Zrób to sam 2.0, czyli jak to się robi w FabLabie

FabLab

FabLab (Albert Zawada / AG)

Wstają rano, myją zęby i pędzą do pracowni wymyślać wynalazki, o których ludzkość nawet nie śniła. Potrafią zrobić coś z niczego przy użyciu plotera laserowego czy drukarki 3D. Gdyby dziś wynaleziono koło, oni od wczoraj jeździliby samochodem.

W czasach kiedy komputery rozmiarami przypominały szafy, a jeśli chciało się mieć coś fajnego, trzeba było to zrobić, Adam Słodowy, znany popularyzator majsterkowania, prowadził megapopularny program telewizyjny dla młodzieży „Zrób to sam” , w którym pokazywał, jak stworzyć mechaniczną zabawkę, lampkę lub inny karmnik dla ptaszków. Dziś lampka Słodowego to przeżytek, ale idea ślęczenia dniami i nocami nad ciekawym projektem nadal jest aktualna i bardzo uwodzicielska. Do tego stopnia, że Jarek postanowił zorganizować cykl warsztatów „Zrób to sam 2.0” i namówić wszystkich chętnych do pogłówkowania, co by zrobił Adam Słodowy, gdyby miał dostęp do internetu. Pewnie zamiast zwykłej lampki stworzyłby ledowe hula- -hoop, oświetlenie wykorzystujące fosforyzujące bakterie albo sukienkę z diodami zasilanymi ruchem.

Wszystkie te wynalazki powstały w FabLabie – pracowni, którą Jarek kilka lat temu założył razem z żoną w Trójmieście, a później pomógł rozkręcić podobną w Warszawie. Od Słodowego różni go to, że rzadziej operuje młotkiem, wkrętakiem czy kombinerkami. Arsenał Jarka składa się z frezarki CNC (Computerized Numerical Control – czyli sterowanie komputerowe), plotera laserowego czy drukarki 3D. Dzięki nim projektuje motocykle, łodzie oraz deskorolki.

Nowy wspaniały świat

Wchodzę do FabLabu i czuję, że właśnie znalazłem się w przyszłości. Gdyby Aldous Huxley pisał „Nowy wspaniały świat” właśnie teraz i właśnie tutaj, pewnie jego antyutopia miałaby weselszy wydźwięk.

Tuż po wejściu znajdujemy się w przestrzeni kreatywnej zwanej makers’ space’em. Tu majsterkowicze robią burze mózgów, a z pomocą komputera albo – bardziej tradycyjnie – kartki papieru mogą stworzyć plan swojego projektu. Po przejściu do prototypowni każdy pomysł da się zrealizować, a w szybkim tworzeniu wynalazku pomaga ploter laserowy, czyli komputerowe urządzenie używane przez poligrafów czy architektów do kreślenia map, wycinania wzorów lub grawerowania. Dalej mamy strefę druku 3D, w której można wydrukować de facto wszystko, co nas otacza, i większość tego, co można wymyślić.

Jest również pokój szycia wyposażony w dziesięć maszyn, overlock, sterowaną komputerowo hafciarkę oraz niezbędne akcesoria krawieckie ze stołem, prasowalnicą i przyborami.

Fani majsterkowania w drewnie mogą pójść do stolarni i za pomocą piły, ukośnicy, frezarki czy wkrętarki wyczarować jakieś cudo, np. modułowy mebel na mały metraż, który po odpowiednim złożeniu drewnianych elementów raz może być krzesłem, raz szezlongiem, a kiedy indziej półką na książki. Są jeszcze dwa inne pomieszczenia – strefa elektroniki ze stacjami do lutowania oraz mikrokontrolerami pomocnymi w programowaniu, a także pracownia CNC z dwoma profesjonalnymi ploterami frezującymi.

FabLabFabLab Albert Zawada / Agencja Gazeta

Oto królestwo Jarka w całej okazałości. Ale Jarek to skromny facet. Mówi o sobie: człowiek znikąd.

Przez lata prowadziłem w Gdyni warsztat wulkanizacyjny odziedziczony po ojcu. Pracowałem przy zmianie opon. Rutynowa robota, więc z nudów zacząłem budować motocykle. I tak się w to wkręciłem, że te motocykle zjadły mi 10 lat życia. Interesowały mnie głównie zabytkowe modele, np. BMW z lat 30.

– zwierza się Jarek.

W FabLabie stoi motocykl Kawasaki po tuningu. Pod ścianą jest stelaż z deskami longboardowymi, które mój rozmówca wyciął, skleił i polakierował, bo miał taki kaprys. Bo tutaj wszystko rodzi się z impulsu.

Jarek chciał kupić modną deskę, ale była zbyt droga. Nie chciał przepłacać, skoro mógł sam ją sobie zrobić. Skonstruował pierwszy model, a później kolejny i następne. Teraz trzeba je tylko ozdobić efektowną grafiką i można zadawać szyku na mieście. Jak tylko znajdzie się chwila, Jarek dorobi do swoich desek napęd elektryczny. Na razie nie ma kiedy, bo w FabLabie czas wszystkim pracownikom płynie chyba dwa razy szybciej niż przeciętnemu śmiertelnikowi. Cóż, potrzeba – matka wynalazków – nie lubi czekać.

Świecące algi i kij na instrument

Longboardy Jarka ożywia Jarema. Siedzi w pokoju obok nad przenośnym komputerem i tworzy najróżniejsze grafiki. Zastaję go przy pracy, kiedy wpatruje się w ekran i klika kursorem w obrazek kościotrupa z husarskim pióropuszem. Wygląda, jakby ekshumował Geronimo albo innego Winnetou. Odrażający szkielet ma być ozdobną grafiką jednej deski longboardowej. Praca nad rysunkiem wymaga skupienia i precyzji. A Jarema jest prawdziwym artystą w całej tej fablabowej ekipie rzemieślników. Kiedy inni rozjeżdżają piłą drewno na kawałki, on zajmuje się ornamentyką.

Tu jest wielu chłopaków, którzy stawiają na konkret, czyli wykonują czynności stricte technologiczne. A ja wypełniam szczeliny. Pojawiam się tam, gdzie innym – jak twierdzą – coś nie wychodzi i powstają produkty uboczne. A ja je odratowuję

– mówi z satysfakcją Jarema.

W tym męskim świecie ploterów i frezarek trafiłem na wrażliwca. Jarema jest na co dzień wykładowcą, pracuje ze studentami i próbuje ich wciągnąć w swój świat sztuki abstrakcyjnej, gdzie pożyteczne i praktyczne ustępuje przed wydumanym i artystycznym. W FabLabie konstruuje instalację świecących w ciemności alg, które mają się poruszać tak jak te prawdziwe pływające w morzach i oceanach. Projekt ciekawy, ale chyba niszowy i przeznaczony raczej dla wycieczek szkolnych wędrujących po muzeach. Pytam Jaremę o wynalazek, który może odmienić bieg historii albo chociaż okazać się przełomowym odkryciem w jakiejś dziedzinie życia. Czy coś takiego potrafi stworzyć?

FabLabFabLab Albert Zawada / Agencja Gazeta

Na te słowa sięga do szuflady i wyjmuje jakieś dziwne urządzenie. To blaszka piezoelektryczna do konstrukcji mikrofonów kontaktowych, które przyłożone do wybranego podłoża i wspomagane wzmacniaczem, pozwalają nam usłyszeć coś, czego ludzkie ucho nie jest w stanie wyłapać. Taki mikrofon podłączony np. do skrzypiec zbierze dźwięk wibracji pudła rezonansowego, dzięki czemu skrzypce będą mogły wygenerować nieznane dotąd brzmienie. Jarema stworzył nawet własny instrument, który rezonuje podczas uderzania patykiem i wydaje z siebie niespotykane odgłosy. Instrument nie ma jeszcze nazwy, ale może za czas jakiś będzie można go posłuchać w filharmonii. Na razie Jarema kończy rysować kościotrupa – wygląda naprawdę jak żywy.

Organy z rur PVC

Instrument Jaremy gra, ale się nie nazywa. Instrument Piotra nie tylko gra, ale odlotowo wygląda, bo został zbudowany z surowców, które na co dzień wykorzystuje się w… hydraulice! Początkowo nic nie wskazywało, że z rur PVC o różnej grubości i długości da się zbudować najprawdziwsze organy. Zaczęło się od zwykłego remontu.

Któregoś dnia podczas wymiany instalacji w naszym mieszkaniu pojechałem z ojcem kupić rury. Została nam jedna czy dwie, więc tata, który muzyką interesuje się hobbystycznie, postanowił zrobić z nich piszczałki. No to ja nie chciałem być gorszy i postanowiłem zrobić całe organy piszczałkowe składające się z 61 rurek. Chodziło o to, żeby po podłączeniu do klawiatury każdemu klawiszowi odpowiadała jedna piszczałka, czyli osobny dźwięk

– opowiada Piotr, który od 12. roku życia jest organistą. Ma doświadczenie – stroił instrumenty, grywał zawodowo w parafii, a teraz tworzy coś, czego nikt wcześniej nie wymyślił.

Budowa organów to olbrzymie wyzwanie. Trzeba mieć pojęcie o fizyce, a poza tym o stolarce, elektryce i elektronice. Musi powstać pompa organowa, aby tłoczyć powietrze do całego obwodu. Dalej drewniany stelaż oraz wiatrownica, czyli kanały powietrzne w skrzyniach, w których umieszczone są piszczałki, a pod każdą z nich ma się znaleźć elektromagnes, czyli zawór elektryczny, otwierający w odpowiednim momencie dopływ powietrza do piszczałki. No i jeszcze trzeba wykonać każdą piszczałkę. W sumie 61 instrumentów, które mają idealnie współbrzmieć. Wysokość dźwięku zależy od długości każdej piszczałki. Wszystko trzeba precyzyjnie zmierzyć, bo nawet drobna pomyłka w obliczeniach spowoduje, że instrument będzie brzmiał niemiło dla ucha.

Piotr może godzinami opowiadać o swoich rurach PVC. Jest w tych opowieściach o zwykłym kawałku tworzywa coś niezwykłego.

Rury na piszczałki kupowałem w markecie budowlanym. Tu mamy rurkę do osłony przewodów chowanych w ścianach. Tu rurki kanalizacyjne do systemów zbiorczych. Tu do pionów mieszkaniowych. Są też rury wodne

– przedstawia każdą po kolei, jakby dokonywał prezentacji wszystkich muzyków grających w jego orkiestrze.

Początkowo Piotr budował swój oryginalny instrument w warunkach chałupniczych: trochę w domu, trochę na działce u rodziców. Aż pewnego razu usłyszał o FabLabie i postanowił się tam zgłosić, bo praca nad tak wielkim projektem wymagała wykorzystania specjalistycznych narzędzi, których po prostu nie miał. Koledzy zapamiętali ten dzień, kiedy w drzwiach ich pracowni stanął wielki facet z jeszcze większą rurą, cały w śniegu, bo akurat była zimowa aura, i powiedział, że chce z PVC robić organy piszczałkowe. Pomysł brzmiał tak kuriozalnie, że nieznany przybysz szybko został wpuszczony do środka, bo FabLab jest miejscem dla takich szaleńców jak Piotr. Byle w tym szaleństwie tkwiła jakaś twórcza metoda.

Organy są właściwie gotowe. Dzięki klawiaturze zaopatrzonej w system MIDI, która za pośrednictwem elektromagnesów uruchamia całą tę konstrukcję przypominającą wyglądem kilkadziesiąt fabrycznych kominów, każdy może usiąść do organów i zagrać dowolną piosenkę. Nie trzeba być wirtuozem. Zagra każdy, nawet jeśli nie potrafi grać – wystarczy aplikacja na telefon, która daje dostęp do bazy plików do odtworzenia na instrumencie Piotra. Nie trzeba puszczać Bacha – w bibliotece dźwięków są wgrane najpopularniejsze przeboje. Należy wybrać odpowiedni numer, wcisnąć „play” i rozkoszować się piszczącą muzyką z rur kanalizacyjnych

Co dalej? Piotr ma już pomysł na najbliższą przyszłość.

Docelowo chcę otworzyć firmę i projektować instrumenty pod konkretne wnętrza – głównie organy. Przyjść do czyjegoś domu i zrobić skan pokoju, w którym taki instrument ma stanąć.

Walizkowy wiszący komputer

Instynkt wynalazcy po przekroczeniu bram FabLabu odezwał się także w Romanie. Trafił tutaj przez czysty przypadek – był ciekawy, jak wygląda skanowanie i drukowanie twarzy w technologii 3D. Początkowo potraktował to jako ciekawostkę, bo nowe technologie niespecjalnie go pociągały. Żył powoli, swoim tempem, ale w końcu dotarło do niego, że przestaje nadążać za tymi wszystkimi nowinkami, które mu na co dzień towarzyszą. Tak mu się spodobało, że postanowił zostać tu na dłużej. Pomaga w prowadzeniu pracowni jako wolontariusz.

Romana udaje mi się złapać, gdy w jednej dłoni trzyma but, w drugiej coś w rodzaju dłuta. Bardziej wygląda na rzeźbiarza niż na szewca.

– Robię drobny projekt, nic wydumanego, od czego miałyby upadać szczęki na podłogę. Przy użyciu tej końcówki, która przypomina wiertło dentystyczne, kastomizuję rolki. – tłumaczy skromnie.

– Przepraszam, co robisz? – dopytuję.

– No, upiększam, próbuję nieco podrasować, wyryć fajne motywy w skorupie buta, jakbym dziergał tatuaż.

Rolki to obok fotografii i majsterkowania największa pasja Romka. Ale nie chce poprzestać na „borowaniu” ornamentów w butach. W ogóle mało kto to robi, czyli pewnie mało kogo to obchodzi, a mówiąc bardziej precyzyjnym językiem bezlitosnej ekonomii – chyba nie ma na to popytu. Odkąd Romek nauczył się obsługi tych wszystkich urządzeń stojących w pracowni, chce dokonywać rzeczy wielkich. Ma rewolucyjny pomysł na komputer przenośny. Chce stworzyć coś na kształt mobilnej obudowy do komputera stacjonarnego, który da się spakować i zabrać ze sobą z domu. Urządzenie ma być wyposażone w zasobnik ustawiony w mieszkaniu jako stacja dokująca do podłączenia w dowolnym momencie, natomiast wszystkie elementy obudowy będą tak ułożone, aby tę walizkę dało się łatwo zamknąć i powiesić na ścianie. Po co na ścianie? No jak to po co? Użytkownicy pecetów znają nurkowanie pod biurko między przedłużacze, aby podpiąć do gniazdek wszystkie kable. Roman wymyślił wiszący komputer właśnie po to, aby wygodnie podłączać wszystko od dołu i nie nadwyrężać i tak obolałych pleców od siedzącej pracy. Mój rozmówca rozmontował nawet starego laptopa, bo chce użyć jego ekranu do całego wynalazku. Ekran miałby się wysuwać z obudowy dzięki sterowanej głosem sztucznej inteligencji. Prawda, że genialne? A jeśli nie jest szczególnie odkrywcze, to przynajmniej wygodne.

Nie ukrywam, pomysł „naściennego komputera” bardzo przypadł mi do gustu. My, garbaci od schylania się po kable użytkownicy pecetów, rozumiemy się bez słów. Podpytuję Romana, co tam jeszcze odkrywczego ma w zanadrzu. Coś przebąkuje o ukrytym nagłośnieniu łazienkowym w ścianie. Człowiek bierze kąpiel i chce przy okazji posłuchać muzyki, ale ma dylemat: brać ze sobą słuchawki do wanny? Albo głośnik? A jak zamoknie? Szkoda zachodu. Trzeba zatem pogłówkować i zrobić głośnik w łazienkowej zabudowie. Koniecznie sterowany głosem! Po co bawić się w przyciski? A jak zamokną…?

Na razie Roman strasznie się ekscytuje resztkami sklejek, które zabrał z FabLabu. Któregoś pięknego dnia wyjął z kosza na śmieci odpadki z frezarki. Leżały nikomu niepotrzebne, to zabrał je do domu. Robi remont – przydadzą się. – Jedną ścianę chciałbym zrobić we wzory, które mają świecić. Zrobię szkielet ze sklejki, pomaluję na czarno, do tego zamontuję zmatowioną pleksi, a pod spodem LED-y. Ale będzie iluminacja! – mój rozmówca cieszy się na samą myśl.

Opowiadam mu, że niedawno wprowadzałem się do nowego mieszkania, a facet, który robił mi meble kuchenne, pokazywał przy okazji fajny patent – szafkę automatycznie zamykaną i otwieraną. Siedzisz w kuchni, podejmujesz gości i nagle jakieś siły nadprzyrodzone zaczynają „szperać” ci w szafce. Ludzie wpadają w panikę, a ty wtedy pokazujesz, że to żadne duchy, tylko kuchnia sterowana pilotem jak telewizor w salonie. Roman słucha, słucha, po czym się ożywia. – A gdyby tak skonstruować czajnik, który sam nabiera wodę? – patrzy na mnie pytająco. – Wiesz, po co wstawać z kanapy i nastawiać wodę na herbatę? Przecież to się da samo zrobić! Trzeba by go tylko podpiąć pod instalację wodną w mieszkaniu… – kombinuje Roman. Aż mu się źrenice rozszerzyły. FabLab to jest takie miejsce, w którym myślisz, mówisz i masz. Oczywiście masz nowy wynalazek. Tu żaden pomysł się nie zmarnuje.

Zrób sam, to nie zapomnisz

Przygoda Maćka z FabLabem trwa już jakieś 5 lat. Nic nie wskazywało, że ten dobrze zapowiadający się architekt zostanie edukatorem – będzie jeździł po Polsce i prowadził warsztaty, a stołeczna pracownia, w której majsterkuje i szkoli startupowców, stanie się jego drugim domem.

– Współtworzyłem biuro architektoniczne Urządzaliśmy wnętrze, ale brakowało nam stołów. Pomyślałem: po co kupować, lepiej zrobić samemu. I poszedłem do FabLabu – jeszcze w Trójmieście – na kurs. Na miejscu zobaczyłem pierwsze drukarki 3D. I znowu kolejna myśl błysnęła mi w głowie: fajnie byłoby mieć taką drukarkę. Postanowiłem ją sam zbudować. Kupiłem gotowy materiał i postępowałem zgodnie z instrukcją, w której – co się później okazało – aż roiło się od błędów. Samo poskręcanie elementów nie było problemem. Problem pojawił się, kiedy trzeba było tu i tam polutować, a do tego wykonać elektronikę. Ludzie z FabLabu mi pomogli – dali rurki termokurczliwe do zaizolowania przewodów i powiedzieli: weź to i to, połącz z tym i tym i ci zadziała. A nie tak jak w szkole: zakuj, zdaj, zapomnij. Nie można zapomnieć tego, co zrobiło się samemu.

– wspomina Maciej.

Maciek rzucił robotę w biurze. Został tutaj, bo odkrył w sobie pasję do pracy z ludźmi. Uczy ich tego, czego sam się nauczył, m.in. modelowania w 3D. Mówi, że najtrudniej w ludziach przełamać werbalną barierę, to niemal histeryczne: „Ale ja nie potrafię”. A przecież chcieć to móc. Gdyby Maciej załamał się z powodu błędów w instrukcji, nie złożyłby swojej pierwszej drukarki 3D.

Nigdy nie twierdziłem, że czegoś nie potrafię. Jeśli nie umiałem, to szukałem w internecie. Nawet w czasie zajęć nie chcę dawać ludziom gotowych rozwiązań na tacy. Tłumacze, ale nie wyręczam. Radzę: „Włączcie sobie filmik na YouTubie i zobaczcie krok po kroku, jak to zrobić”.

– A co, jeśli czegoś nie ma w internecie? – prowokuję Maćka.

W FabLabie dużo dowiadujemy się od siebie nawzajem. Wymieniamy wiedzę, dyskutujemy. To jest miejsce krążenia idei. W pracowni spotykasz informatyka, automatyka, robotyka, stolarza. I zaczyna się dyskusja na temat błahych spraw, z czego powstaje genialny pomysł, bo każdy dorzucił coś od siebie. Ci ludzie normalnie nigdy by się nie spotkali. No bo po co mieliby się spotykać? Kto ma dziś na to czas?

– pyta retorycznie Maciek.

No właśnie – Maciek też nie ma go za wiele. Wymyśla nowe warsztaty dla ludzi, którzy przyjdą spróbować swoich sił przy ploterze w FabLabie. Albo będzie im tę wiedzę przekazywał na wyjeździe. Pytam, czy jak pozostali w pracowni znajduje też czas na swoje projekty. Okazuje się, że jednak tak. Robi betonowe przyborniki – jeden do łazienki, drugi do pokoju na biurko. Dwie formy stoją gotowe do odlewu. Trzeba będzie je zalać sylikonem, a później dodać beton. Ale Maciej nie robi tego dla własnego widzimisię czy zabicia nudy. Robi to pod kątem przyszłych zajęć. – Przygotowywanie warsztatów to też projekt. Za każdym razem inny – wyjaśnia.

Stworzeni do większych rzeczy

Usiłuję się dowiedzieć, skąd wziął się u moich bohaterów ten dryg do majsterkowania. Maciek zarzeka się, że jest pasjonatem samoukiem. Nie wie jak inni, ale on nie przerabiał lekcji Adama Słodowego. Jeśli już miał jakichś mistrzów wprowadzających go w świat możliwości 3D, to odkrywał ich w internecie.

Roman również dotąd nie miał wiele wspólnego z nowymi technologiami. Nawet się przed nimi wzbraniał. Jakiś czas temu u chrzestnej w Irlandii pomagał przy robieniu szaf. Chodził też na zajęcia plastyczne do Pałacu Kultury. Ale w zasadzie to wszystko, jeśli chodzi o wiedzę techniczną. Roman śmieje się, że naprawę toaletowych spłuczek może wpisać sobie do CV. Gdziekolwiek się pojawi – naprawia. Czyli pomaga jako złota rączka.

Piotr od piszczałek jest prawie reżyserem dźwięku i prawie elektronikiem. Prawie, ponieważ żadnych studiów nie dokończył. Nie jest też stolarzem, ale z drewnem obcuje chyba najczęściej ze wszystkich w pracowni. Skąd ta umiejętność? Z potrzeby chwili.

Jarek nie jest szkutnikiem, a zbudował łódź. I to nie jedną, ale aż dziewięć. Wszystkie zwodowane na Bałtyku. Można? Jak się chce, to można. Nie trzeba mieć dyplomu, żeby robić takie rzeczy. Jarek konstruował łódki, bazując na planach dla budowniczych dostępnych na amerykańskiej stronie internetowej CLC Boats. Wszystko robi sam.

Znajomi się śmieją, że jak chce się napić piwa, to od razu buduje browar.

Pytam o współczesny męski etos. Czy czują się facetami z jajami właśnie dlatego, że potrafią równo przybić młotkiem obraz do ściany. Roman:

Pewnie, że czuję w sobie moc. Nie podoba mi się to, że ludzie wolą coś wyrzucić, zamiast naprawić. Trochę trudno mi zrozumieć życiową nieporadność osób, które niczego nie chcą się nauczyć. A ja lubię być samowystarczalny. Umiejętność tworzenia czegokolwiek przy użyciu obu rąk daje ci oparcie w samym sobie.

Piotr:

Jasne, że mam frajdę z powodu tych umiejętności. Mogę sobie wydrukować z drukarki 3D uchwyt do samochodowego kubka, którego w żadnym sklepie nie mogłem dostać. Potrafię wytworzyć w ten sposób dużo rzeczy codziennego użytku. To fajne uczucie, kiedy zdajesz sobie sprawę ze swoich możliwości. Kurde, ja to mogę zrobić! Ale z drugiej strony nie ma potrzeby robienia na siłę czegoś, co już istnieje. Czasami warto zapytać samego siebie: czy jest sens od początku wymyślać koło.

Jarek:

Ojciec mnie nauczył, że jeżeli czegoś potrzebuję, muszę sam to sobie zrobić. Chcesz motocykl? To go sobie złóż. Teraz uczę tego samego mojego syna.

– Taki facet jak ty, który potrafi w domu wszystko samodzielnie zrobić, to chyba skarb? – zagaduję Jarka.

Nie cierpię wykonywać w domu drobnych napraw, bo co w tym twórczego? Moja żona czasem narzeka z tego powodu. Ale co ja mogę zrobić? Przykręcić uchwyt do szafki? Przecież to cholernie nudne. To samo powie ci każdy chłopak w FabLabie: „Jesteśmy stworzeni do większych rzeczy”.
Zobacz także
  • Jak się robi startupy w Afryce? Jak się robi start-upy w Afryce?
  • Wielki Mur Chiński to jedyna budowla widoczna z kosmosu - oto jedna z bzdur powtarzanych od lat. Mamy dla was 17 geograficznych ciekawostek, których zdecydowanie brakuje na lekcjach geografii. Idziemy o zakład, że parę razy się zdziwicie, a przynajmniej sięgniecie po atlas, żeby odszukać Togo, Filipiny czy Arabię Saudyjską. Wielki Mur Chiński wcale nie jest jedyną konstrukcją widzianą z kosmosu - używając tylko oczu (bez specjalistycznych narzędzi) spoza Ziemi bez problemu można zobaczyć np. świecące nocą miasta, a nawet autostrady. Co do samego Wielkiego Muru, to akurat jego zobaczenie jest stosunkowo trudne - to brązowa linia w brązowym terenie. By nieco ułatwić sprawę, w 2000 roku Brytyjczycy zbudowali w okolicy specjalny biały namiot. Airbnb organizuje wyprawę dookoła świata
  • Forum Romanum Rzym wprowadza nowe zakazy dla turystów. Zobacz, czego już nie można robić w Wiecznym Mieście

Polecamy