Wywiad: Robert Biedroń - rewolucjonista ze Słupska.

Z którym prezydentem miasta (lub kandydatem) poszedłbyś na piwo? Takie pytanie zadała znana marka piwowarska. Wynik? Robert Biedroń wygrał zdecydowanie - 32% osób z nim wychyliłoby szklaneczkę. Kolejny polityk miał zaledwie 15% wskazań. My jednak nie o piwie tu rozmawiamy.

Gdańska do Słupska jadę pociągiem. Podróż samochodem to też dwie godziny, ale bardziej męczące – do wyboru mamy wąską i krętą drogę przez Kaszuby lub trochę szerszą, za to zakorkowaną krajową „szóstką”, przez Wejherowo i Lębork. Potrzebna całej północnej Polsce ekspresowa trasa S6 mogła być już w budowie, ale inwestycję wstrzymano. I nie wiadomo, kiedy ruszy.

Pociąg TLK też nie jest zbyt komfortowy, ale zapominam o tym chwilę po wyjściu z dworca. Bo szybko napotykam rzeczy, których 92-tysięcznemu Słupskowi mogłyby pozazdrościć większe miasta. Np. śródmiejską aleję Wojska Polskiego, ze szpalerem zabytkowych lip, szerokimi chodnikami i licznymi ławkami – deficytowym towarze w wielu miastach.

W drodze do ratusza mijam najstarszą pizzerię w Polsce – otwartą w 1974 r., przy społemowskim barze mlecznym Poranek. Kawałek dalej tegoroczna nowość – wielki napis I LOVE SŁUPSK. Wykonana w instagramowej estetyce instalacja zdążyła wkomponować się w miasto – biegają po niej dzieci, na siedzisku w jednej z liter przysiadł jakiś starszy pan. Obok w parku kurtyna rozpyla wodną mgiełkę - świetna rzecz na upały.

Wolne pół godziny spędzam pijąc kawę w Kafeinie przy Nowobramskiej (ostrzegam – mają też pyszne ciasta). W końcu docieram do ratusza. Prezydencki gabinet na pierwszym piętrze to miks historii i nowoczesności. W oknie witraże, z sufitu zwisa potężny, zabytkowy żyrandol (oryginalnie jego lampy zasilane były gazem), ściany zdobione są boazerią i kurdybanami – tapetami z garbowanej skóry. Potężna szafa gdańska kryje w środku telewizor. Biedroń śmiał się, że odziedziczył po poprzedniku zasubskrybowane cztery kanały pornograficzne. Zapewnia, że zrezygnował.

Na biurku otwarty macbook, trochę papierów, karafka ze słupską kranówką („smaczna, zdrowa, można śmiało próbować”). Obok na podłodze rzucony młodzieżowy plecak. Przy ścianie, na niewielkiej szafce z witrażową lampą jeden z kilku osobistych akcentów w gabinecie – czarno-białe zdjęcie prezydenta z partnerem, prawnikiem Krzysztofem Śmiszkiem. I jeszcze jedno, z Wandą Nowicką, pamiątka z czasów sejmowych. Na półkach trochę książek, wśród nich kucharska „What Katie Ate”, „Poradnik dla radnych” i „Kim jest ślimak Sam” – wydana przez Krytykę Polityczną książeczka o ślimaku, który nie wie, czy jest dziewczyną, czy chłopcem. I jeszcze 1000-elementowe puzzle ze Słupskiem.

Jest oczywiście i gospodarz – Robert Biedroń, jeszcze prezydent Słupska, ale już także lider nowej, lewicowej formacji, która wkrótce wchodzi do ogólnopolskiej polityki. Biała koszula, granatowy krawat we wzory, uśmiechnięty. W ostatnich tygodniach jest rozchwytywany. Warszawscy dziennikarze żalą się na Facebooku, że nie odpisuje na  ich SMS-y, nie ma czasu na wywiady. Dla nas jednak znalazł chwilę, więc zaczynamy.

Robert BiedrońRobert Biedroń zdjęcie Aleksander Bogdański

Mikołaj Chrzan: Po ostatnich pańskich politycznych deklaracjach trochę się pozmieniało. Z placu zabaw wchodzi pan na ring. Tu ciosy są mocniejsze, już nie wszyscy ustawiają się w kolejce do zrobienia selfie.

Robert Biedroń: Prawda, niektórzy zaczęli mnie traktować jako poważnego konkurenta. Czują własną słabość i boją się, więc atakują. A ja powtarzam: zamiast hejtować, lepiej zastanowić się nad sobą, nad własnym programem.

Wyczuwam aluzje do PO. Będziemy się dzisiaj wyzłośliwiać nad kondycją opozycji?

W żadnym wypadku. Po co wysyłać złe słowa, po co zarażać trucizną? Mam jedno życie i staram się przestrzegać w nim kilku prostych zasad. Po pierwsze, przeżyć to życie godnie. Po drugie, przeżyć to życie szczęśliwie. Po trzecie, staram się minimalizować zło, a maksymalizować dobro.

Przepraszam, trochę to banalne.

Banalne, ale sprawdzone w praktyce. Przekłada się na konkretne działania. Po co mam obrażać innych, gdy mogę ich chwalić? Nawet konkurentów politycznych jestem w stanie pochwalić.

Serio? Co by pan powiedział dobrego o Grzegorzu Schetynie.

Ma ładny uśmiech (w tym momencie Biedroń też się uśmiecha). Poza tym jest bardzo, ale to bardzo pracowity. Widziałem to na własne oczy, pracowałem z nim w sejmie w komisji spraw zagranicznych – od rana do wieczora na pełnych obrotach.

Z dobrym słowem dla Jarosława Kaczyńskiego będzie trudniej.

Akurat z Kaczyńskim wiele mnie łączy. Mam go za co chwalić. Między innymi za miłość do kotów i wszystkich innych zwierząt. Zakaz uboju rytualnego nie przeszedłby, gdy nie jego determinacja. Takich działań podejmował Kaczyński więcej, żałuję tylko, że wycofał się z zakazu hodowli zwierząt na futra. Oczywiście za mnóstwo rzeczy go krytykuję. Ale nie obrażam.

Zwierzęta są dla pana ważne?

Bardzo ważne. Jak tylko mogę, staram się minimalizować ich cierpienie. Nie noszę niczego ze skóry. Pasek, buty – to wszystko wykonane jest z innych materiałów. Unikam jedzenia mięsa. Z minimalizacji zła wyszła też decyzja, by nie wpuszczać do Słupska cyrku ze zwierzętami.

Rozmawiamy w Słupsku, ale już wiemy, że nie będzie się pan ubiegał o drugą kadencję.

O prezydenturę Słupska bić się będą w październiku trzy kobiety: moja zastępczyni Krystyna Danilecka-Wojewódzka, Beata Chrzanowska z PO i Anna Mrowińska z PiS. Moim zdaniem to też efekt zmiany, którą wywołaliśmy w Słupsku. Wcześniejszy Słupsk był miastem męskim, patriarchalnym. A dzisiaj – proszę, nawet PiS wystawia tu kobietę, choć wcześniej planowali faceta.

Co się zmieniło z takich bardziej wymiernych rzeczy?

Z konkretów, to w ciągu czterech lat budżet miasta udało się nam zwiększyć o 100 mln zł, czyli o jedną piąta w porównaniu z rokiem, gdy obejmowałem swój urząd. W tym samym czasie zmniejszyliśmy zadłużenie Słupska o 50 mln zł. Bezrobocie wynosi dziś zaledwie 3,9%. Spadło ono w całej Polsce, ale w Słupsku było zawsze wyższe niż średnia krajowa, a teraz jest niższe. To nie przypadek.

Wróćmy do kampanii wyborczej sprzed czterech lat. O takich jak pan mówi się czasem „spadochroniarze” – wysłani przez partię idą bić się o miejsca, których w ogóle nie znają.

Tyle że mnie nikt nie zrzucił, sam tu skoczyłem. Miałem w Słupsku biuro poselskie [Biedroń był posłem Ruchu Palikota, później Twojego Ruchu – przyp. aut.], poznawałem ludzi, pomagałem im. Im częściej tu byłem, tym głębsze miałem przekonanie, że to miasto trzeba wspierać, że jest coraz bardziej zmarginalizowane – odcięte transportowo,  rozwojowo. Poczułem, że brakuje alternatywy, że to miasto zasługuje na coś więcej. Gdy zbliżały się wybory samorządowe, miałem przed sobą jeszcze rok spokojnego posłowania przy Wiejskiej, ale odrzuciłem to i postanowiłem zawalczyć o Słupsk.

Komitet wyborczy nazywał się „Nareszcie zmiana”. To nie była łatwa kampania.

Miałem na nią może 4 tys. zł, gdy konkurenci wyłożyli sumy kilkadziesiąt razy większe. Nie miałem billboardów, nie miałem plakatów, po prostu stałem na ulicach i rozmawiałem z ludźmi. To wystarczyło. Wygrałem. Mówiłem już, że lubię wygrywać?

Jeszcze nie. Ale zapamiętam. Nie oszukujmy się, nie był pan ekspertem, nie znał pan Słupska, jak wyglądały początki?

Uwielbiam się uczyć. A najlepiej się uczyć od najlepszych, więc starałem się zmontować taką właśnie ekipę fachowców, którzy znają miasto. Były kontrowersje, bo jednym z moich zastępców został Marek Biernacki z PO, ale koalicji z tą partią nie zrobiłem. Dlaczego? Nie chciałem dzielić się stołkami, nie chciałem tych targów, które zawsze towarzyszą takim układom. Tak więc, gdy miałem już drużynę, sam mogłem zająć się trudnymi tematami.

Co było najtrudniejsze?

Trudno robić bolesną rewolucję we własnym mieście. A ona tu była niezbędna, bo sytuacja finansowa była katastrofalna. Obciąłem dodatki dla nauczycieli. Wstrzymałem inwestycję na dwa lata. Zredukowałem wynagrodzenia w radach nadzorczych i zarządach miejskich spółek. I teraz proszę sobie wyobrazić, że jestem stąd. Przyszłaby ciotka ze szkoły i powiedziała: „Robert, mnie to robisz”? Przyszedłby kolega z ławki i powiedział: „Robert, mnie zwalniasz? Pracuję w tej spółce tyle lat”. Bez spojrzenia z zewnątrz nic by się nie zmieniło.

Przeglądałem, za co pana krytykują opozycyjni radni. Najczęściej powtarza się jedno: za rzadko jest pan w Słupsku, za dużo w delegacjach.

Nic innego nie mają, to się chwycili tego podróżowania. Na szczęście ludzie rozumieją, że to absurdalny zarzut. Wytłumaczę: od początku wiedziałem, że mam do wyboru dwie drogi. Albo usiąść za biurkiem, tak jak większość polskich włodarzy, i biernie czekać, aż ktoś zainteresuje się nami. Albo spakować plecak i sprawić, żeby o Słupsku usłyszała cała Polska i zainteresowała się naszymi problemami. Wiedziałem, że mam pewien kapitał – atencję mediów. Wykorzystałem to. I nadal wykorzystuję.

Może chodzi im o skalę, częstotliwość tych wyjazdów?

Ze skali wynikają efekty. Do tej pory nie przyjeżdżało się do Słupska, tylko do Ustki, śmiano się u nas, że Słupsk leży koło Ustki. Dzisiaj cała Polska wie, gdzie leży Słupsk, i do Słupska się coraz częściej przyjeżdża. Dowodem tego jest choćby decyzja o budowie pierwszego sieciowego hotelu na Pomorzu Środkowym – rozpoczyna się u nas budowa Ibis Style.

Hotel to jedyny zysk z podróży?

Oczywiście, że nie. Mam koleżanki i kolegów samorządowców w całej Polsce, mogę zadzwonić praktycznie do każdego prezydenta z prośbą o pomoc, poradę. Wbrew pozorom to dużo znaczy i zmniejsza ryzyko kosztownych wpadek. Dalej, w każdym mieście jest Biedronka, ale proszę pokazać mi, gdzie finansuje ona lodowisko? A na to nasze przy ratuszu ta firma co roku daje pieniądze, a dzieci mają darmowe lekcje jazdy na łyżwach. Apple robi lekcje kodowania w szkołach. IKEA wymienia żarówki na LED-owe w komunalnych mieszkaniach. Mógłbym tak długo wymieniać.

Zostawmy na trochę Słupsk. Urodził się pan w Rymanowie, małym miasteczku na Podkarpaciu.

To akurat przypadek. Gdy 13 kwietnia mama zaczęła mnie rodzić, okazało się, że w szpitalu w Krośnie jest jakaś dezynfekcja i skierowano ją na poród do pobliskiego Rymanowa. Nigdy tam nie mieszkałem, ale oczywiście znam to miasto. Mają piękną synagogę. Byłem tam ostatnio na spotkaniu środowisk żydowskich. Nie jestem Żydem, ale wspieram ekumenizm i rozumienie kwestii żydowskiej w Polsce.

Robert BiedrońRobert Biedroń zdjęcie Aleksander Bogdański

Jakie ma pan wspomnienia z Krosna?

 W PRL-u rodzice pracowali w szkole, po 1989 r. stracili pracę, nadeszły bardzo ciężkie czasy. W Polsce często wydaje się ludziom, że politycy wywodzą się z elit, że jak ktoś się nie urodził w wybranej kaście, nie zostanie posłem. To nieprawda. Mieszkaliśmy w Krośnie przy ul. Kolejowej, mówiło się na nią Bronx. Każde miasto ma taką ulicą: zapuszczoną, owianą złą sławą, której unika się po zmroku...

Zgodnie z wyobrażeniami części Polaków to właśnie w takich miejscach lud przepija pieniądze 500+.

Kto tak mówi, ten nigdy nie zrozumie, dlaczego PiS wygrywa wybory. Wiem, że wiele osób z wielkich miast gardzi programem 500+, wyśmiewa się z niego. A ja wiem, że gdyby kiedyś było coś podobnego, to po prostu żyłoby się nam godniej. Ja nie jeździłem na szkolne wycieczki, nie było nas stać. Gdy zbliżał się wyjazd, udawałem, że jestem chory. Mama pisała zwolnienia. Wstyd było się przyznać przed kolegami.

Czyli były to trudne warunki, jak widzę, ma pan dość ponure wspomnienia.

Nie chodziło tylko o biedę. Mój ojciec był alkoholikiem, bił nas i mamę wszystkim, co było pod ręką. Z drugiej strony w pamięci mam też piękne wspomnienia, a dzieciństwo się generalnie idealizuje. A więc podwórkowa banda, której byłem przywódcą, wycieczki nad Lubatówkę i na zamek w Odrzykoniu, brat, z którym się ciągle biliśmy, ale bardzo kochaliśmy i do dzisiaj kochamy.

Wszyscy rozjechali się jednak po świecie.

Tak, nie jesteśmy typową rodziną. Jeden brat mieszka na Białorusi, drugi we Włoszech, w Modenie. Siostra – młodsza ode mnie o 18 lat – jeszcze studiuje w Rzeszowie. Rodzice, gdy stracili pracę, nie mieli z czego nas utrzymać. Zabrali malutką wtedy siostrę i wyemigrowali za pracą do USA. Ojciec zachorował tam na raka, wrócił do Polski, zmarł 10 lat temu. Mama wciąż tam mieszka, choć regularnie odwiedza Polskę.

Wspiera pana?

Tak, czasami aż za bardzo, żartuję, że jest niebezpieczna. Jest bardzo, bardzo aktywna w sieci, na Facebooku. Lajkuje, pisze komentarze pod moimi postami, na przykład: „To jest mój syn, jestem z niego bardzo dumna”. Trochę obciach, nie? (śmiech).

W waszej relacji były jednak też trudne chwile.

Dwa razy widziałem ją w absolutnej rozpaczy. Raz kiedy zmarł mój ojciec, a drugi, kiedy dowiedziała się, że jestem gejem. To była totalna rozpacz, kompletnie nie była na to przygotowana. Szlochała, bo czuła, że jej najstarszy syn nie spełnił jej oczekiwań, przecież ona chciała mieć wnuki, synową. Dzisiaj płacze, ale ze szczęścia, to jest supermetamorfoza. Kibicuje, czyta, komentuje, wspiera. Gdyby przyszła do mnie na jakieś spotkanie, to myślę, że machałaby tęczową flagą.

A kiedy Robert Biedroń dowiedział się, że jest gejem.

To się zaczęło w szkole średniej. Wyjechałem do technikum hotelarskiego w Ustrzykach. W podstawówce byłem najlepszy z angielskiego, chciałem rozwijać ten talent. A w Ustrzykach uczyli francuskiego, angielskiego i rosyjskiego. Wybór był więc prosty. Poza tym ta szkoła wymagała przeprowadzki do internatu. Wtedy tak o tym nie myślałem, dziś wiem, że była to też taka ucieczka z domu. Ucieczka z domu, który utrudniał odkrycie swojej tożsamości.

W technikum poszło z tym łatwo?

W ogóle nie było łatwo. Byłem z tym bardzo samotny. Zrobiłem uprawnienia przewodnika górskiego, w wolnym czasie dużo chodziłem po górach, przyglądałem się, jak zwierzęta się znajdują, łączą się w pary. Myślałem sobie: padalec w Bieszczadach znajduje drugiego padalca, żubr znajduje drugiego żubra, a Biedroń nie może znaleźć drugiego geja. Wydawało mi się że jestem jedynym gejem na świecie, i to było straszne doświadczenie.

Przy dzisiejszym dostępie do informacji, serwisach randkowych wydaje się to niemożliwe.

Wtedy nie było nie tylko serwisów, ale internetu. W książkach było napisane, że homoseksualizm to jest choroba. Ksiądz na religii mówił, że to grzech, „sodomia i gomoria”. Koledzy na boisku, gdy ktoś przepuścił gola, krzyczeli: „pedał, ciota”. Chciałem popełnić samobójstwo. Poszedłem do psycholog. Powiedziała mi: „To czasowe, przejdzie”. Czekałem więc, żeby mi przeszło.

Że przestanie pan być gejem? Spotka dziewczynę, zakocha się?

Tak. Ja poznawałem dziewczyny i miałem nawet dziewczyny, ale czułem, że to nie jest to. Jakby pan reagował, gdyby panu kazali chłopaka sobie znaleźć, ale czułby pan, że to nie to? Na to nakładało się rozczarowanie,  poczucie zdrady ze strony kolegów. Ten świat miał wyglądać inaczej: mieliśmy być razem do końca świata, do końca świata razem grać w piłkę, a dziewczyny tylko ciągnąć za warkocze. Nagle oni wszyscy się tymi dziewczynami zaczęli interesować na poważnie. Zostałem sam.

Sprawcą wymuszonego coming outu był inny gej.

Pojechałem na egzaminy na politologię do Olsztyna. Poznałem tam chłopaka, który się we mnie zakochał, niestety ja w nim nie.  I postanowił się zemścić za to, że nie chciałem z nim być. I zadzwonił do mojej matki, żeby jej dosadnie oznajmić, że jestem gejem. Ja nie byłem na to przygotowany, moja matka tym bardziej.

Czego się bała najbardziej?

Wtedy były czasy, że na ekranach był film „Filadelfia”, funkcjonował stereotyp, że wszyscy geje umierają na AIDS. Powiedziała, że też umrę na AIDS, że będę samotny. I że teraz najgorzej będzie, jak się inni o tym dowiedzą.

Niech syn będzie gejem, pod warunkiem, że w tajemnicy.

„Róbcie w domu, po kryjomu”. Cały świat, wszyscy mi mówili, że tak ma być. Przeciwstawić się temu było cholernie trudno. Ale wiedziałem, że muszę to zrobić. Jeżeli chcę być szczęśliwy, bo mam tylko jedno jedyne życie, to ja muszę o tym mówić. Ludzie muszą o tym wiedzieć, że ja tu jestem i taki jestem.

Nawet część organizacji gejowskich uważała, że lepiej się ukrywać.

Tak, już na pierwszym roku zacząłem działać w olsztyńskiej Lambdzie. Była to jednak organizacja zupełnie zamknięta. Nie byli w kontakcie ze światem, nie występowali w lokalnych mediach, bali się. Ja z kolei czułem, że jeżeli ludzie mają nas zrozumieć i zaakceptować, to musimy wyjść. Pamiętam, że poszedłem wtedy do mediów i powiedziałem: słuchajcie, my tu jesteśmy. Jest Lambda, mamy telefon zaufania, spotykamy się, napiszcie o nas, bo my jesteśmy częścią Olsztyna i chcemy, żebyście nas poznali.

Dużo hejtu?

Nie, wprost przeciwnie. To mi dodało skrzydeł. Poszedłem do „Gazety Wyborczej”, do „Gazety Olsztyńskiej”, poszedłem do Radia Olsztyn, do Telewizji Olsztyn. Wszyscy mówili: super, nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje. Później właśnie taka otwartość była fundamentem Kampanii Przeciw Homofobii, którą rozkręcałem
w 2001 r. w Warszawie. Wiele dobrego zrobiła kampania „Niech nas zobaczą”.

Przed studiami jednym z dłuższych przystanków był Berlin.

W wakacje jeździłem stopem po Europie. I w Berlinie poznałem mojego pierwszego faceta. On miał 26 lat, ja 18. Mieszkałem z nim przez pewien czas. Była to moja pierwsza miłość, ale szybko okazało się, że jego ani pierwsza, ani ostatnia. Ale Berlin otworzył mi oczy, zobaczyłem, że są szczęśliwi geje, że mogą normalnie żyć.

Odwiedzaliście kluby gejowskie?

Czułem, że skoro jestem gejem, to taka wizyta jest obowiązkowa. Wszedłem do jednego z nich, a tam na bramce stał taki ogromny czarnoskóry mężczyzna. Miał chyba z dwa metry, mocno zbudowany. I mówi do mnie – takiego drobnego chłopaka – niskim głosem: „Hi...”. Uciekłem (śmiech).

Krosno, Ustrzyki, Olsztyn, Berlin, Słupsk, Londyn, Warszawa i Gdynia. Która tożsamość jest najważniejsza? Robert Biedroń to chłopak z...

Jestem chłopakiem z Krosna. We śnie często latam nad tym miastem. I w ogóle wiele moich snów jest związanych z Krosnem.

To chyba nie przypadek, że gdy przeglądam się trasom spotkań, które miał pan w ostatnich miesiącach w Polsce dominują na nich właśnie mniejsze miasta.

Tu nie ma przypadku. Jeżdżę, bo chcę czuć bijące serce Polski. Znajomość Warszawy, innych wielkich miast to za mało, by czuć Polskę, rozumieć ją. Życie toczy się też w tych małych miejscowościach, chcę słuchać, co ludzie tam mówią.

Co mówią?

Nie jest to najmilsza opowieść dla liberalnego wyborcy z dużego miasta. Oni mówią, że jest niesprawiedliwie. Czują się zostawieni sami sobie. „Panie prezydencie, dziwicie się, że nie protestujemy, że nie wychodzimy na ulice w obronie Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego. A gdzie byliście, gdy zamykano nasze małe szkoły?”. Teraz byłem w Smolnikach na Suwalszczyźnie. Widziałem zrujnowaną szkołę. Zamknęli im jedyne miejsce, w którym się spotykali poza kościołem. „My możemy teraz chodzić tylko do kościoła”. Jeśli nie chcemy, by wygrał PiS, polityka musi się zmienić.

Czasem nawet dwa spotkania dziennie. W jaki sposób pan się przemieszcza?

Pociągiem albo samochodem. Jeśli spotkań jest więcej, najczęściej wybieram samochód, mały miejski renault. Prowadzę najczęściej sam – lubię to robić. Gdy jestem zmęczony, pomagają mi współpracownicy. Przez to, że mieszkałem w różnych częściach Polski, mam przyjaciół w każdym zakątku. Z uwagą wybieram także miejsca na postój. Staram się, by był to jakiś punkt widokowy, stary cmentarz, zamek, muzeum.

Pan lubi podróżować nie tylko służbowo. Z Krzysztofem urlopy spędzacie także w drodze.

O naszych podróżach mógłbym mówić godzinami. Po każdym wyjeździe plecak mam napakowany nie tylko prezentami, pamiątkami, ale pomysłami. Smaki, zapachy, to wszystko mnie wzbogaca, potrzebuję tego. Odwiedziliśmy już 60 krajów, byliśmy na wszystkich kontynentach oprócz Antarktydy, a i tam pojedziemy.

Jak to organizujecie?

Sami. Wyjeżdżamy najczęściej, gdy w Polsce jest zimno. Dużo improwizacji, wolności, zmian planów na miejscu. Mamy duże plecaki, często nie wiemy, gdzie spędzimy kolejną noc. Książki? W podróży nie mamy na nie czasu. Ewentualnnie kilka przewodników. Najlepszą opowieścią są spotkani ludzie.

W Polsce trudno byłoby wam chyba odpocząć, bo wszyscy zaczepiają o zdjęcie i autografy. Za granicą jest spokojniej?

Popularność mi nie doskwiera, ale chwila takiej ucieczki jest czasem potrzebna. Doceniamy spędzanie czasu we dwóch. Choć Polacy są wszędzie. Jedziemy przez Nową Zelandię, Krzysiek wynajduje jakiś mały wodospad, w sumie nic ciekawego, właściwie pusto. Po chwili dostrzegamy trzy osoby. Zaraz śmiechy, oczywiście Polacy. Rozmowa, zdjęcia.

Robi pan zdjęcia?

Robię ich mnóstwo, komórką, ale na Instagramie publikuję tylko ułamek. Tabloidy wszystko od razu wyciągają. Z drugiej strony, trochę tych wakacji chcę pokazywać, bo ludzi to interesuje: gdzie jest Biedroń, co jadł. To inspiruje ludzi do podróży. Później jadą, często pytają mnie o rady. Podróżowanie wzbogaca, chcę je popularyzować.

Jakie macie podróżnicze marzenia?

Krzysztof chciałby się kiedyś zaszyć w głuszy, dla mnie to jednak niewyobrażalne. Przy pytaniu o to, co bym zabrał na bezludną wyspę, zawsze odpowiadam – człowieka. Czasem na godzinę lub dwie muszę się wyciszyć, ale potem bez ludzi więdnę. Panie redaktorze, kończymy, przygotowania do kolejnej podróży przed nami. Tym razem Polska czeka.

Więcej o: