The Bargiels: wywiad z trzema Bargielami

Bracie Bargielowie

Bracie Bargielowie (Mateusz Skwarczek)

Andrzej wbiegł na Elbrus i zjechał na nartach z K2. Bartek wleciał dronem na 8,7 tys. m n.p.m. i wylądował na szczycie. Grzesiek był inspiracją dla młodszych braci, po górach wspina się codziennie zawodowo. Wcześniej nie mieli medialnego występu w tercecie. Poznaj Bargielów trzech. Z jedenaściorga...

Jakbym was teraz poprosił o wyciąg-nięcie karteczek i spisanie dat urodzenia rodzeństwa…
[Wymieniają po kolei imiona sióstr (i najstarszego brata) oraz miesiące ich urodzin. Jeden pomaga drugiemu, drugi trzeciemu.]
Grzesiek: Zdalibyśmy na poziomie miesięcy, po zastanowieniu. Przy ustalaniu wieku odliczamy, ile lat ktoś jest młodszy lub starszy od poprzednika czy następcy. Rodziliśmy się co rok albo, częściej, co dwa lata. Uprzedzam pytanie: nie mamy czasu na wspólne świętowanie rocznic.

Jak wyglądało dorastanie na małopolskiej wsi [Bargielowie pochodzą z Łętowni niedaleko Myślenic – przyp. red.] z perspektywy niemal najstarszego członka pokolenia? Pewnie byłeś wychowawcą narybku?
G:
Rodzice zajmowali się gospodarstwem, siłą rzeczy starsze dzieci im pomagały i opiekowały się młodszymi. Ale jako 15-latek wyprowadziłem się do Zakopanego. Jędrzej miał wtedy trzy lata, Bartek pojawił się sporo później. Cała ta rodzinna historia dzieje się na przestrzeni dwóch dekad. Ja i starszy brat Robert urodziliśmy się jeszcze przed stanem wojennym, latałem do sołtysa po kartki na cukier. Choć generalnie jako Bargielowie zawsze byliśmy samowystarczalni. Własne mięsa. Pieczywo z pieca chlebowego. Jajka. Warzywa. Owoce.

Najmłodsi to milenialsi. Bartku, ile osób miałeś koło siebie?
Bartek: Andrzej, Agata, Jadzia, Ela, Gosia, przez chwilę chyba też, ledwie pamiętam, Ewa i Basia.

A środkowy załapał się na najmłodszych i najstarszych.
Andrzej: Wychowywałem się głównie wśród dziewczyn, potem pojawił się Bartek i wszędzie za mną latał. Późno wracałem do domu, więc on również. Wspólnie jeździliśmy na nartach, ogarnialiśmy sprzęt. Nie było wyciągów, sami wytyczaliśmy trasy. Także dla sanek, a właściwie dla worków napchanych słomą. Ubijaliśmy tunele na zboczach. Kiedy trasy zamarzały, tworzył się tor. Aktywnie spędzaliśmy czas.

Twoje pierwsze narty?
A: Często opowiadam tę anegdotkę, bo jest zabawna. Otóż kupiłem je od sąsiada, miałem dziewięć lat. Zrobiłem interes życia, płacąc paletkami do tenisa stołowego oraz scyzorykiem. Narty były drewniane, z przykręcaną krawędzią i plastikowym ślizgiem. Wysokość: 190 cm. Rozmiar butów otrzymanych w komplecie: 44. Musiałem je wypychać skarpetami. Pierwsze freeride’y robiłem na przydomowych górkach. Aby pojeździć w tygodniu, „chorowałem” albo po prostu uciekałem z lekcji.

Andrzej BargielAndrzej Bargiel fot. Mateusz Skwarczek

Cały czas na zewnątrz? Czasy twojej młodości to też czasy komputerów dla mas.
A: Grałem, jasne. Na początek zorganizowałem Amigę, rzadko działała, non stop próbowałem ją naprawić. Generalnie sporo reperowałem – elektronika, sprzęt muzyczny, nawet telewizory. Bartek załapał się na erę prawdziwego grania. Pierwszą konsolą był Pegasus. Potem PlayStation. Niby załatwiałem te sprzęty, ale musiałem dać pograć młodszym. Ale młodsi się przydawali, często ich angażowałem do współpracy. Pamiętam, jak ganiałem Bartka, by mi pomógł urządzić pokój na strychu. Postawienie ściany, położenie tynku – poważne sprawy. Ciągle uciekał.

Najmłodszy – technologiczny, lata dronami. Najstarszy – klasyczny, uprawia różne formy wspinaczki. Środkowy – narciarsko-alpinistyczny kombinator…
A: Gdyby nie Grzesiek, nie wiedziałbym, że można takie rzeczy robić. Generalnie robię to samo co w dzieciństwie, czyli chodzę po górach z nartami na plecach.
G: Tylko im człowiek starszy, tym wyższe góry. Andrzej zaczynał od pagórka, gdzie latem ładował kapustę do wozu, skończył na Karakorum.
A: Trafiłem na takie czasy, że przy konsekwentnym działaniu mogłem realizować niestandardowe pomysły. Byłem – jestem – młody, bez żony i dzieci, mam przestrzeń do takiego działania.
G: Nastawienie społeczeństwa do projektów tego typu uległo zmianie. Gdybym ja tak biegał w latach 90. jak Jędrek dzisiaj, byłoby to wówczas postrzegane jako marnowanie drogocennego czasu. Codzienne uprawianie sportu widziałem tylko w krajach alpejskich, gdzie ludzie trenowali w ramach przerwy w pracy – u nas tego w ogóle nie było. A teraz trzeba spieszyć się z zapisem na zawody, bo za chwilę nie ma miejsc. I w takiej sportowej rodzinie – i takim sportowym świecie – wychowałeś się ty, Bartku. Ale nie wyspecjalizowałeś się w zawodowstwie sportowym, tylko górskim filmowym.
B: Dzięki pomocy braci podobnie jak Andrzej poszedłem do liceum sportowego w Zakopanem. Trenowałem skitoury, startowałem w zawodach, ale nie widziałem w tym recepty na życie. Potem zacząłem częściej zjeżdżać na nartach, freeride cieszy mnie bardziej. Lecz to ciężki sport na poziomie zawodowym, a ja wolę to robić dla przyjemności, dla siebie. No i bardzo polubiłem latatnie dronami. Zwłaszcza że mogłem w ten sposób filmować dokonania Jędrka. Dron w górach daje mnóstwo możliwości, można nim odkrywać świat, zobaczyć, co jest z drugiej strony góry.

Tu rodzi się pytanie. Dlaczego Polacy nie mają sukcesów w narciarstwie alpejskim, takim „w dół”?
A: Brakuje systemu, struktury. Zniknęły po transformacji ustrojowej. Ostatnie medale zdobywał Bachleda w latach 70., w 80. były jeszcze siostry Tlałki.
G: W sport, w którym decydują setne sekundy, weszły naprawdę duże pieniądze. Treningi w komorach aerodynamicznych, ciuchy, smary, narty za tysiące złotych. Naszym sportowcom poza kasą brakuje też wypracowanej latami wytrzymałości psychicznej.

A czym sytuacja się różni od tej w skokach, gdzie decydują centymetry, czy w snowboardzie – dyscyplinach, w których osiągamy sukcesy?
G:
Narciarstwo alpejskie to sport powszechny, międzynarodowy.
A: W każdej alpejskiej wiosce dzieciaki jeżdżą na nartach w ramach zajęć szkolnych, przyszli mistrzowie są znajdowani w tej masie. W Polsce zawodowcem zostaje się dzięki pieniądzom rodziców. I tacy sportowcy nie zawsze chcą kontynuować tę drogę, bo nie zawsze rodzi się ona z pasji.

Pomówmy o promocji skialpinizmu. Jako rodzina macie markę, osiągnięcia sportowe i zawodowe, zaplecze ludzkie. The Bargiels Promo & Camps?
G: Zacznijmy od tego, że ta dyscyplina na przestrzeni lat się wyspecjalizowała. Z jednej strony jest skitouring sportowy: zawody, szybkie przemieszczanie się na superlekkim sprzęcie. Jest free-touring, z mocniejszym nastawieniem na zjazd.  Jest wreszcie najbardziej popularny klasyczny skiaplinizm, czyli przemieszczenie się po górach z użyciem nart z fokami. I jako przewodnik go propaguję, zabieram klientów na trawersy, nie tylko po Tatrach, ale też np. do szwajcarskiego Zermatt. Wśród znajomych i w TOPR-ze to normalny sposób poruszania się po górach.

Grzesiek BargielGrzesiek Bargiel fot. Mateusz Skwarczek

A: Kiedyś znaliśmy wszystkich, którzy uprawiali ten sport w Zakopanem. Dziś na nartach chodzą nawet celebryci. Skitouring i narciarstwo biegowe to idealne dyscypliny dla takiego miasteczka jak Zakopane, gdzie mamy bardzo mało infrastruktury narciarskiej. Na poziomie amatorskim się rozwijają.

A co ze skialpinizmem sportowym?
G:
Nie ma go. To znów kwestia pieniędzy. Na początku wieku mówiło się, że dyscyplina zostanie olimpijską, obaj z Jędrkiem załapaliśmy się do kadry. Ale przed Turynem, gdzie miał być konkurencją pokazową, doszło do tragedii. Lawina zabiła naciarzy.
A: Po tym wydarzeniu sport odłączył się od dużej federacji narciarskiej, powstała zupełnie nowa struktura. Ci ludzie nie potrafią przejść ścieżki do MKOl-u, bardzo mało tam się dzieje, właściwie jest coraz gorzej. Wspinaczka sportowa była wtedy znacznie dalej od igrzysk, a zadebiutuje za półtora roku w Tokio. Szkoda skialpinizmu, bo przecież od niego wywodzą się wszystkie formy narciarstwa – na początku nart używało się do przemieszczania się po głębokim śniegu.

Na razie ludzie z pomysłem i talentem muszą sami walczyć o siebie. Andrzej, chwal się!
A: W 2010 r. wystartowałem w Elbrus Race, czyli wspinaczce na najwyższy szczyt Kaukazu. Okazało się, że mam bardzo dobre wyniki na tych 5,5 tys. m n.p.m. [Andrzej poprawił rekord Denisa Urubki o ponad pół godziny – przyp. red.], więc Artur Hajzer zaprosił mnie do projektu Polskiego Himalaizmu Zimowego. Byłem członkiem dwóch wypraw, lecz nie potrafiłem się w tym odnaleźć. Nie inspirowało mnie to w zastanej formule, uważałem, że wspinaczkę wysokogórską można uprawiać inaczej, dynamiczniej i weselej. Nie widziałem też sensu wspinania się bez nart. Do tego doszła tragedia na Broad Peaku w 2013 r., zła atmosfera w Polskim Związku Alpinizmu. Postanowiłem to robić po swojemu.

Tak narodził się twój projekt Hic Sunt Leones. Ten łaciński termin oznacza „tereny niezdobyte”.
A: Udało mi się wytyczyć własną drogę – wspinaczki szybkościowej na ośmiotysięczniki bez użycia tlenu, ze zjazdem na nartach. Znalazłem firmy, które mnie w tym wspierały i wspierają. Na pierwszą wyprawę pojechałem z Grześkiem. To była Sziszapangma w 2013 r. [Andrzej sam atakował szczyt, dotarł tam w rekordowe 28 godzin – przyp. red.]. Rok później Manaslu, również z Grześkiem [14 godzin, rekord pobity o 2 godziny; wcześniej tylko jeden człowiek zjechał ze szczytu]. 2015 r. to Broad Peak [Andrzej był pierwszą osobą, która z niego zjechała…], już bez starszego brata. To wtedy zobaczyłem ścianę K2. Zacząłem myśleć o niej w kontekście narciarskim. W następnym roku zająłem się jednak Śnieżną Panterą, czyli pięcioma siedmiotysięcznikami w Tadżykistanie i Kirgistanie: Pik Lenina, Pik Korżeniewskiej, Pik Komunizma, Chan Tengri, na końcu Pik Pobiedy [rekordowy czas wejść i zjazdów, 12 dni „zapasu”!]. Na tej wyprawie dołączył do mnie Bartek.

Za to odłączył się Grzesiek. Czemu zrezygnowałeś?
G: W Himalajach byłem w 2009 r. na wyprawie z okazji stulecia TOPR-u. Od razu pomyślałem, że następnym krokiem powinna być próba narciarska. Andrzej myślał tak samo, towarzyszyłem mu dwukrotnie w ramach Hic Sunt Leones. Potem zaczęło się dorosłe życie. Kredyt, dziecko. Cele alpinistyczne zeszły na drugi plan. Dla wspinacza to są ciężkie decyzje. Nie jadę z Andrzejem na Broad Peak. Nie jadę na Śnieżną Panterę. Na K2 też nie pojechałem, bo żona w drugiej ciąży, zaawansowanej. I to były najlepsze wybory życiowe! Mam świetną żonę i dwie córeczki. Starsi koledzy podejmowali inne wybory – w latach 80. wyprawa w Himalaje była złapaniem Pana Boga za nogi. Nie rezygnowało się z gór, a dziecko widziało się po roku.

Teraz robicie te wyprawy jedna po drugiej. Jak został dokooptowany do ekipy najmłodszy z Bargielów? To prawdziwy skarb mieć w rodzinie filmowca skitourowca.
A: Celem wyprawy na K2 nawet nie do końca był sam zjazd. Chodziło o pokazanie, w jaki sposób można obcować z przyrodą. Chcieliśmy trochę odczarować martyrologię polskiego himalaizmu, zamęczania się na śmierć dla osiągnięcia celu. I do tego potrzebna była dokumentacja całej akcji. A Bartek po paru latach praktykowania bardzo dobrze odnalazł się w dronach. Najpierw mieliśmy sprawdzian podczas Śnieżnej Pantery. Bartek z ekipą zabrali samochodem pół tony sprzętu filmowego. Podczas tej podróży dojrzał, jako człowiek i filmowiec, nauczył się też świetnie kierować autem. 70 dni wyprawy zmienia człowieka.
B: Towarzyszący mi zawodowcy utwierdzili mnie w pomyśle, żeby iść w stronę filmowania. Sportowo to było spore wyzwanie, musiałem wchodzić na 5,5 tys. m n.p.m., bo z drona nie dało się ściągnąć programowych ograniczeń. Do tego był duży i ciężki, starsza generacja. Wcześniej nikt nie latał takim sprzętem na takich wysokościach. W górach ciśnienie jest niższe, dron potrzebuje więcej mocy niż na poziomie morza. Gdyby nie problemy logistyczne, wynik Andrzeja byłby jeszcze lepszy, i to o parę dni. W Tadżykistanie nie przepuścili nas przez granicę, musieliśmy okrążać górę. Potem czekaliśmy na paliwo do śmigłowca.

Bartek BargielBartek Bargiel fot. Mateusz Skwarczek

Następnie pierwsze podejście do K2. Andrzej, górę atakowałeś dwukrotnie. Co poszło nie tak podczas próby w 2017 r.?
A: Musieliśmy odpuścić ze względu na wysokie temperatury i związane z nimi poważne zagrożenie lawinowe. Dla mnie oczywiście zawsze najważniejsze jest bezpieczeństwo. I tak miałem farta z pogodą przez cztery poprzednie lata. Do drugiego, udanego podejścia przystąpiłeś w lipcu tego roku. Aby bezpiecznie zjechać, musiałeś wytyczyć nowy szlak.
A: Częściowo. Szukając odpowiedniej drogi zjazdowej, przechodziliśmy m.in. pod grożącymi zarwaniem gigantycznymi serakami [lodowymi naroślami – przyp. red.]. Trasa była połączeniem trzech czy nawet czterech innych, ciekawa kombinacja.

Bartek, ty szczyt osiągnąłeś dronem. Jako pierwszy w historii.
B: W tym celu musiałem przeprogramować urządzenie, zdejmując ograniczenia producenta. To był zwykły DJI Mavick Pro za parę tysięcy złotych. Wiedzę czerpałem z internetu. Udało mi się dwukrotnie zwiększyć jego prędkość, w każdej płaszczyźnie. I ustawić nowy zasięg – nielimitowany. Odlatywałem nawet na 5 km, wciąż mając kontrolę nad dronem. Jedynym ograniczeniem pozostała bateria, często lądowałem przy niemal wyczerpanej, właściwie to było kontrolowane spadanie. Wiele razy myślałem, że go stracę.

Przy okazji odkryłeś nowe zastosowanie drona, pomagając w akcji ratunkowej. Nikt nie dokonał czegoś takiego nigdy wcześniej! Może to jest pomysł biznesowy – ubezpieczanie himalaistów dronem?
B: Najpierw nasz kucharz zobaczył przez lunetę człowieka na ścianie Broad Peaku. Myśleliśmy, że himalaista nie żyje, ale zaczął się przemieszczać. Za pierwszym razem nie udało mi się podlecieć wystarczająco blisko. Szybko przeprogramowałem drona w namiocie. Spowodowałem, że szybciej spadał – żeby bateria się nie wyczerpała zbyt wcześnie. Przy drugiej próbie zrobiłem zdjęcie. Okazało się, że to brytyjski himalaista Rick Allen. Koordynaty z GPS-a przekazaliśmy przez radio ekipie ratunkowej. Rick później mi wyjawił, że dzięki dronowi zrozumiał, że ktoś wie o jego sytuacji. Że ktoś po niego zmierza. To pokazuje, że dron jest urządzeniem o jeszcze nieodkrytych możliwościach, także w wysokich górach. Można by np. zamontować kamerę termowizyjną. Można też go przystosować do transportu drobnych ładunków. Zresztą i to robiłem podczas wyprawy na K2. Dostarczyłem leki kierownikowi wyprawy do obozu trzeciego. Dostarczyłem mu baterię do radia. A Andrzejowi podrzuciłem gopro, bo zapomniał. Drony na pewno będą używane coraz częściej, także w życiu codziennym.

Czy potrzeba specjalnej zgody na latanie w górach w takich krajach jak Nepal czy Tadżykistan?
B: Na pewno potrzeba zdrowego rozsądku. Czasem ubieganie się o zgodę prowadzi tylko do zatrzymania ekipy przez urzędników.

Czy da się utrzymać z latania dronem?
B: Z filmowania. Pracuję z klientami, najczęściej przy reklamach. Teraz stworzyłem ujęcia do kinowej produkcji Leszka Dawida „Broad Peak” o Maćku Berbece. Kręciłem w górach, według storyboardu. Niedawno dołączyłem też do impresariatu Gifted zrzeszającego twórców filmowych, m.in. operatora Łukasza Gutta.

Czy jest szansa na himalajską wyprawę trzech braci?
G: To ciągle nasze marzenie.
A: I możemy je zrealizować, bez obciążenia medialnego, znacznie taniej niż K2. Plan jest taki: wszyscy trzej wchodzimy na szczyt, a potem zjeżdżamy.
G: Cel to oczywiście ośmiotysięcznik! 

Zobacz także
  • Jak się robi startupy w Afryce? Jak się robi start-upy w Afryce?
  • Wielki Mur Chiński to jedyna budowla widoczna z kosmosu - oto jedna z bzdur powtarzanych od lat. Mamy dla was 17 geograficznych ciekawostek, których zdecydowanie brakuje na lekcjach geografii. Idziemy o zakład, że parę razy się zdziwicie, a przynajmniej sięgniecie po atlas, żeby odszukać Togo, Filipiny czy Arabię Saudyjską. Wielki Mur Chiński wcale nie jest jedyną konstrukcją widzianą z kosmosu - używając tylko oczu (bez specjalistycznych narzędzi) spoza Ziemi bez problemu można zobaczyć np. świecące nocą miasta, a nawet autostrady. Co do samego Wielkiego Muru, to akurat jego zobaczenie jest stosunkowo trudne - to brązowa linia w brązowym terenie. By nieco ułatwić sprawę, w 2000 roku Brytyjczycy zbudowali w okolicy specjalny biały namiot. Airbnb organizuje wyprawę dookoła świata
  • Forum Romanum Rzym wprowadza nowe zakazy dla turystów. Zobacz, czego już nie można robić w Wiecznym Mieście

Polecamy