Historia gumy do żucia

Donaldy, turbo, boomery i inne, czyli 'przeżujmy' to jeszcze raz.

Donaldy, turbo, boomery i inne, czyli 'przeżujmy' to jeszcze raz. (OKSANA POLYAKOVA)

Jej żucie ma poprawiać pracę mózgu i higienę jamy ustnej. Może powodować nadmierny rozwój żuchwy i trwałe oszpecenie chodników (do Singapuru nie wolno jej wwozić, grozi za to ok. 3 tys. zł kary). Może służyć do robienia balonów i być tymczasowym uszczelniaczem do wszystkiego. A kto wpadł na pomysł, by na niej zarobić?

A gdyby to sprzedawać? – pomyślał 21-letni John Curtis, żując świerkową żywicę. Był rok 1848. Chłopak nie miał żadnego chemicznego wykształcenia, raptem kilka lat szkoły podstawowej. Wcześniej pracował na farmie i przy wycince lasów pod budowę dróg w stanie Maine. To tam obserwował Indian, którzy używali żywicy nie tylko do uszczelniania kanoe, ale też jako środka na choroby skóry i do higieny jamy ustnej.
Pierwszą partię gumy Curtis przygotował na domowym piecu w garnkach matki, gotując w nich świerkową żywicę, którą potem wlewał do balii z lodowatą wodą. Ojciec początkowo nie był przekonany do pomysłu, jednak pomagał chłopakowi w eksperymentach. W końcu mieli gotowy produkt, który pocięli na kawałki i zapakowali w papierki z napisem „State of Maine Pure Spruce Gum”, czyli „Czysta guma świerkowa ze stanu Maine”.


Młody Curtis ruszył do okolicznych sklepów, aby zaproponować swój towar. Przez dwa dni nie znalazł ani jednego sklepikarza zainteresowanego gumą. Dopiero trzeciego dnia jeden sklep przyjął nowy produkt. Guma jednak nie sprzedawała się najlepiej, bo rynek nie był wielki, a i świadomość potencjalnych klientów nieduża. Co prawda ludzie żuli różne żywice chyba od zawsze – prehistoryczni Europejczycy, Egipcjanie, Grecy, Majowie i Aztekowie – ale, kto słyszał, aby to kupować?

Z kuchni do fabryki


W 1850 r. 23-letni John Curtis spakował się i ruszył w drogę po Ameryce jako obwoźny sprzedawca handlujący nie tylko gumą (bo z tego by nie wyżył), ale też lekarstwami i wszelkimi drobiazgami. Podróżował statkami i dyliżansami, rzadziej pociągami (pierwszą linię trans- kontynentalną otwarto dopiero w 1869 r.). Poświęcenie jednak się opłaciło – biznes się rozkręcał. Wkrótce piętnastometrowa kuchnia pani Curtis stała się za mała i w 1852 r. firma Curtis & Son otworzyła pierwszą na świecie fabrykę gumy do żucia, mieszczącą się na trzech piętrach sporego budynku. John Curtis sam wymyślił większość maszyn, ale nie opatentował żadnego ze swoich wynalazków. Za to sam proces produkcji długo utrzymywany był w tajemnicy.


200 pracowników robiło 1800 pudełek gumy do żucia dziennie. I tak jak na początku Curtisom wystarczało kilka kilogramów żywicy miesięcznie, tak teraz kupowali jej po
10 ton naraz. Jedynym problemem było to, że żywica, choć była oczyszczana i wzbogacana o esencje smakowe, pozostawiała gorzki posmak. Na stworzonym przez Curtisa rynku pojawiali się więc nowi gracze, proponujący nowe sposoby produkcji, nowe smaki i nowe podejście do marketingu. Najważniejszym z nich był sprzedawca mydła, który w 1892 r. do każdej kostki zaczął dodawać darmową gumę, by klienci poznali nowy produkt. Nazywał się William Wrigley i do historii przeszedł jako twórca największego na świecie koncernu produkującego gumę do żucia. To w jego firmie powstały m.in. Juicy Fruit, Spearmint, Doublemint, Hubba Bubba, Big Red, Orbit czy Winterfresh. Które z nich żuliście?

Linia pakowania gum do żucia American Chicle Company w fabryce na Brooklynie w 1923 r. Chicle to naturalna guma z drzew. Thomas Adams, który pracował jako sekretarz u meksykańskiego prezydenta Santa Anny, zauważył, że ten żuje chicle. Postanowił zrobić z niej gumę na. opony. Gdy mu nie wyszło, opatentował gumęLinia pakowania gum do żucia American Chicle Company w fabryce na Brooklynie w 1923 r. Chicle to naturalna guma z drzew. Thomas Adams, który pracował jako sekretarz u meksykańskiego prezydenta Santa Anny, zauważył, że ten żuje chicle. Postanowił zrobić z niej gumę na. opony. Gdy mu nie wyszło, opatentował gumę Library of Congress

Guma a sprawa polska


Dość łatwo odgadnąć twój rocznik urodzenia po gumie, jaką żułeś w dzieciństwie. Pamiętasz donaldy z historyjkami obrazkowymi, a może kupowałeś gumy kulki, które ekspedientka odcinała nożyczkami z podłużnego blistra, czy też grzebałeś ręką w pudełku, przerzucając gumy Turbo z nadzieją, że wyciągniesz taką z obrazkiem auta, którego jeszcze nie masz (pamiętasz, ile obrazków się podarło, bo przyklejały się do gumy?). A może zaczynałeś od boomera lub hubby bubby?
Donaldy, a dokładniej Donald Bubble Gum produkowała holenderska firma Maple Leaf, która kupiła od Disneya licencję nie tylko na nazwę, ale też na dodawanie do gum kolorowych historyjek z przygodami Kaczora Donalda, Myszki Miki, Goofy’ego czy Pluto. W latach 70. historyjki (108 różnych) były większe, w latach 80. już mniejsze (103 sztuki). Dziś twarde już jak kamień donaldy można znaleźć co najwyżej na serwisach aukcyjnych. Komplet 10 sztuk fabrycznie zapakowanych w folię kosztuje… 1 tys. zł. Ot, cena sentymentu.
Nikt tyle nie da dziś za kultową gumę w kulkach, która początkowo trafiała do nas z Węgier. Co z tego, że po kilkunastu sekundach robiła się twarda i bez smaku. Kosztowała 10 groszy! Do jej produkcji nie potrzeba było żadnych licencji, więc różni wytwórcy robią ją do dzisiaj.


Niedawno w sieci dyskontów jednorazowo pojawiła się też kultowa guma Turbo. Gumy z obrazkami aut i motocykli przyjeżdżały do nas pod koniec lat 80. z tureckiej fabryki Kent. Paweł Łysoń, biznesmen z Małopolski, sprowadzał je ciężarówkami. 20 ton dziennie. Jak wspomina, był taki kwartał, kiedy sprzedał 200 mln sztuk. Czyli co dwa tygodnie kupował ją każdy statystyczny Polak.
Potem pojawiła się plotka, że gumy Turbo są rakotwórcze. Dzieci na podwórkach z lubością straszyły się nawzajem rychłą śmiercią. I choć okazało się to tylko miejską legendą, w latach 90. popyt na turbo spadał, tym bardziej że pojawiło się już mnóstwo innych, coraz bardziej wymyślnych gum – w dziwnych smakach, w lizakach, z naklejkami i wodnymi „tatuażami”. Teraz jest taki wybór, że „żuć, nie umierać”, choć dyskusja nad tym, czy guma ma więcej wad, czy zalet, trwa.

Historia gumy do żucia w datach:

1848 r. Farmer Johhn Curtis wyprodukował pierwszą gumę do żucia na sprzedaż.

1869 r. Dentysta Finley Semple opatentował sposób wytwarzania gumy do żucia z naturalnej gumy rozpuszczanej w nafcie i alkoholu. W zamyśle miała „czyścić zęby i wzmacniać szczękę”.

1871 r. Fotograf Thomas Adams opatentował maszynę do wytwarzania gumy w ilościach przemysłowych.

1875 r.  aptekarz Johna Colgan zrobił pierwszą gumę o sztucznym smaku – „Toffi-balsam” na bazie lekarstwa na kaszel.

W tym samym roku wspomniany już Thomas Adam wyprodukował gumę o smaku lukrecji „Black Jack” – najstarszą gumę smakową sprzedawaną do dziś.

1888 r. w Nowym Jorku pojawiły się pierwsze automaty do sprzedaży gumy do żucia.

1906 r. Frank Henry Fleer wyprodukował pierwszą gumę balonową (nie przyjęła się, bo zbyt łatwo pękała)

1828 r. księgowy Walter Diemer dodał do gumy lateks i różowy barwnik, tworząc Dubble Bubble, gumę balonową jaką znamy do dziś.

1893 r. William Wrigley Jr., właściciel fabryki mydła w Chicago, wprowadził na rynek gumy Juicy Fruit i Spearmint produkowane do dziś.

1944 r. W czasie II wojny światowej Wrigley Company z powodu trudności w zaopatrzeniu zdecydowała, że tradycyjne gumy będzie robić tylko na potrzeby wojska (żucie rozładowuje stres), a dla cywilów wypuszczono kryzysową gumę Orbit z sorbitolem zamiast cukru.

1974 r. guma do żucia została pierwszym produktem, którego cenę odczytano z kodu paskowego.

Zobacz także
  • Energylandia Rozrywkowy zawrót głowy. Energylandia nie przestaje zadziwiać
  • Jeff Koons - Królik "Królik" za 91,1 milionów dolarów. Koons wraca na tron
  • Co zamiast tabletki? O tym, jak się podniecać skutecznie Co zamiast tabletki? O tym, jak się podniecać skutecznie

Polecamy