo się cieszę, że powstaje w Polsce coraz więcej takiego kina. Nawet nasze telewizje naziemne próbują robić produkcje gatunkowe. Seriali obyczajowych naoglądaliśmy się już wystarczająco dużo. Wszystkie zaczęły być do siebie podobne. W „Pułapce” dostrzegłem dużo fajnych elementów: zaskakującą fabułę,  utalentowaną obsadę, wreszcie reżysera Łukasza Palkowskiego, który czego się tknie, zamienia to w złoto. Bardzo dobrze pracowało nam się razem. Czasem miałem wręcz wrażenie, że rozumiemy się bez słów. Jeśli błądziłem, szybko potrafił mnie naprowadzić na odpowiednią ścieżkę. Zdarzało się też, że i ja miałem pomysły, które uzupełniały jego wizję.  Na tym powinno polegać wspólne tworzenie.

Filmy Palkowskiego, jak „Bogowie” czy „Najlepszy”, emanują energią amerykańskiego kina. W „Pułapce” też będzie można ją odczuć?

Nie wiem, czy amerykańskiego. Oczywiście my na tym kinie wyrośliśmy i jesteśmy nim przesiąknięci. Mojemu pokoleniu wszystko, co „amełykańskie”,kiedyś bardzo imponowało: guma, spodnie, buty, Nike, Adidas (śmiech). Natomiast myślę, że zaczynamy wreszcie znajdować swój własny język filmowy. Na nowo, bo w latach 70. mieliśmy tę umiejętność. Ale czasy się zmieniły i trzeba szukać nowych środków wyrazu. Czechom i Skandynawom to się udało. My także mamy szansę nauczyć się opowiadania historii po swojemu.

Skoro o nauce mowa. Razem z partnerką zdecydował się pan na odważny krok: edukację domową dwójki swoich dzieci. W przeciwieństwie np. do Stanów Zjednoczonych w Polsce mało kto sięga po takie rozwiązanie.

Tak jak mówiłem, jesteśmy zwolennikami alternatywnej rzeczywistości. Alternatywnej do wszelkich systemów: zarówno służby zdrowia, jak  i edukacji. W trakcie półrocznej podróży po Stanach sami uczyliśmy dzieciaki, aby nie miały zaległości. Po powrocie doszliśmy do wniosku, że jest to nieuciążliwe, a do tego całkiem fajne. Normalnie trzeba dzieci zawozić i odbierać ze szkoły, a potem spędzać z nimi kilka godzin nad zadaniami domowymi, których jest zdecydowanie za dużo. Nie mam pojęcia, co oni w tych szkołach robią, skoro dzieci muszą aż tyle uczyć się w domu. Przecież to zabiera im dzieciństwo! Ja większość materiału byłem w stanie opanować podczas lekcji, a w domu się bawiłem. Obecnie poświęcamy na naukę z dziećmi godzinę lub dwie dziennie. Przed egzaminami nawet trzy. Resztę czasu mają dla siebie.

Pan prowadzi pewnie zajęcia z matematyki. Podobno na egzaminach do szkoły średniej ten przedmiot zdał pan najlepiej z rocznika.

Z matmy do ósmej klasy byłem totalną nogą. W pewnym momencie zdałem sobie nawet sprawę, że nie potrafię dodawać ułamków. Mój brat siedział wtedy nade mną trzy miesiące i wbijał mi do głowy tę wiedzę. Na szczęście na tyle skutecznie, że po wszystkim zdałem egzamin z wyróżnieniem. Być może potrzebowałem czasu, aby zrozumieć, o co w matematyce chodzi. Tak też staramy się uczyć nasze dzieci. Jeśli nie rozumiesz czegoś teraz, to najwyżej nie zdasz i nauczysz się za rok. Świat się z tego powodu nie zawali. Zajmij się tym, co cię interesuje.

Pan swego czasu interesował się m.in. stand-upem. Pański występ w programie HBO „Na stojaka” wylądował na YouTubie i doczekał się już prawie miliona wyświetleń! Śledzi pan jeszcze, co się dzieje w tym gatunku komedii?

 Przestało mnie to kompletnie kręcić. Mam wrażenie, że stand-up zatrzymał się w jednym miejscu. Przynajmniej u nas wciąż oscyluje wokół bulwarowego żartu. Z drugiej strony nie można z niego  zrobić inteligenckiej komedii. To się wyklucza.

Jaką miał pan ksywę na podwórku?

Raz mi dali ksywę „Paragraf”, ale się nie przyjęła. Jak były jakieś spory na podwórku, to starałem się wysłuchać każdej strony konfliktu. Próbowałem zrozumieć ich racje i znaleźć złoty środek. Albo jak ktoś lał słabszego, stawałem w jego obronie. A że zawsze byłem duży, to łatwiej było mi bronić pokrzywdzonych.

Pamięta pan swoją pierwszą bójkę?

To była czwarta klasa podstawówki. Bardzo szybko spacyfikowałem kolesia, który do mnie wystartował. Potem jednak przestraszyłem się, że zrobiłem mu krzywdę. Wie pan, wcześniej nigdy się z nikim nie biłem. Nawet jak później trenowałem sztuki walki, to starałem się raczej zniechęcić przeciwnika albo szybko go obezwładnić. Dźwignie, aikido, dżudo – te klimaty. 

Wedle złotej zasady Bruce’a Lee, że najlepsza sztuka walki to taka, w której unika się konfrontacji.

Bruce Lee wiedział, co mówi. Dokładnie pamiętam swój pierwszy seans „Wejścia smoka”. To była trzecia albo czwarta klasa podstawówki. Rodzice wyszli na imprezę sylwestrową. Pozwolili mi wtedy zaprosić kolegę z klatki obok. Po obejrzeniu w telewizji „Wejścia” nabuzowani adrenaliną wyskoczyliśmy na ulicę w poszukiwaniu przeciwników do walki. Gdy takowi się nie pojawili, postanowiliśmy spacyfikować latarnie. W efekcie zarobiłem parę siniaków na piszczelach. Latarnie wygrały.

A w jaki sposób zarobił pan pierwsze pieniądze?

Jak miałem 16 lat, pojechałem na jagody do Szwecji. To był początek lat 90. Dziki kapitalizm w rozkwicie, każdy oszukiwał każdego. Dałem się nabrać firmie, która obiecywała pracę sezonową za granicą. Wystarczyło tylko uiścić na wstępie opłatę. Gdy razem z innymi naiwniakami opuściłem pokład promu, okazało się, że nikt nie zorganizował nam dalszego transportu. Za pożyczone pieniądze dotarliśmy do wioski pod kołem podbiegunowym, gdzie mieliśmy  zbierać jagody. Lokalna społeczność oczywiście o niczym nie wiedziała. Zorganizowano nam naprędce jakieś spanie, za które musieliśmy jednak zapłacić. Przez następne 10 dni pracowaliśmy przy zbiorach tylko po to, by zarobić na nocleg i benzynę. Trwał wtedy sezon polowań na łosie. Musieliśmy nosić czerwone opaski jak Rambo, żeby przypadkiem któryś z myśliwych nie odstrzelił nam dupy.

Tamta historia nie odstraszyła pana na szczęście od dalszych zagranicznych wojaży. W 2015 r. wyruszył pan z bliskimi w trwającą pół roku podróż po Stanach Zjednoczonych. Czuł się pan jak Chevy Chase w klasycznej komedii „W krzywym zwierciadle: Wakacje”?

Trochę tak, choć nie miałem takich hardcorowych przygód jak w tamtym filmie. Faktycznie rzuciliśmy się na głęboką wodę. Nie mieliśmy szczegółowo wytyczonej trasy. Trudno przecież zaplanować wszystko na pół roku do przodu. Mniej więcej wiedzieliśmy, co chcemy zobaczyć, ale i tak wszystkie plany były korygowane na bieżąco. Z tego, co pamiętam, zjechaliśmy 13 stanów. Byliśmy przez chwilę w Kanadzie, potem na dłużej zatrzymaliśmy się w Meksyku. Dotarliśmy na Kubę.

Które miejsce najbardziej zapadło panu w pamięci?

W Meksyku przez miesiąc mieszkaliśmy w dżungli w domku na drzewie. Odwiedzały nas tam różne stworzenia. Skaczące dookoła małpy to jeszcze mały pikuś. One mają w sobie coś takiego, że człowiek nie czuje się zagrożony. Ale proszę sobie wyobrazić sytuację, gdy wieczorem do sypialni wchodzi skorpion. To już jest mniej przyjemne.

Jak udało się panu wyprosić intruza?

Wyjąłem nóż i go zabiłem. Niestety, takich gości było więcej.
W dodatku okazało się, że skorpiony są dosyć szybkie i lubią uciekać w zacienione miejsca. Na przykład do walizki. 

Miał pan chyba dość czasu, żeby nasiąknąć atmosferą Stanów Zjednoczonych, poznać lepiej mentalność Amerykanów. Jak pan sądzi, czego Polacy mogliby się od nich uczyć?

To ciekawe, że zwykliśmy myśleć o USA jako o kraju będącym ikoną wolności. Po tych kilku miesiącach spędzonych za Oceanem doszedłem do wniosku, że paradoksalnie Polacy mają jej znacznie więcej niż Amerykanie. Mówię o takiej wolności na co dzień. Weźmy różne przepisy, które u nas traktowane są dosyć uznaniowo. Banalny przykład:
w całym mieście mamy zakaz jazdy powyżej 50 km/h, ale nikt nie jeździ tak wolno. W Stanach, jeśli obowiązuje ograniczenie do 15 mil/h, to żaden kierowca nie odważy się go przekroczyć. Do tego dochodzi sfera wolności słowa. W Polsce jest ona znacznie bardziej rozwinięta, co oczywiście nie zawsze przynosi pozytywne rezultaty. Każdy może teraz mówić, co chce, dowolnie zakłamywać rzeczywistość i mieszać pojęcia, w efekcie czego społeczeństwo jest coraz bardziej zdezorientowane. W USA są natomiast tematy tabu, jak religia czy polityka, których nie wypada poruszać podczas wizyt towarzyskich.

Bo mogłaby wybuchnąć mina.

To, co mi się podoba w Stanach, to ich wielokulturowość. Ten kraj zbudowali przecież imigranci z różnych stron świata. Ci wszyscy ludzie musieli znaleźć coś, co dałoby im poczucie wspólnoty. Dlatego tak bardzo fetyszyzują swoją flagę i hymn. Nie przeszkadza im, że co druga hollywoodzka produkcja kończy się obrazem powiewającego gwieździstego sztandaru. Wyobraża pan sobie, co by było, gdyby polscy reżyserzy postanowili machać w każdym filmie biało-czerwoną flagą? Naraziliby się przecież na śmieszność.  Druga rzecz, która łączy Amerykanów, to prawo. Nie mając wspólnych korzeni kulturowych, wymyślili sobie, że to właśnie ono będzie spajać społeczność, a zarazem określać granice jego wolności. Dlatego tak mocno go przestrzegają i je egzekwują.

Jakie pożytki płyną z dłuższego odpoczynku od Polski?

To było dosyć odświeżające doświadczenie. Mogłem spojrzeć z dystansu na swoje życie. Zobaczyć, jak jest gdzie indziej. Ostatecznie i tak doszedłem do wniosku, że najlepiej czuję się w Polsce. Mieliśmy oczywiście z partnerką takie myśli, że może warto by zostać. Przecież w Kalifornii lub na Florydzie słońce świeci przez 365 dni w roku. Czego więcej trzeba? Życie jest dosyć proste nawet wtedy, gdy wykonuje się jakiś nieskomplikowany zawód. Zawsze pojawiała się jednak myśl: co aktor mówiący w języku polskim może robić w Stanach? Nie za wiele (śmiech). Uznaliśmy więc, że najfajniej jest w ojczyźnie. Na szczęście żyjemy w XXI w. Wszędzie jest internet, linie lotnicze mają atrakcyjne oferty. Jeśli chcę zwiedzić jakiś fajny zakątek świata, mogę to załatwić kilkoma kliknięciami w komputerze.

Czy w trakcie zagranicznych wyjazdów śledzi pan, co się dzieje w Polsce?

Wolę nie. Te codzienne wiadomości, sprowadzone do tabloidowej sieczki, wprawiają mnie w zły nastrój. Mogę sobie powtarzać, że się nimi nie przejmuje, nie słucham ich, a mimo wszystko to i tak odkłada się gdzieś z tyłu głowy. Kiedy jesteś daleko od domu, to się takimi pierdołami nie zajmujesz. Widzisz, że gdzie indziej na świecie nikt się ze sobą nie kłóci, nie szczeka na drugiego. Że wiele kultur może koegzystować w zgodzie. Jak na przykład w Singapurze, gdzie obok siebie stoją meczet, kościół katolicki i świątynia buddyjska. Nikt nie ma z tym problemu i tak żyją sobie od setek lat.

Zobacz także
  • Mój pierwszy raz: pedikiur Mój pierwszy raz: pedikiur
  • El Clasico w kinach Helios El Clasico w kinie
  • Najdłuższy most na świecie łączy Zhuhai, Makau i Hong Kong Najdłuższy most świata oficjalnie otwarty
Skomentuj:
Leszek Lichota - Bruce Lee i ułamki - wywiad z "Logo"
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy