Syzyfowe prace - czym są "bullshit jobs"?

Bullshit jobs

Bullshit jobs (fot. Shutterstock)

Masz czasami wrażenie, że twoja praca nikomu nie służy i nie pcha świata ani na centymetr do przodu? Razem z tobą myśli tak jakaś 1/3 pracowników. I co gorsza, zapewne macie rację.

Londyn, styczniowy poranek 2015 r. Na stacjach metra aż ciemno od „białych kołnierzyków” – prawników, pracowników korporacji, menedżerów średniego szczebla i juniorów z działów PR. Podjeżdża pociąg, pakują się do wagonów. Jakież zdziwienie wykwita na ich twarzach, kiedy zamiast znajomych reklam w metrze witają ich napisy brzmiące mniej więcej tak:

Praca, którą wykonujesz, mogłaby nie istnieć. Ktoś wymyślił ją tylko po to, żebyś pracował jeszcze więcej. Wszyscy o tym wiedzą, a i tak nikt nie chce o tym gadać.

Jakie zdziwienie wykwitłoby na twojej twarzy, gdybyś jadąc rano do pracy, przeczytał coś podobnego w autobusie, tramwaju czy pomiędzy stacjami metra Pole Mokotowskie i Politechnika? Co by było, gdyby ktoś przypomniał ci z rana, że twoja ciężka robota, do której tak bardzo nie chciało ci się wstać, to tak naprawdę jeden wielki bullshit?

Wszystkie 200 plakatów rozlepionych tego dnia w londyńskim metrze było efektem marketingowej partyzantki przeprowadzonej przez antropologa Davida Graebera, wykładowcę London School of Economics. Wszystkie cytaty pochodziły też z jego eseju „Bullshit Jobs”, w którym tłumaczył, jakim cudem świat zalały gówno warte prace. Nikomu niepotrzebne, nic nie warte, podtrzymywane przez ciche status quo tych, którzy je zlecają, i tych, którzy je wykonują.
Bullshit job to taka praca, która mogłaby jutro zniknąć z powierzchni Ziemi i nikt by nie zwrócił na to uwagi. Dlaczego? Bo w konkretnym, codziennym, krytycznym dla ludzkiego życia wymiarze nic do tego świata nie wnosi.
Przykład? Wyobraź sobie, że z dnia na dzień z powierzchni Ziemi zdmuchnięci zostają śmieciarze, mechanicy samochodowi i pielęgniarki. Po kilku tygodniach pod twoim oknem zaczynają się walać kilogramy śmieci, do pracy musisz jechać rowerem, a gdy złamiesz sobie rękę podczas squasha, nie ma kto podać ci herbaty i poprawić poduszki. Boli? Boli.
A teraz wyobraź sobie, że tak samo błyskawicznie znikają specjaliści PR, telemarketerzy, lobbyści i dział prawny twojej firmy (przecież i tak wszystko zlecacie na zewnątrz, prawda?). Czy świat ci się zawalił? Raczej nie. Jak stał, tak stoi.


Gdyby wszystko poszło, jak należy – twierdzi za znanym ekonomistą Johnem Maynardem Keynesem David Graeber – już pod koniec XX w. powinniśmy cieszyć się 15-godzinnym tygodniem pracy (pomyśl, po trzy godzinny dziennie od poniedziałku do piątku, reszta na hobby, czas z dziećmi, motocyklowy wypad). Powinny nam na to pozwolić zautomatyzowana produkcja i robotyka – najtrudniejsza i najuciążliwsza praca w produkcji powinna być zajęciem maszyn, nie ludzi.
Jakim więc cudem przeciętny Polak dalej pracuje 45 godzin tygodniowo? Cóż, mówiąc najkrócej: wmówiono nam, że praca jest święta i determinuje nasze życie.
Sęk w tym, że postęp cywilizacji sprawił, że pracy w przemyśle, nawet tym związanym z faktyczną produkcją tych wszystkich gadżetów, które nasz Zachodni świat uszczęśliwiają: iPhone’ów, nowych sneakersów, zakrzywionych telewizorów – jest coraz mniej. Osoby trudniące się dziś faktycznym wytwórstwem przedmiotów, które można poczuć i dotknąć, to jakaś jedna czwarta wszystkich zatrudnionych. Co więcej, cywilizacyjnie doszliśmy do sytuacji, kiedy coraz łatwiej coś wyprodukować (czy to w Chinach, czy już niebawem na własnej drukarce 3D), niż sprzedać.
Jakich więc zawodów naprodukowaliśmy? Wszystkich tych, które wokół prawdziwego wytwórstwa się kręcą. Sprzedawców, marketingowców, handlowców, urzędników, pracowników administracji i reklamy – profesji, które dziś stanowią trzy czwarte rynku pracy. I to właśnie oni najczęściej rano w metrze myślą sobie, że równie dobrze mogliby zniknąć, a metro – i cała reszta świata – jechałoby sobie dalej.


Tutaj więcej o kategoriach bullshit jobs

Co ciekawe, zdaniem ekonomistów, wolny rynek – gdyby działał, jak należy – powinien eliminować podobne zawody. To przecież Związek Sowiecki (i świat za Żelazną Kurtyną), a nie kapitalistyczny Zachód, był specjalistą w tworzeniu niepotrzebnych stanowisk, promowaniu pełnego zatrudnienia (nawet jeśli jeden chleb miałyby podawać trzy sklepikarki) czy nagradzaniu braku efektywności w pracy.
Sęk w tym – i tutaj widać już lewicowe korzenie pomysłów Graebera – że jego zdaniem sprawą rządzi bardziej polityka, a mniej ekonomia. Bo przecież dlaczego tworzyć nowe, nikomu niepotrzebne zawody, a nie przeznaczyć czasu wolnego na malarstwo pejzażowe albo grę w rzutki? W interesie najbogatszych jest to – mówi ekonomista – abyśmy pracowali jak najwięcej. Społeczeństwo z czasem wolnym to społeczeństwo niebezpieczne. Jeszcze coś komuś strzeli do głowy. Tyler Durden z „Fight Clubu” uśmiecha się pod nosem na twoje nadgodziny i cedzi z satysfakcją: „A nie mówiłem”?

„Kocham swoją pracę i nie wyobrażam sobie bez niej życia” – mógłby teraz ktoś powiedzieć. Jakkolwiek jednak wszyscy ci (my?) sprzedawcy i marketingowy mogliby uznać za równie zbędne stanowisko antropologa na uniwersytecie, którym jest przecież Graeber, jego tezy zostały zbadane empirycznie. Zarówno w Anglii, jak i Holandii sondażownia YouGov zapytała pracowników, co szczerze sądzą o swojej codziennej pracy. Na Wyspach 50 proc. przyznało, że ma ją za bezsensowną. 37 proc. twierdziło, że jej wykonywanie nie stanowi żadnej wartości dodanej dla świata.
Wśród Holendrów było podobnie. Aż 40 proc. mieszkańców tego kraju zgodziło się z tezą, że jej wykonywanie nie ma żadnego znaczenia. Równie dobrze mogłaby leżeć odłogiem.
Po publikacji eseju „Bullshit jobs” (który ledwo po ukazaniu się w sieci został przetłumaczony od razu na 12 języków) Graebera zalały też tysiące wiadomości od ludzi, którzy uważają swoją pracę za bezsensowną. Hannibal, cytowany w wydanej w tym roku przez ekonomistę książce, spowiada się tak:

Jestem konsultantem działu marketingu jednej z globalnych firm farmaceutycznych. Często współpracuję z agencjami PR i przygotowuję dla nich raporty o tytułach pokroju „Jak zwiększyć zaangażowanie wśród kluczowych akcjonariuszy systemu zdrowia”. To czystej wody, bezdyskusyjne bzdury, niesłużące niczemu innemu jak tylko temu, aby wsadzić je głęboko do pudła w dziale marketingu… Nie tak dawno temu byłem w stanie skasować 12 tys. funtów (jakieś 75 tys. zł) za dwustronicowy raport dla klienta z branży farmaceutycznej, który miał go przedstawić podczas spotkania dotyczącego globalnej strategii firmy. Raport nigdy nie został jednak wykorzystany, ponieważ nie udało się go wepchnąć w i tak napięty grafik spotkania.

Argumentów na poparcie tez Graebera o pracach bullshitowych nie trzeba zresztą szukać wśród badań CBOS-u i reprezentatywnych ankiet YouGov. Polubiłeś kiedyś „Mordor na Domaniewskiej”? Zaśmiałeś się z apologetów sukcesu na „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty”? Przyśmieszkowałeś z tych wszystkich generatorów nazw nowych stanowisk, od których zaroiło się w naszych firmach, gdzie nawet pani recepcjonistka potrafi być „Happiness manager”? Już masz dowód na to, jak niektórzy potrzebują odreagować swoją – wiedzą to w duchu – bezsensowną pracę.
To zresztą normalne odchylenie wahadła po latach wmawiania, że tylko praca definiuje człowieka. Krystian Nowak, twórca profilu „Tak trzeba żyć” i autor wydanej ostatnio książki „Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie” mówił ostatnio w wywiadzie dla Noizza o tym tak:

Wmówiono naszemu pokoleniu, że ciężką pracą i przygotowaniem, chęciami, możemy zajść wysoko. Polonistka w podstwówce powtarzała: „Jak się nie będziecie uczyć, to czekają was tylko pomarańczowe kamizelki”. Wtedy nie chciałem, ale teraz myślę… kuszące – stała praca, stałe godziny, a za granicą płacą lepiej niż u nas na stanowiskach menedżerskich, może to nie jest taki głupi pomysł

Słowem: ciągle marzy nam się jakaś konkretna praca.

Nieco inny pomysł na pozbycie się problemu z nic nie wartymi zawodami, ma sam Graeber, który wierzy w rozwiązanie, do którego jakiś czas temu przymierzali się Szwajcarzy: dochód gwarantowany. Mała, pozwalająca przeżyć pensja dla każdego tylko z racji tego, że jest obywatelem danego kraju. Praca jako przyjemność i dodatkowe zajęcie.
Utopia? Na razie być może, ale prawda jest taka – i przestrzegając, mówił o tym już nawet w polskim zaścianku na przełomie wieków Jacek Kuroń – że pracy na świecie będzie coraz mniej. Nadchodzi rewolucja maszyn i coś trzeba będzie zrobić z czasem tych wszystkich ludzi, których maszyny lada chwila zastąpią.
A jak zauważa sam Graeber:

Czy nie byłoby świetnie móc usłyszeć: OK, teraz już nie musisz się martwić o przetrwanie. Wychodź z biura i zdecyduj, co chcesz ze sobą zrobić?
Zobacz także
  • Mój pierwszy raz: pedikiur Mój pierwszy raz: pedikiur
  • El Clasico w kinach Helios El Clasico w kinie
  • Najdłuższy most na świecie łączy Zhuhai, Makau i Hong Kong Najdłuższy most świata oficjalnie otwarty
Skomentuj:
Syzyfowe prace - czym są "bullshit jobs"?
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy