Seanse nienawiści - dlaczego oglądamy seriale, których nie cierpimy?

Oglądacie seriale tylko po to, by potem zapamiętale je krytykować? W takim razie jesteście hate-watcherami. Producenci show, w które ciskacie gromami, kochają was niemal równie mocno jak oddanych fanów. Wystarczy, że nie przełączacie kanału.

Strażnicy poprawności politycznej ogłosili czerwony alarm, gdy w lipcu tego roku Netflix zaprezentował zwiastun serialu „Insatiable”. Po obejrzeniu trwającego niecałe dwie minuty klipu ponad 200 tysięcy internautów podpisało się pod petycją, by streamingowy gigant zrezygnował z upublicznienia 12-odcinkowej czarnej komedii. Powód? Twórcy mają na sumieniu tzw. fat-shaming – zadrwili z ludzi zmagających się z nadwagą.

Tytułowa „nienasycona”, nastoletnia Patty Bladel (Debby Ryan), z powodu nadprogramowych kilogramów przez lata była ofiarą prześladowań ze strony szkolnych kolegów.

Podczas gdy moi rówieśnicy tracili dziewictwo, ja zapychałam w domu inny otwór. Obżerałam się, oglądając każdy dostępny film z Drew Barrymore

– relacjonuje w prologu rozgoryczona bohaterka. Życie dziewczyny zmienia się z chwilą, gdy w wyniku sprzeczki pewien bezdomny łamie jej szczękę. Dzięki trwającej trzy miesiące przymusowej płynnej diecie Patty przechodzi spektakularną metamorfozę. Ci, którzy niegdyś traktowali ją jak worek treningowy dla swoich okrutnych żartów, aktualnie patrzą na nią z zazdrością bądź pożądaniem. Młodociana seksbomba nie czuje się jednak usatysfakcjonowana. Kiedyś kompulsywnie zajadała smutki, teraz bez opamiętania mści się na dawnych dręczycielach.

Mniejsza o to, czy „Insatiable” rzeczywiście pastwi się nad otyłymi osobami, czy jest raczej satyrą na hipokryzję amerykańskiego społeczeństwa oraz jego obsesję na punkcie idealnego wyglądu. Ważne, że Netflix puścił krytykę mimo uszu i show wyemitował. Mało tego, pomimo miażdżących recenzji miesiąc po premierze zamówił na 2019 r. kolejną transzę odcinków. Serwis nie ujawnia wyników oglądalności swoich produkcji, w związku z czym nie wiadomo, ile osób zobaczyło pierwszy sezon. Musiało ich być jednak niemało, skoro zdecydowano się wyłożyć miliony dolarów na kontynuację historii Patty. Zalew negatywnych komentarzy przyniósł więc skutek odwrotny do oczekiwanego – zamiast uśmiercić serial, zapewnił mu dalsze życie. Ci, którzy najpierw domagali skasowania programu, ostatecznie sami zaczęli go oglądać w poszukiwaniu paliwa do dalszej krytyki.

Histeria wokół „Insatiable” sprawiła, że ponownie zrobiło się głośno o zjawisku znanym jako hate-watching. Najprościej rzecz ujmując, polega ono na czerpaniu satysfakcji z oglądania programów, które nam się nie podobają. Za autorkę terminu uważa się nagrodzoną Pulitzerem krytyczkę Emily Nussbaum. W 2012 r. opublikowała ona na łamach „New Yorkera” tekst, w którym zrelacjonowała swój masochistyczny związek z serialem „Smash” – opowieścią o grupie artystów przygotowujących musical poświęcony Marilyn Monroe. Po zachwycie pilotowym odcinkiem przyszło rozczarowanie, które ostatecznie przekształciło się w gniew. Mimo to Nussbaum wiernie trwała przed ekranem, śledząc dalsze losy irytujących ją bohaterów.

Uważam ten serial za krytycznie destabilizujący do tego stopnia, iż nie potrafię zdecydować, czy nie lubię utrzymanej w konwencji Bollywoodu sceny halucynacji, czy raczej traktuję jako arcydzieło campu

– pisała rozbawiona autorka.

Jak zdarta płyta

Zdaniem Darrena Franicha z „Entertainment Weekly” hate-watching dotyczy przede wszystkim produkcji z wysokiej półki: z pokaźnym budżetem, imponującą listą płac oraz bogatym zapleczem intelektualno-tematycznym. Programów, które powinny widza olśnić, ale z jakiegoś powodu im się to nie udaje.

Przykładem takiego serialu może być „Vinyl” (2016). To osadzona w latach 70. w Nowym Jorku opowieść o pracownikach wytwórni muzycznej będących świadkami eksplozji popularności punka, hip-hopu i disco. Autorami show są tuzy show-biznesu: reżyser Martin Scorsese, scenarzysta Terence Winter („Rodzina Soprano”) oraz wokalista Rolling Stones, Mick Jagger. Telewizja HBO była tak pewna sukcesu, że po wyemitowaniu zaledwie jednego odcinka złożyła zamówienie na kolejny sezon. Niestety, podobnego entuzjazmu nie wykazali widzowie. Słupki oglądalności kurczyły się z tygodnia na tydzień, zaś recenzje okazały się jedynie umiarkowanie pozytywne. Wiele osób kontynuowało oglądanie serialu tylko po to, by go… krytykować, narzekać na dłużyzny, wyświechtane rozwiązania scenariuszowe oraz deficyt rockandrollowej energii. Jeśli dodamy do tego, że włodarze stacji wdali się w konflikt z głównym producentem, finał mógł być tylko jeden. Pomimo wcześniejszych ustaleń „Vinyl” został zdjęty z anteny.

W przypadku „Zagubionych” (2004-2010) ognisko hejtu nie zapłonęło od razu. Pierwsze sezony serialu łączącego w intrygujący sposób kino przygodowe, dreszczowiec oraz science fiction cieszyły się olbrzymią estymą. Prócz wielomilionowej publiki twórcy mogli się pochwalić licznymi nominacjami do Złotych Globów i Emmy, a także fanatycznym wręcz oddaniem ze strony wielbicieli. Ci ostatni spędzali w internecie długie godziny, analizując drobiazgowo akcję, a także przerzucając się najbardziej szalonymi teoriami na temat wyspy, na której utknęli tytułowi bohaterowie.

Serial 'Zagubieni' najpierw wciągnął widzów niewyjaśnionymi zagadkami, potem zniechęcił mnożeniem pytań bez odpowiedzi.Serial 'Zagubieni' najpierw wciągnął widzów niewyjaśnionymi zagadkami, potem zniechęcił mnożeniem pytań bez odpowiedzi. Fox

Sielanka nie mogła jednak trwać wiecznie. Na wysokości czwartego sezonu pojawiły się opinie, że scenarzyści gubią się w misternie zaprojektowanym do tej pory fabularnym labiryncie. To, co wcześniej było siłą „Zagubionych” – piętrzące się znaki zapytania, aura niesamowitości – nagle stało się ich słabością. Intryga robiła się coraz bardziej zagmatwana, zaś wyrastające jak grzyby po deszczu tajemnice były porzucane bez wyjaśnienia. Towarzysząca oglądaniu wcześniejszych odcinków ekscytacja ustąpiła miejsca frustracji. Fani trwali jednak przy serialu, wierząc, że autorom uda się wreszcie w sensowny sposób domknąć wszystkie wątki. Jednocześnie z mściwą satysfakcją wytykali im na forach kolejne dziury logiczne wielkości leju po bombie.

Grzeszne przyjemności

Znawcy tematu zwracają uwagę, aby nie mylić hate-watchingu z grzeszną przyjemnością, czyli guilty pleasure. W przypadku tej drugiej widz z mieszaniną zażenowania i ekscytacji obcuje z dziełami, którym daleko do wybitności. I choć zdaje sobie sprawę ze wszystkich mankamentów scenariuszowo-realizacyjnych, nie potrafi powstrzymać frajdy płynącej z oglądania. Niemal każdy konsument (pop) kultury ma jakieś ukryte pragnienia. Dla jednych będzie to kino eksploatacji Patryka Vegi, dla innych łóżkowe akrobacje Christiana Greya albo codzienne radości i troski mieszkańców „Na Wspólnej”.

Jak duża przyjemność płynie z obecności poczucia winy, wie tylko ten, kto w mroku swego pokoju, w cieniu ekranu monitora, z dala od oczu innych celebrował tę trudną miłość. Czasem przyjemność płynie nie tylko z faktu radowania się w samotności guilty pleasure, ale też z sytuacji wyznania innym swych tajnych fascynacji, niemal jak na spowiedzi: pojawia się wyznanie grzechów, możliwe jest i ich odpuszczenie.

– tłumaczył w czasopiśmie „Ekrany” Paweł Sołodki.

Granica między grzeszną przyjemnością a hejtem bywa jednak niekiedy cienka. Przekonałem się o tym, śledząc najnowszy, piąty już sezon programu „Rolnik szuka żony”. Twórcy matrymonialnego show zapewniają, że ich dzieło ma charakter misyjny. Pomaga bohaterom odnaleźć drugą połówkę, wynagradzając tym samym ich ciężką, ważną społecznie pracę. To jednak nie szlachetne pobudki sprawiają, iż „Rolnik” regularnie orze konkurencję, będąc jednym z flagowych przebojów ramówki TVP1. Na widownię niczym lep działa koktajl komedii sytuacyjnej z reality show: nieporadne zaloty stremowanych gospodarzy, rywalizacja zazdrosnych kandydatek na żonę, bolesne zderzenie mieszczek i mieszczuchów z realiami polskiej wsi. W nowych odcinkach autorzy postanowili jednak zaostrzyć zabawę. Sito montażu przeszły m.in. sceny, w których szukający miłości włościanie w rozmowach z uczestniczkami pozwalają sobie na jawne aluzje seksualne, a niektóre ich zachowania ocierają się wręcz o molestowanie. O dziwo, największe oburzenie widowni wywołało jednak zachowanie rolnika Łukasza, który na oczach milionów bawił się uczuciami zauroczonej Karoliny, by ostatecznie bez słowa wyjaśnienia usunąć ją z programu. Facebookowy fanpage programu zalała fala negatywnych, często wulgarnych komentarzy. Nie brakowało wśród nich nawet karalnych gróźb. Ostatecznie administratorzy strony zdecydowali się usunąć ponad dwa tysiące (!) krytycznych wpisów.

Kultura szyderstwa

W rozmowie z „Logo” dr Aleksandra Drzal-Sierocka, kulturoznawczyni z Uniwersytetu SWPS, tłumaczy, że widzami-nienawistnikami stajemy się często z powodu wspólnoty, w której funkcjonujemy. Przypomnijcie sobie tylko, ile razy sięgaliście po jakiś serial, ponieważ mieliście wrażenie, że wszyscy o nim mówią.

Oglądamy coś, choć niekoniecznie nam się to podoba. Chcemy bowiem być na bieżąco. Zależy nam na tym, aby wiedzieć, o czym rozmawiają koledzy w trakcie przerwy na kawę. Boimy się wypaść z obiegu, stracić orientację kulturową

– mówi ekspertka.

W wypowiedzi dla serwisu BBC Culture profesor Joli Jensen z Uniwersytetu w Tulsie zwraca uwagę, że hate-watching jest specyficzną formą fandomu. Widz-nienawistnik tak jak widz-miłośnik staje się znawcą danego serialu: rozkłada go na części pierwsze, drobiazgowo analizuje kolejne sceny. – Odczuwasz przyjemność, zastanawiając się, dlaczego coś nie sprawia ci przyjemności – wyjaśnia.

Facebook i Twitter okazały się żyznym gruntem dla rozwoju zjawiska. W oplecionym światłowodami świecie, w którym zmysł ironii ceni się wysoko jak nigdy wcześniej, a filmiki i memy z najmroczniejszych zakątków sieci okazują się niespodziewanie internetowymi fenomenami, krytyka stała się jedną z podstawowych form wypowiedzi.

Współczesna kultura medialna polega na nieustannym szyderstwie, cynizmie i ocenianiu. Media społecznościowe uczyniły nas w pewien sposób twórcami – wydaje się nam, że mamy większe prawo, by zadzierać nosa, gdy ktoś robi coś nie tak dobrze, jak naszym zdaniem powinien. Czujemy się uprawnieni do osądzania.

– mówi Jensen.

Czerpanie perwersyjnej rozkoszy z obcowania ze złą sztuką nie jest oczywiście wynalazkiem naszych czasów. Wystarczy wspomnieć kulisy kariery scenicznej Florence Foster Jenkins. Żyjąca w latach 1868-1944 kobieta wykorzystała odziedziczoną po ojcu fortunę, by sfinansować recitale, w trakcie których wykonywała wymagające standardy operowe. Nic to, że jej zdolności wokalne oraz dykcja pozostawiały sporo do życzenia. Słuchacze walili drzwiami i oknami, by usłyszeć „najgorszą pieśniarkę świata”. Bilety na jej koncert w prestiżowej nowojorskiej Carnegie Hall wyprzedały się na długo przed rozpoczęciem show. Jenkins stała się bohaterką kultury masowej: jej życiorys dostarczył inspiracji m.in. autorom sztuki teatralnej „Boska” oraz filmu „Boska Florence”. W tym drugim główną rolę zagrała Meryl Streep, która za swój występ została nominowana do Oscara.

Meryl Streep jako Florence Foster Jenkins. 'Boska Florence' była też znana jako najgorsza śpiewaczka na świecie, a mimo to jej koncerty zawsze miały pełną widownię.Meryl Streep jako Florence Foster Jenkins. 'Boska Florence' była też znana jako najgorsza śpiewaczka na świecie, a mimo to jej koncerty zawsze miały pełną widownię. materiały prasowe

Zło jest dobre?

Co ciekawe, w opinii specjalistów od mediów za obecny renesans pojęcia hate-watching odpowiedzialny jest także prezydent USA Donald Trump. Lektura jego kolejnych wpisów na Twitterze dostarcza nierzadko większych emocji niż kolejny odcinek „Gry o tron”. Gdy zwolennicy gospodarza Białego Domu składają ręce do oklasków, przeciwnicy gotują się ze złości. Trump – weteran licznych reality show – prowadzi swoją politykę tak, jakby nadal występował w programie „The Apprentice”. Gdy się chwali, „każdy posiłek to bankiet, każda wypłata to fortuna, a każde wstawanie to parada”. Gdy krytykuje, miażdży oponentów z mocą małego czołgu. W efekcie zmusza do zdecydowanej reakcji dziennikarzy i widzów z każdej strony ideologicznego frontu.

Wbrew pozorom zjawisko hate-watchingu niesie pozytywne konsekwencje nie tylko dla nadawców znienawidzonych show. Korzyści mogą czerpać także podminowani odbiorcy. – Skąd wiemy, co jest dobre i piękne? – zastanawia się dr Drzal-Sierocka. – Stąd, że spotykamy się także z tym, co jest brzydkie i złe. Jedno bez drugiego nie funkcjonuje. Hate- -watching jest testowaniem naszego gustu, tego, co lubimy, a co nas odrzuca. Słowem, aby zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość, musimy czasem zasmakować także odrazy.

Więcej o: