To on dał ruchy Geraltowi - wywiad z Maciejem Kwiatkowskim

Maciej Kwiatkowski - on dał ruchy Geraltowi

Maciej Kwiatkowski - on dał ruchy Geraltowi (ARCHIWUM MACIEJA KWIATKOWSKIEGO)

Współzałożyciel grupy kaskaderskiej Prime Fury był jednym z pionierów motion capture w Polsce. Komputerowy Geralt z Rivii po prostu wiernie naśladuje jego ruchy. We wszystkich częściach.

Kiedy ktoś pyta cię o twój zawód, to co odpowiadasz?

Kaskader. Bez precyzowania, że np. filmowy, bo pracuję też przy pokazach na żywo i w motion capture, które jest stosunkowo młodą gałęzią tego fachu. Tu wszystko jest jeszcze niesformalizowane i kaskaderów oraz aktorów, którzy pracują przy grach i animacjach do filmów, nazywa się po prostu zbiorczo „motion capture actors” albo „mocap [skrót od motion capture – przyp. red.] performers”. Ale nie ma specjalizacji kaskaderskiej bezpośrednio przygotowującej ludzi do motion capture.

Chyba musimy wyjaśnić, co to jest.

Najprościej: to technika przechwytywania ruchu. Mam na sobie czarny kostium z przyczepionymi małymi kuleczkami, które są znacznikami dla komputera sczytującego obraz z kamer. Na tej podstawie powstaje szkielet postaci, która porusza się tak jak ja. Wykorzystuje się to do animacji postaci w grach, ale motion capture może być też częścią filmu (np. Golum we „Władcy pierścieni”), jednak wtedy zajmuje się tym dział vi-ef-iksów (VFX), czyli efektów specjalnych. Tak było np., gdy pracowaliśmy przy „Królu Arturze” Guya Ritchiego – angażował nas dział VFX, a nie bezpośrednio produkcja filmowa. Co więcej, film na tyle po macoszemu traktuje motion capture, że choć pracowaliśmy w Anglii, to nie było od nas wymagane, abyśmy jako kaskaderzy należeli do tamtejszych związków zawodowych.

Czy masz w głowie listę gier i filmów, w których wystąpiłeś?

Muszę w końcu nad tym przysiąść i spisać, bo ostatnio miałem prawdziwy natłok projektów. Filmów było kilkadziesiąt. Jeśli chodzi o gry komputerowe, to należałoby doliczyć też mniejsze projekty, typu zwiastuny robione nie przez studio produkujące grę, ale przez wyspecjalizowane firmy jak polskie studio Platige Image. Nie wiem, jak to podsumować… Gry i trailery to są dziesiątki produkcji, chyba pod setkę. Samych gier było ponad 40. Tylko ich nie można porównywać z filmami, bo np. taki „Wiedźmin” to przecież trzy części z dodatkami, a przy każdej pracowałem około trzech lat.

Ty od początku wcielasz się w grach w Wiedźmina. Czy zdarzyło się, że ktoś cię rozpoznał jako Geralta?

Z twarzy na pewno nie (śmiech), ale zdarzało się. Animatorzy gier komputerowych rozpoznawali mnie po chodzie. Gdy szedłem do CD Projektu podpisywać umowy, ktoś mnie zaczepiał i mówił: „Ty jesteś Maciek, ten aktor mocapowy? Kojarzę twoje ruchy, bo pracuję nad twoimi animacjami”. Potem także ludzie z innych firm, gdy zaczynaliśmy pracę na mocapie, mówili: „No, teraz widzę w tobie Geralta”. Okazało się, że moje ruchy są bardzo charakterystyczne.

W takim razie jesteś dobrze ustawiony, bo jeśli CD Projekt będzie robił kolejnego „Wiedźmina”, musi cię zatrudnić, inaczej Geralt nie będzie sobą. Będzie się inaczej ruszał.

Pytanie, czy w ogóle będzie kolejna gra o przygodach Geralta.

Ale na brak pracy chyba nie narzekasz. Trudno nam było umówić się na tę rozmowę, bo jesteś bardzo zajęty.

Tak. Mamy „klęskę urodzaju”. Do tego stopnia, że obstawiamy dwa-trzy plany dziennie.

Czyli występujesz w trzech grach jednocześnie?

Gry, czyli motion capture, to jedna rzecz, a równolegle jako kaskader występuję też w filmach.

W jakich?

Trochę skaczę z projektu na projekt. Jestem zaprzyjaźniony z paroma grupami kaskaderskimi, więc jak trzeba, to dołączam do ekipy. Obecnie występuję niemal we wszystkim, co jest robione – „Piłsudski”, „Młody Piłsudski”, „Legiony”. Ostatnio pracowałem z grupą Stunt-Service – kaskaderzy filmowi przy nowym filmie Patryka Vegi „Kobiety mafii 2”. Koledzy właśnie są na planie w Kolumbii…

A ty dlaczego tam nie poleciałeś?

Bo kręcą takie sceny, do których akurat ja nie jestem potrzebny.

Bardzo żałowałeś?

I tak, i nie. Nie, bo za moment mamy wylatywać do Indii, do innego projektu. To bollywoodzki film „Saaho”, przy którym już pracowaliśmy – w maju przez trzy tygodnie mieliśmy zdjęcia w Abu Zabi do sceny pościgu samochodowego. Teraz będziemy brali udział w nagrywaniu wojny gangów. Dlatego jestem w takim pośpiechu, bo jeszcze na ostatnią chwilę załatwiamy wizy pracownicze do Indii.

W tym Abu Zabi przez trzy tygodnie byliście dzień w dzień na planie?

Nie, w sumie 15 dni pracy

Czyli tydzień był jak urlop?

No tak (śmiech). Czas wolny spędzaliśmy, jak chcieliśmy. Ale ciekawsze było to, co na planie, zwłaszcza że zatrudniono najlepszych fachowców. Action directorem scen samochodowych był Kenny Bates – legenda wśród kaskaderów z Hollywood. Odpowiadał choćby za efekty samochodowe w filmach „Transformers”. [Inne przykłady to „Pearl Harbor”, „Armageddon”, „Szybcy i wściekli” – przyp. red.]. To była wielka przyjemność podpatrywać jego ekipę przy pracy i pomagać im. Teraz lecimy na 10 dni do Hajdarabadu, gdzie jest podobno największe w Indiach studio filmowe Ramoji Film City.

Jesteś dublerem jakiegoś aktora czy występujesz jako osobny bohater?

W tym filmie będę akurat jednym z członków gangu. Jak bardzo będzie mnie tam widać, to czas pokaże – jak się spodobam, to będę bliżej kamery (śmiech). Jeden z naszych kolegów miał pojawić się w epizodzie, ale tak dobrze wypadł, że specjalnie dla niego rozwinięto jego postać w scenariuszu. Natomiast na dublera z góry szuka się kaskadera pasującego posturą i choć trochę wyglądem do konkretnego aktora i to już zupełnie inna praca.

Ile godzin dziennie teraz pracujesz?

Nie ma wymiaru. Ostatnio wyglądało to tak, że rano jechałem na plan, kończyłem o 13, później jechałem na próby do innego projektu, wracałem do domu i załatwiałem całą masę papierologii i spraw organizacyjnych. Kładłem się spać, wstawałem rano i „repeat”.

Ale mówiąc to, uśmiechasz się.

Tak, bo ja i moi koledzy bez pracy więdniemy jak niepodlewane kwiaty.

A mieliście okresy suszy?

Był taki miesiąc. Jakoś w tym roku w czerwcu, gdy wróciłem z Abu Zabi, propozycji było mniej. Na początku było fajnie, bo miałem dosyć rozjazdów – od stycznia do końca maja odbyłem dwadzieścia kilka podróży samolotem, byłem w sześciu krajach (w niektórych prywatnie), cały czas na walizkach. Ale tydzień odpocząłem, poukładałem zaległe sprawy i zacząłem „tupać nóżką”. Już nie mogłem doczekać się pracy. W takich chwilach mój organizm wręcz czuje głód adrenaliny. Człowiek uzależnia się od dynamiki pracy, od tego, że trzeba zrobić coś na już, na szybko… Gdy jest się w tym wirze, to się trochę to przeklina, bo człowiek nie ma czasu dla siebie. Moi koledzy mają małe dzieci, a prawie nie ma ich w domu, na szczęście mają bardzo wyrozumiałe żony. Bo kiedy mamy duży projekt, to nas nie ma dla świata. Nie wychodzimy z treningów, z warsztatu albo spod papierów.

Ilu ludzi w Polsce zajmuje się tym co ty?

Ja znam około 40. Trudno dokładnie określić, ponieważ odkąd w 2005 r. weszła nowa ustawa o kinematografii, grupy kaskaderskie zaczęły się dynamicznie rozrastać. Wcześniej Ministerstwo Kultury wydawało specjalne licencje. Dziś mamy trochę taki Dziki Zachód.

Co więc byś doradził młodym ludziom, którzy chcieliby iść w twoje ślady?

Z tym pytaniem zgłasza się do mnie wiele osób: na Facebooku albo gdy w towarzystwie opowiadam o tym, co robię. I trudno mi odpowiedzieć, bo dostać się do głównego obiegu nie jest łatwo, gdyż branża nie jest duża, nie kręci się wielu filmów. Nie ma szkół kaskaderskich, były dwie, ale nie wiem, czy jakieś jeszcze funkcjonują.

Ale po szkole to też nie wyglądało tak, że dostawałeś dyplom i licencję i już jako kaskader mogłeś iść do jakiejś produkcji filmowej. To zamknięte, dość hermetyczne środowisko. Skończony kurs dawał ci jedynie tyle, że koordynator mógł dać ci szansę, abyś pokazał, jak sobie radzisz.

Trudno mi wskazać jedną drogę. W naszej grupie ja i Michał Chmiel jesteśmy po AWF-ie, Wojciech Roguski skończył politechnikę i równolegle jest kompozytorem muzyki, a Sławek Kurek, który również jest po politechnice, specjalizuje się w kwestiach technicznych.

Inaczej jest w motion capture, bo w kraju w zasadzie działa tylko nasza grupa Prime Fury i środowisko jest bardziej otwarte. Niedawno CD Projekt ogłosił castingi do swojej gry „Cyberpunk 2077”.

Występujesz tam?

Oczywiście (śmiech).

Jak wygląda taki casting? Przychodzi człowiek i mówią mu: „Dziękujemy, już mamy kogoś, kto tak się rusza”?

Gdy wybiera się aktora do motion capture, pierwsza rzecz, o którą się go prosi, to żeby się przeszedł. I nie ma możliwości, żeby dwie osoby chodziły tak samo. Tego się nie da oszukać. To system stworzony z myślą o badaniach ortopedycznych. Gdy na ekranie widzisz już animowane szkielety, to jesteś w stanie rozróżnić po ruchu, która to osoba, nie widząc jej twarzy. Jeśli system byłby bardziej rozwinięty, to w przyszłości mógłby służyć do identyfikacji osób zamiast odcisków palców. W początkach naszej pracy wielokrotnie podejmowaliśmy próby oszukania systemu, gdy mieliśmy do zagrania tylko jeden ruch kobiety i nie opłacało się wynajmować aktorki, żeby przyszła na pięć minut i dwa razy się przespacerowała. Staraliśmy się to podrobić. Gdy widzieliśmy, jak kolega chodzi, mówiliśmy: „Dobra, to powinno być OK, trochę bioderkami ruszysz i się uda”. Gdy patrzyliśmy potem na animację, reakcja była jedna: „No nie, po prostu chłop idzie jak baba”. Takie oszustwo zawsze wygląda źle.

A jak wygląda kwestia zarobków?

Jeśli chodzi o gry komputerowe, to stawki nie były wcześniej wypracowane. Ja byłem pierwszym poważnym aktorem mocapowym w polskich produkcjach i moim punktem odniesienia były stawki filmowe, a gdy z biegiem czasu stałem się w tym specjalistą, wypracowałem sobie lepsze warunki zatrudnienia. Po prostu zrównałem je ze stawkami zachodnimi, bo klientów zacząłem mieć też z Zachodu. Praca jest ta sama, a gry komputerowe to nie jest lokalny produkt dla polskiego odbiorcy jak np. filmy, tylko dla graczy na całym świecie. Często nagrywaliśmy motion capture w Polsce dla zagranicznego klienta albo za granicą dla polskiej firmy. To rynek w pełni globalny. Mniejsze pieniądze zarabiam przy filmie, ale tu też są widełki w zależności od tego, co robię. Na planie możesz zajmować się zabezpieczeniem, gdy np. aktor lub operator są podwieszani na linach, albo samemu brać udział w efektach wysokiego ryzyka, jak wypadki samochodowe, skoki z wysokości czy sceny w ogniu – za to są wyższe stawki. Występy w reklamach dużych firm to też mogą być większe pieniądze.

A co z Bollywood? Jedziecie tam, bo dużo płacą?

Stawki mamy mniej więcej standardowe, ale dla kaskaderów z Polski każda możliwość pracy za granicą jest na wagę złota. Po pierwsze to jest ogromna możliwość poszerzenia kontaktów. Nawet jeśli to Bollywood, będziemy mieć do czynienia z zachodnimi kaskaderami, bo pracujemy pod okiem action directora Boba Browna [odpowiedzialnego za efekty m.in. w filmach „Iron Man”, „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” , „Transformers 3” czy „Za szybcy, za wściekli” – przyp. red.]. Po drugie, to okazja, żeby się pokazać – przed koordynatorem i przed innymi kaskaderami. Po trzecie, to możliwość zobaczenia, jak pracuje się na innych planach, w innych produkcjach. Zawsze można podpatrzeć jakieś rozwiązania. To doświadczenie jest nieprzeliczalne na pieniądze. I w końcu, po czwarte, wrzucasz taki tytuł do CV i ma to już całkiem inną siłę niż lokalne produkcje.

Jesteś Wiedźminem z gry. Nie chciałbyś teraz do CV dorzucić filmowej wersji Netfliksa?

Główny koordynator kaskaderów na pewno będzie z Zachodu, i będzie to człowiek, który ma nie tylko ogromną filmografię, ale też własną ekipę. Mielibyśmy szansę przy tym pracować, gdyby zdjęcia były realizowane w Polsce, tak jak pierwotnie się spodziewano. Jednak z powodów podatkowych wszystkie zachodnie produkcje filmowe uciekają do takich krajów jak Czechy, Węgry, Chorwacja czy Litwa, omijając nas szerokim łukiem. Zdjęcia do „Wiedźmina” będą realizowane na Węgrzech i automatycznie drugi koordynator kaskaderów będzie z Węgier. Jednak będę próbował tylnymi drzwiami dostać się do tej produkcji. To byłaby piękna klamra dla mnie, bo zanim stałem się odtwórcą Geralta w grze, byłem fanem książek Sapkowskiego, a Wiedźmin to był mój ulubiony bohater i ta fascynacja była powodem, dla którego zacząłem trenować sztuki walki, walkę mieczem i dla którego w ogóle zacząłem robić to, co robię.

Zobacz także
  • Donaldy, turbo, boomery i inne, czyli 'przeżujmy' to jeszcze raz. Historia gumy do żucia
  • Telefon, twój wróg - czym grozi nadużywanie smartfona? Telefon, twój wróg - czym grozi nadużywanie smartfona?
  • Medellin - miasto Pablo Escobara Narcos na żywo - relacja z wyprawy do Kolumbii

Polecamy