Tester wierności - na czym polega jego praca?

A gdyby twoja robota polegała na uwodzeniu pięknych kobiet? Gdybyś miał być tajnym agentem jak James Bond, tylko bez tych pościgów i strzelanin? O pracy testerów wierności opowiada Bartłomiej Domagała, detektyw i prezes zarządu Agencji Detektywistycznej "Kweres".

Kiedy się umawialiśmy, tydzień wcześniej poznałem jedynie godzinę spotkania. Miejsce – dopiero w wyznaczonym dniu i to był tylko adres apartamentowca. Numer mieszkania do końca pozostawał tajemnicą. Co więcej, w ostatniej chwili zmieniła się też godzina naszego spotkania. To chyba nie przypadek?

To kwestia bezpieczeństwa. Mamy oficjalne biura, ale tam jest nasze archiwum, sekretarka, która odbiera telefony, przyjmuje korespondencję. Można tam przyjść i coś zostawić, natomiast z klientami spotykamy się w różnych miejscach. A wcześniej ich prześwietlamy przez wywiad gospodarczy i detektywistyczny, aby wiedzieć, z kim mamy przyjemność.

Ja też zostałem najpierw sprawdzony?

Tak – czy faktycznie jest pan redaktorem „Logo”. Napisał pan do mnie ze swojego e-maila służbowego, więc weryfikacja była dość prosta. Jednak wysłać list z domeny dowolnej firmy potrafi każdy średnio zaawansowany haker, więc bierzemy wszystko pod uwagę. Nasi pracownicy są po szkoleniach różnego rodzaju służb i są wyczuleni – stawiają na anonimowość i bezpieczeństwo. To chyba zrozumiałe.

Długo byłem sprawdzany?

To nie ja robiłem. Mamy dział, który zajmuje się weryfikacją. I to też oni ustalają miejsce, gdzie się spotykamy. Oczywiście miejsce sprawdzone pod względem bezpieczeństwa. Akurat w tym apartamentowcu mamy mocno zaprzyjaźniony zarząd i całą obsługę, więc czujemy się tu jak w domu. Jak pan spojrzy przez okno, naprzeciwko jest piękny hotel, w którym dzieje się bardzo dużo za naszą sprawą, a my mamy tu świetny punkt obserwacyjny. Wystarczy tylko, że ktoś nie opuści rolet. „Ktoś”, czyli nasz agent.

Ilu w państwa firmie jest testerów wierności?

Na stałe współpracujemy z 15 osobami, pięć jest takich rotacyjnych, w zależności od tego, czy potrzeba, by w akcji wzięła udział osoba o egzotycznej urodzie – czarnoskóra lub pochodzenia azjatyckiego.

Jak wygląda zlecenie? Przychodzi klient i mówi: „Podejrzewam, że żona mnie zdradza”?

To jeden wątek, najbardziej powszechny. Inny przykład to np., kiedy przyjeżdża do nas przyszły teść, bo nie podoba mu się potencjalna synowa – ma przypuszczenia, że nie jest wierna czy lojalna wobec jego syna albo lekką ręką wydaje pieniądze.

Wyobrażam sobie potem rodzinne awantury, bo syn wcale nie musi być zadowolony, że ojciec w ten sposób sprawdza jego narzeczoną, nawet jeśli robi to w dobrej wierze.

To nigdy nie jest tak, że klient idzie z materiałem dowodowym do syna. My aranżujemy takie sytuacje, w których syn sam dowiaduje się o wszystkim w okolicznościach, nazwijmy to, „życia codziennego”. Wprowadzamy szereg intryg tak, aby nigdy nie wyszło na jaw, kto był zleceniodawcą i że w ogóle pewne działania były prowokowane czy aranżowane przez nas.

Kiedy klient opowiada wam o osobie, która ma być waszym celem…

My nazywamy ją figurantem lub figurantką.

…musicie chyba najpierw poznać upodobania takiej figurantki?

Tak. Nasi zleceniodawcy przekazują nam szereg informacji, natomiast my też przeprowadzamy wywiad detektywistyczny, badamy miejsca, w których bywa, jak spędza dzień, jakie ma zainteresowania.

Czy kobiety podejrzewane o zdrady zwykle są piękne, czy nie ma tu zasady?

To nie ma znaczenia, choć wiele z tych kobiet jest bardzo atrakcyjnych. Zwykle jednak chodzi o to, że mają czas, by się nudzić i zdradzać, ponieważ ich mężowie pracują i zarabiają pieniądze, więc często ich nie ma. A panie, nudząc się już tymi zakupami i wyjściami do klubów fitness, próbują flirtów.

Jak sprawdzacie, kto byłby najlepszym testerem wierności? Ludzie przecież mają różny gust i preferencje.

Jasne. Tu też posiłkujemy się zdaniem naszych zleceniodawców, natomiast praktyka jest taka, że najbardziej wcale nie liczy się wdzięk ani uroda, ale inteligencja i umiejętność takiego prowadzenia rozmowy, żeby zainspirować drugą osobę. Naprawdę nie trzeba być modelem, aby świetnie poprowadzić sprawę.

A kwestia wieku jest istotna?

Oczywiście. Kiedy mamy do czynienia np. z kobietą 40+, to dwudziestolatek już na pierwszy rzut oka może nie być dla niej partnerem godnym rozmowy. U nas pracują ludzie od 25 lat w górę. To takie minimum doświadczenia życiowego, by w każdej sytuacji umieć się mentalnie odnaleźć.

Jak wyglądają oczekiwania klientów co do tego, jak daleko posunie się tester wierności?

Ooo, klienci mają wielkie oczekiwania. Czasami mam wrażenie, że postrzegają nas jako agencję towarzyską czy firmę, w której kręci się filmy porno. Jednak nigdy tak nie jest. Tak naprawdę pewnym dowodem zdrady, tego, że ktoś jest nielojalny, jest cały ciąg zdarzeń, które my prowokujemy. Na początek to nawiązanie kontaktu w zupełnie prozaicznych sytuacjach dnia codziennego, następnie rozwijanie tej relacji przez SMS-y i rozmowy, potem jakieś wspólne wyjścia na lunch. I posuwamy to dalej, zazwyczaj do wyjazdu poza miejsce zamieszkania. Z chwilą, kiedy już dochodzi do tego, że te dwie osoby podróżują razem samochodem, meldują się w hotelu, wchodzą do pokoju, to wiadomo, że nie przyjechały tam, by podziwiać widoki, ale chodzi o seks. Jednak w takim momencie nasz agent wychodzi z pokoju i tłumaczy po chwili, że musi wracać w pilnych sprawach do domu.

Czyli nie jest jak w programie „Zdrady”, że w gorącym momencie do pokoju wkracza cała ekipa z kamerami?

Nie. Wtedy nie pracowaliby tu tak inteligentni ludzie, jak pracują. Każdy z nich ma przecież swoje życie i pewne zasady. Oczywiście to jest balansowanie gdzieś na granicy, ale nasi ludzie jej nie przekraczają.

Czy zbieracie dowody, które potem wykorzystywane są w sądzie?

Klienci zgłaszają takie zlecenia, lecz ich nie przyjmujemy, gdyż to jest jednak prowokacja i takimi materiałami nie posiłkujemy się w sądzie.

Ale spotkania są nagrywane?

Tak. Każde spotkanie jest rejestrowane. Wiemy, w jakich miejscach chcemy się znaleźć, bo to my nadajemy bieg zdarzeniom. I kiedy tester umawia się na spotkanie na godz. 11 w restauracji X w Wilanowie, to my jesteśmy tam już o 9 i odpowiednio przygotowujemy cały lokal – zajmujemy określone stoliki, przy których siadają pracownicy naszej firmy i nagrywają wszystko z pewnej perspektywy, a nasz tester ma kamerę – jedną bądź nawet dwie – dzięki czemu rejestruje rozmowę „face to face”. Oczywiście mamy obraz i dźwięk, bo dialogi bardzo interesują naszych zleceniodawców.

Ile trwa takie „badanie figurantki”?

Na pierwszy etap razem z rozpoznaniem detektywistycznym potrzebujemy około dwóch tygodni, żeby w odpowiednim miejscu nawiązać tę znajomość, później budujemy relację poprzez niewinne SMS-y przez drugie dwa tygodnie. Przez kolejne dwa tygodnie prowadzimy spotkania na gruncie neutralnym, więc półtora miesiąca do dwóch to czas potrzebny na całą akcję.

Ile to kosztuje?

Ceny zaczynają się od 10 tys. zł, a kończą na setkach tysięcy, bo dużą rolę odgrywają koszty, jakie musimy ponieść, żeby zainteresować figurantkę naszym agentem. Jeśli kobieta przyzwyczajona do życia w luksusie ma w nawyku kupowanie np. torebek Louis Vuitton, które kosztują od 7 tys. zł w górę, to nasz człowiek również musi emanować pieniędzmi, a co za tym idzie, musimy mu zorganizować samochód bardzo wysokiej klasy, elegancki apartament, drogie ciuchy, a musi też być budżet, aby obdarowywał ją kosztownościami. Za to wszystko płacą klienci.

Jaki procent zleceń okazuje się bezpodstawnych? To znaczy ile kobiet okazuje się wiernych?

To zależy od naszych zleceniodawców. Jeżeli ma to być uczciwy test i nasze wpływanie na figurantkę nie będzie przesadne, czyli nie będziemy dążyć, aby złamała swoje zasady, to możemy mówić, że 40% osób jest „czystych”. Ale z chwilą, kiedy zależy nam na osiągnięciu celu, bo musimy coś udowodnić – a czasami nawet chcemy, bo wiemy, że ktoś jest nie w porządku wobec drugiej osoby, zdradza ją (to wychodzi od znajomych, którzy składają zlecenie, my to weryfikujemy w toku pracy detektywistycznej i rozpoznania) – z wielką przyjemnością dokładamy starań, żeby nieświadomy niczego partner owej kobiety, dowiedział się o tym. Wtedy mamy skuteczność na poziomie 92-93%, jak wyliczyliśmy po 2018 r.

 

Czy zmienia się testerów, jeśli jeden okazał się nieskuteczny? Podstawia się drugiego albo trzeciego?

Rzadko tak się zdarza, bo lata pracy sprawiają, że mając portret psychologiczny figurantki, potrafimy dobrać odpowiednią osobę do realizacji zadania. Często organizujemy zebrania, na których agenci sami decydują, który z nich podejmie się danego zlecenia. My, jako osoby nadzorujące ich pracę, oczywiście jeszcze to weryfikujemy, ale oni już sami wiedzą, kto z jakim typem kobiety czuje się najswobodniej.

Jak trafiają do was potencjalni testerzy?

Nie prowadzimy rekrutacji. Zdarzają się takie ogłoszenia w internecie, ale to bardziej z ciekawości, kto do nas chce się dostać, jacy ludzie próbują aplikować. Często trafiają się osoby z firm konkurencyjnych, które chcą mieć tu swoją „wtyczkę”, żeby podpatrzyć metody działania. Jeśli jednak już kogoś werbujemy, to przechodzi cały cykl szkoleń, który trwa od trzech miesięcy nawet do pół roku.

I czego go uczycie?

To są szkolenia z zakresu NLP, czyli programowania neurolingwistycznego, szkoła wizerunku, mowy werbalnej i niewerbalnej, zasady obowiązujące w restauracjach – cały savoir-vivre, znajomość win, whisky, generalnie wielkiego świata. Ma to duże znaczenie, gdyż wiele zleceń realizujemy nie na miejscu, ale w Europie czy nawet na innych kontynentach. I uprzedzając pana pytanie – nigdy nie jest tak, że tester, który mieszka w Warszawie, realizuje zadania w województwie mazowieckim. Jeśli tutaj się wychował, tu jest jego dom, to staramy się rzucać go do pracy gdzie indziej. Tu mogłoby się okazać, że są wspólni znajomi itd. – staramy się ograniczać możliwość takiej wpadki.

Czy wśród szkoleń dla testerów są też kursy aktorskie? Bo w końcu oni muszą udawać, że są zainteresowani figurantką.

Umiejętności aktorskie odgrywają tu bardzo dużą rolę i to jest też w programie przyuczenia testera do naszej pracy. Ale tak naprawdę to aktorstwo trzeba mieć we krwi. Trzeba umieć zachować się w różnych trudnych sytuacjach, umieć wybrnąć, a czasami na życzenie śmiać się lub płakać.

Jak wygląda kwestia mediów społecznościowych? Czy tester ma fałszywy profil na Facebooku?

Tak. Wykorzystujemy wszystkie media społecznościowe. Każdy tester ma 5-6 profili na Facebooku stworzonych pod konkretne sytuacje…

Czyli na jednym jest bogatym biznesmenem, na drugim podróżnikiem, na trzecim synem milionera…?

Dokładnie tak, bo musimy być przygotowani na to, że dziś otrzymujemy zlecenie, a jutro już trzeba je realizować i nie mamy czasu na to, by w pośpiechu tworzyć konta na Facebooku, tym bardziej że widać, kiedy nie ma tam żadnej historii. Dlatego od lat są dwie osoby w firmie, które zajmują się kreacją wizerunku, i do nich należy m.in. mnożenie profili konkretnego pracownika w sieci. Cały czas trzeba je uaktualniać, imitować życie na nich, dodawać znajomych itp. Mało tego. Otoczka, jaką tworzymy w naszej pracy, czasami nas już zaczyna śmieszyć. Aby uwiarygodnić pewne sytuacje, organizujemy przyjęcia rodzinne - nasz agent zaprasza kobietę do swego domu rodzinnego, gdzie jest ojciec, matka, babcia, wujek, cała rodzinna impreza, tyle że wszyscy są podstawieni. Czasami mamy z tego ubaw. To taki dom na kółkach – dziś jest, a jutro go nie ma.

'To wszystko dzieje się w reżyserowanym świecie, do którego to my układamy scenariusz'.'To wszystko dzieje się w reżyserowanym świecie, do którego to my układamy scenariusz'. pexels.com

A ile taki tester wierności może zarobić?

To są kwoty od 10 tys. zł w górę. Najwyższy pułap trudno określić, ale pojawiają się sumy rzędu 80-90 tys. zł za miesiąc pracy.

Co w takim razie trzeba zrobić, żeby mieć taką pracę?

Tak jak mówiłem, nie prowadzimy otwartej rekrutacji. Tak jak dla klientów kreujemy różne sytuacje, tak samo jest z pracownikami – jeśli chcemy, aby ktoś dla nas pracował, to my go sami znajdziemy. On nawet nie wie, że będzie dla nas pracował, ale stajemy się – w różnych okolicznościach – jego znajomymi, przyjaciółmi. Później poznajemy się na gruncie biznesowym. Pamiętam taką sytuację: mężczyzna był stewardem w liniach lotniczych i wpadł mojej wspólniczce w oko. Stwierdziła: „On będzie się idealnie nadawał”. Po wyjściu z samolotu zaczepiliśmy go na lotnisku: „Razem lecieliśmy tym samolotem, bardzo dobrze pan wykonuje swoją pracę” itp. Poprosiliśmy o dane jego przełożonego, napisaliśmy mu bardzo fajną opinię, że miło było nam korzystać z usług linii, bo ten człowiek tak świetnie wykonał swoją pracę. Ostatecznie dzięki nam dostał podwyżkę (śmiech). Ale znów gdzieś lecieliśmy i znów mieliśmy z nim kontakt. I po dwóch miesiącach (to był nasz świadomy zabieg, żeby rekrutować go powolutku) staliśmy się znajomymi, wpadał do nas na piwo. Do końca nie wiedział, czym się zajmujemy. Mówiliśmy, że finansami, co poniekąd jest prawdą, bo przecież kasujemy pieniądze (śmiech). Gdy poznaliśmy go lepiej i zobaczyliśmy, że ma potencjał, a brakuje mu w życiu adrenaliny i rozrywki, zaproponowaliśmy, by do nas dołączył. Był w wielkim szoku. Pokazaliśmy mu foldery, firmę, jak to wszystko wygląda. Zresztą siedzieliśmy w tym apartamencie co teraz. Do końca nam nie dowierzał, ale gdy zaprosiliśmy innych testerów i urodziwe testerki, poznał naszą „rodzinę”, od razu mu się to spodobało. Żył jak w bajce przez kilka miesięcy. Do dzisiaj pracuje w tych liniach lotniczych, tylko ma na tyle elastyczny grafik, że może wykonywać zadania dla nas.

Czyli bycie testerem wierności to nie jest praca na pełen etat?

Są tacy, którzy tylko to robią. Inni prowadzą swoje życie, mają swoją pracę, a gdy przychodzi czas, wyjeżdżają niby w delegację. Nasi testerzy sami wybierają, ile chcą pracować i jak chcą te swoje obowiązki godzić. Jeżeli mają tylko jeden dzień w tygodniu i są w stanie efektywnie ten dzień wykorzystać, to mogą tak pracować, my nie ingerujemy w to, ile czasu poświęcają. Mają być postępy w sprawach i tyle.

Czy rodziny testerów wiedzą, czym oni się zajmują?

Nie wszystkie. Uważam, że to błąd, natomiast nie wtrącam się w życie prywatne. Straciliśmy kiedyś dobrego testera, bo nie był szczery z żoną. Podejrzewała go, że ją zdradza, bo wychodził, wyjeżdżał, znikał, a on przyjeżdżał do nas wykonywać zadania. Myśmy próbowali go potem tłumaczyć, ale żona powiedziała tylko jedno: „Gdyby on mi powiedział, że chce to robić, to ja bym mu pozwoliła. A tak mam wielki żal do niego, że mnie okłamał”. Skończyło się tak, że przez tę sytuację w związku trochę mu się posypało i poradziliśmy mu, żeby zrezygnował na jakiś czas i uzdrowił sytuację w domu. Nie było go parę miesięcy, a potem tylko napisał, że już odnalazł się w innym świecie.

Czy zdarzyło się, że figurantka zakochała się w testerze do tego stopnia, że go później odszukała?

Nie może dojść do takiej sytuacji, bo wszystko jest przez nas wykreowane, sztucznie stworzone. W hotelach czy restauracjach podawane są inne nazwiska, samochody zarejestrowane są na zaprzyjaźnione osoby z zagranicy, więc figurantka, nawet gdyby wynajęła firmę detektywistyczną, aby ustalić, kto opłacił hotel itp., to dotrze gdzieś do naszych przyjaciół ze Wschodu, a dalej to już jest nieweryfikowalne. Poza tym nigdy nie jest tak, że znikamy bez wyjaśnienia. Wymyślamy historię, dlaczego jednak trzeba się rozstać. Kiedyś była taka sytuacja, że nasz człowiek zniknął bez śladu z życia pewnej kobiety. Ona zaangażowała pół warszawskiej policji i prywatnych detektywów, bo się bała, że coś mu się stało, gdyż kontakt urwał się z dnia na dzień. A była gotowa zostawić męża dla niego, bo taki był idealny w jej oczach. Informacje o poszukiwaniach szybko do nas dotarły i skorygowaliśmy ten błąd. Nasz agent znów spotkał się z tą panią, wyjaśnił, że żona do niego wróciła i musi z nią wyjechać do Stanów. Pani to zrozumiała, choć nie było jej łatwo się z tym pogodzić, ale już dała sobie spokój.

 

A w drugą stronę: czy tester kiedyś zakochał się w figurantce?

Czasami rozmawiamy na ten temat, bo kobiety są bardzo atrakcyjne i pokusa na pewno istnieje, ale dla testerów to tylko praca. Mają swoje domy, rodziny. Nie zdarzyło się, żeby ktoś nas opuścił z takiego powodu. Powiem tak: kobiety, które sprawdzamy, najczęściej mają pieniądze, ale nigdy na nie nie zapracowały. Oczywiście, zdarzają się panie, które są przedsiębiorcze, niezależne i same prowadzą firmy, ale zazwyczaj jest to konto męża. I tego konta same nie zostawią. Inaczej jest w przypadku testerek. One często mają do czynienia z rekinami finansowymi, więc tam pokusy są większe. Ale moją rolą jest pilnować, aby takie rzeczy się nie wydarzyły, ponieważ zlecenia realizujemy dla ludzi z show-biznesu i świata polityki. Ludzie, których ogląda pan w telewizji, umawiają się z nami. Robią to bardzo pokrętnie, ale ostatecznie wiemy, kto jest zleceniodawcą. W takiej sytuacji wystarczy jeden nasz błąd i w świat idzie wiadomość, że mieliśmy przeciek informacji, gdzieś wydaliśmy zleceniodawcę albo tester się zakochał – wtedy momentalnie tracimy najważniejszych klientów, do których już nigdy nie dotrzemy. Bo tu nie liczy się reklama w telewizji czy internecie, ale dobrze wykonana robota i rekomendacja w pewnych środowiskach, wśród ludzi, którzy są w stanie bardzo dużo zapłacić, ale cenią sobie jedną rzecz – anonimowość.

Czy są zlecenia, których nie przyjmujecie?

Na pewno takie, gdzie obiektem zainteresowania jest osoba, dla której kiedyś pracowaliśmy. Nie przyjmujemy też zleceń, kiedy wiemy, że motyw działania może wyrządzić komuś krzywdę, dlatego dużą wagę przywiązujemy do weryfikacji. Nasze bezpieczeństwo czy anonimowość to jest jedna kwestia, ale drugą sprawą jest, że chcemy dobrze się czuć z tym, co robimy. Jeśli wiemy, że ktoś na siłę chce komuś coś udowodnić, to takich spraw też nie bierzemy. Zdarza się, że zgłasza się biznesmen, który prosi, aby nasz człowiek uwiódł jego żonę. On się o tym dowie, powiedzmy, od zaprzyjaźnionego detektywa, przyjdzie do domu i rzuci: „Ja muszę to wszystko przemyśleć, jesteś złą kobietą” i idzie mieszkać… do kochanki. Ma dzięki temu taką kartę wyjścia z domu. Za pół roku wraca: „Kochanie, przebaczyłem ci” (śmiech). Była też kobieta, która chciała być z pewnym mężczyzną, który miał żonę, i zależało jej na tym, by tamta poznała kogoś, dzięki czemu małżeństwo zaczęłoby się psuć, a ona wykorzystałaby sytuację, aby zbliżyć się do tego mężczyzny. Motywy naprawdę są bardzo różne i zlecenia najczęściej mają jeszcze drugie dno.

Pewnie macie do czynienia tylko z bardzo bogatymi klientami.

Niekoniecznie. Są ludzie, którzy biorą pożyczki, zastawiają całe swoje życie, bo pewna myśl nie daje im spokoju, i płacą nam za to, byśmy to weryfikowali. Czasami zakrawa to na paranoję.

Wyobrażam sobie, że ktoś wydaje cały majątek, tylko po to, żeby się upewnić, że wszystko jest dobrze. I co dalej? 

No właśnie upewnia się, że wszystko jest dobrze, ale jemu dalej się wydaje, że coś jest nie tak. Mamy dobrych psychologów w firmie i kilku takim osobom udało nam się pomóc, bo moglibyśmy doprowadzić do tego, że wszystko byśmy od nich wzięli i w kółko sprawdzali to samo. Tyle że taka osoba skończyłaby na bruku. Była sytuacja, że klientom udowodniliśmy coś raz, udowodniliśmy drugi raz. Wszystko było w porządku, ale te osoby za bardzo przeniknęły do naszego świata. Adrenalina, emocje, filmy, które im dostarczaliśmy, były tak uzależniające, jak najlepszy serial. Klienci byli cholernie głodni kolejnego odcinka. Jak się kończył jeden film, chcieli następny sezon. Tylko z udziałem innego agenta i w innych okolicznościach. Sami zaczęli nam mówić, jakie scenariusze chcieliby widzieć! To uzależnia. Zresztą nasi testerzy też mówią, że ta praca ma w sobie taką adrenalinę, że nie da się tego porównać ze skokiem na bungee, nie da się w żaden inny sposób zastąpić. Mnie też to uzależniło. Jestem pracoholikiem, pracuję po 17-18 godzin na dobę. Stale podróżuję po Polsce i Europie. Żyję tą pracą. Przed nami leżą teraz cztery telefony, bo trwają cztery akcje, które dziś nadzoruję.

Widzę jeszcze dwa dodatkowe. Prywatne?

Te są akurat do kontaktów biznesowych z klientami. Ale każdy telefon jest do danej akcji i w każdej chwili mogę mieć sygnał, że ktoś czegoś potrzebuje w danym hotelu, w danym mieście i muszę szybko zorganizować ekipę, która to dostarczy.

Dla testerów dodatkowo uzależniający może być luksus, którym służbowo się otaczają.

To nie zawsze musi być luksus… Powiem inaczej. Żeby facet był atrakcyjny, to musi mieć pieniądze, ale nie zawsze trzeba to mocno eksponować. Czasami jednak musimy pokazać kobietom jeszcze większy luksus niż mają w życiu. Żyjemy bardzo dobrze ze wszystkimi wypożyczalniami w Polsce, nie mamy problemu z załatwieniem takiego auta jak Lamborghini czy Ferrari, więc nasi agenci czasami mają przyjemność poruszania się takimi samochodami. Oczywiście wcześniej odbywają odpowiednie szkolenia z bezpieczeństwa, bo te auta trzeba umieć prowadzić. Poza tym „romans” rozwija się w otoczce pięciogwiazdkowych hoteli i wytwornych restauracji.

Ale w takich warunkach kobieta ma pewnie małą szansę, żeby się oprzeć testerowi. On jest tak idealny, że nawet jeśli nie myślała o romansie, to może jednak ulec.

Tak. Może tak być, dlatego nie działamy z pełnym impetem, a bardziej zachowawczo, żeby nie wykorzystywać w 100% umiejętności, które posiadamy. Chcemy trochę szans figurantce zostawić, żeby ten test był mniej więcej sprawiedliwy, choć trudno tu mówić o jakiejkolwiek sprawiedliwości, bo to wszystko dzieje się w reżyserowanym świecie, do którego to my układamy scenariusz.

W takim razie, jeśli kobieta pozytywnie przejdzie waszą weryfikację, to zasługuje na jakiś medal.

To znaczy, że kocha męża czy partnera. My na początku tłumaczymy naszym zleceniodawcom, że najprawdopodobniej ta kobieta jednak się złamie i będzie skłonna do zdrady. I to nie wynika z tego, że ona taka jest. Później analizujemy wszystkie nagrania i pokazujemy je klientom na prezentacjach. Głos zabierają też psychologowie, którzy tłumaczą: „To, że ta kobieta tak zaczęła reagować, było do przewidzenia, bo ona ma problem z panem. Pan przestał się nią interesować, nie ma już tej chemii co kiedyś”. I wbrew pozorom my wiele związków naprawiamy, bo nasi zleceniodawcy, widząc, że żona czy partnerka jest skłonna do zdrady, biorą się za siebie, żeby stać się lepsi. Choć zdarzają się też tacy, którzy mówią: „Dobra, pan da mi jedno zdjęcie, to powiem, że kolega przypadkiem ją tam z kimś zobaczył i zrobił fotę. Kiedyś jej wygarnę”.

Więcej o: