Zakapiorzy i koniarze, czyli kowbojskie życie w Bieszczadach

Czy warto pojechać na konie, nie mając o tym zielonego pojęcia? Zdecydowanie nie. Ja zaufałem mistrzowi i sympatycznej klaczy.

Czy warto pojechać na konie, nie mając o tym zielonego pojęcia? Zdecydowanie nie. Ja zaufałem mistrzowi i sympatycznej klaczy. (Albert Zawada/ Agencja Gazeta)

Bieszczady to mekka turystyki konnej. Działa tu kilkanaście stajni kuszących kilkudniowymi rajdami konnymi. W czasie takiej wyprawy można zanocować w lesie i minąć się z zajętym swoimi sprawami niedźwiedziem.

Mrok rozświetlają znicze i płonące polana drzew. Stoję przed kapliczką zakapiorską w Cisnej.

Jezus frasobliwy w sercu Bieszczad. Klasyka.Jezus frasobliwy w sercu Bieszczad. Klasyka. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Wokół kilkadziesiąt osób, większość w kowbojskich kapeluszach. Dziś zakapiorskie Zaduszki. Co roku o tej porze zakapiorzy wspominają swoich kompanów i przyjaciół, którzy odeszli, nierzadko w dramatycznych okolicznościach. Tym razem atmosfera jest rzeczywiście pogrzebowa, bo akurat utopił się Tadek. Wpadł pijany do rzeki. Kapliczka jest zrobiona z okorowanego pnia, na jego szczycie w beczułce po piwie siedzi Chrystus frasobliwy. Od świata odgradza go końska podkowa, a pod spodem przybite jest trzydzieści jeden blaszek. Każda poświęcona innemu bohaterowi zakapiorskiej legendy. Zakapiorzy i koniarze to dwie różne bajki, ale bez zakapiorów opowieść byłaby niepełna, bo to oni pierwsi włóczyli się konno po wyludnionych wojną i akcją „Wisła” Bieszczadach.

Ostatni Mohikanin

Krzysztof 'Zbój' Szymala. Żywa legenda, zakapior i koniarz. Człowiek z westernu.Krzysztof 'Zbój' Szymala. Żywa legenda, zakapior i koniarz. Człowiek z westernu. Albert Zawada/ Agencja Gazeta

Krzysztof „Zbój” Szymala ma 72 lata. To stuprocentowy zakapior i koniarz. Jest ubrany w brązową skórzaną kurtkę, spod zielonego filcowego kowbojskiego kapelusza wystają kosmyki siwych włosów, respekt budzą wąsy. Zaduszki się skończyły i siedzimy w karczmie Łękowyna. Surowego country bluesa gra na gitarze i śpiewa rzeźbiarz i songwriter Adam „Łysy” Glinczewski:

„Już odeszli, już poszli, została po nich tylko bieszczadzka mgła… Trzeba mgły do kieliszków tej nalać, to kolejka dla wszystkich do dna!”.

Pan Krzysztof ma w swojej stajni siedem koni. W Bieszczadach osiedlił się w 1973 r. Miał 25 lat, zrobił papiery rolnicze i kupił niedrogo ziemię. Przez pierwsze pół roku koczował w szałasie. Potem przyjechała dziewczyna w ciąży. Żyli razem 19 lat, kiedy odeszła, zaliczył pół roku ostrego picia. Otrząsnął się, stanął na nogi i znów ożenił. Dziś jest prawdopodobnie ostatnim żyjącym osadnikiem z tamtych czasów.

Na koniu, jak burżuj

W latach 60. i 70. konie w Bieszczadach były wykorzystywane tylko do pracy w lesie i w gospodarstwie. Pierwszym, który zaczął je dosiadać dla przyjemności, był Andrzej Wasilewski, zwany Kapeluszowym Kowbojem lub Jędrkiem Połoniną. Rzeźbiarz i poeta, zawsze w kapeluszu kowbojskim i często z gitarą.

– Jędrek miał trzy konie. W 1978 r. spaliła mu się gospodarka i przyprowadził je do mnie. Zaczęliśmy razem jeździć i tak się tym zaraziłem – wspomina pan Krzysztof. Dołączył do nich Marian „Jurand” Łęgowski. Włóczykij, rzeźbiarz i pijak, który też marzył o koniu. Pan Krzysztof sprzedał mu rumaka za symboliczne pieniądze. Stworzyli zgrane trio.

– Wiesz, co to westowy żywioł? – pyta pan Krzysztof. – To przygoda, galop, wolność, chęć łapania takiego życia. Jechałeś, gdzie chciałeś. Z północy na południe albo odwrotnie.

Zero ograniczeń. Mieliśmy tutaj wschodni western – mówi pan Krzysztof. Po raz pierwszy Bieszczady faktycznie zobaczył we wschodnim westernie. Akcja „Wilczych ech” (premiera 1968 r.) rozgrywa się w Bieszczadach kilka lat po wojnie. Dzika banda nęka miasteczko, a czoła stawia jej jeden wojskowy.

Wszyscy na koniach

Władze PRL-u akceptowały western tylko na ekranie. Pod koniec lat 70. pan Krzysztof został wezwany przed oblicze szefowej lokalnej komórki PZPR. Rozmowa wyglądała tak:

– Dlaczego jeździcie jak burżuj na koniu?

– Co w tym złego?

– Naród potrzebuje mięsa! A wy sobie na koniach jeździcie!

– No to mnie wsadźcie za to do więzienia

– wspomina pan Krzysztof.

„Jurand” umarł na serce, a „Połoninę” zabiła w Komańczy ciężarówka. Bieszczady już też nie te same.

– Kiedyś góry były nasze, mało ludzi było. Jak było jakieś zagrodzenie, to przecinało się drut i jechało dalej. Teraz na każdym kroku: własność prywatna, wstęp wzbroniony. Ale ja, gdy siedzę na koniu, to jestem wolny. Koń mnie niesie i nie ma zakazów i nakazów!

– sroży wąs pan Krzysztof.

Euforia

Noc spędzam w wiosce Krzywe w agroturystycznym gospodarstwie Sosnowy Dwór, kilka kilometrów od rancza pana Krzysztofa. Jest tu Bieszczadzka Stajnia Rajdowa „Carpatica”, główny cel mojej wyprawy. W stajni czeka na mnie Piotr Tuniewicz, organizator i przewodnik rajdów. Fachowo ujmując: przodownik górskiej turystyki jeździeckiej. Piotr ma pod pięćdziesiątkę. Zamiast kowbojskiego kapelusza nosi czapkę z daszkiem. Kiedyś był menedżerem, zasiadał w radach nadzorczych wielu spółek. Zawsze szukał miejsca, w którym zbuduje w końcu dom z dużym stołem i stajnią. Wypadło na łąkę na łagodnym zboczu. Wokół jest kilka ładnych dworków, widok na góry niesamowity.

Piotr Tuniewicz demonstruje mi podstawy sztuki jazdy. W tle jego dom i stajnia.Piotr Tuniewicz demonstruje mi podstawy sztuki jazdy. W tle jego dom i stajnia. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Jego stado tworzy jedenaście koni rajdowych i jeden kucyk. Rumaki pasą się na ogrodzonej łące obok stajni. Gdy nie ma deszczu i wiatru, są tu na okrągło.

– Pojedziesz na Euforii – Piotr pokazuje na ładną kobyłę.

– Jaka ona jest?

– Spokojna. Ja pojadę pierwszy, a ona pójdzie za mną. Ale postawmy sprawę jasno. Nie uczę tu nikogo od zera i jestem przeciwnikiem tego, żeby wsadzać za stówę na konia kogoś, kto kompletnie nie umie jeździć – mówi Piotrek.

Do tej pory jechałem na koniu raz w życiu. Kiedyś kolega zabrał mnie do stajni pod miastem, wsiedliśmy na starego ogiera i pojechaliśmy do lasu. Koń miał w nosie moje wiśta, hejta, prrr i wio! Jak przystało na mieszczucha, boję się, że koń mnie zrzuci, kopnie albo ugryzie. Gdy byłem dzieciakiem, to na kuligu w górach karmiłem konia kostkami cukru. Nagle moja dłoń znalazła się w jego pysku i poczułem uścisk zębów. Wystraszyłem się nie na żarty i od tamtej pory nie pcham się do konia z rękami. Czuję teraz powiew adrenaliny.

Język mustangów

– Jeszcze nie tak dawno posiadanie konia do jazdy wierzchem było u nas wyznacznikiem statusu. Jak miałeś konia, to byłeś hrabią. A większość koni była szkolona do sportu. Ja zacząłem się uczyć jazdy w starej stadninie w Liskach, w której była musztra jak w kawalerii

– wspomina Piotr.

Przez pierwsze dwa miesiące sprzątał gnój i nauczono go, że do konia trzeba ostro i zdecydowanie. Trzeba zwierzę sobie podporządkować, żeby zrobiło to, czego chce jeździec. Piotr nie pochodzi z rodziny koniarzy. Naukę jazdy zaczął w wieku 25 lat. Od dziecka śniło mu się, że jeździ na białym ogierze. Nie czuł kompletnie kawaleryjskiego drylu i z ulgą odkrył jeździectwo naturalne. Nowe podejście do koni zaczęło się od amerykańskiego trenera Monty’ego Robertsa, który podpatrując mustangi na prerii, stworzył metodę komunikacji człowieka z koniem, którą nazwał językiem equus. W jeździectwie naturalnym chodzi o to, żeby nie łamać woli konia, ale zbudować z nim partnerską relację.

– Pamiętasz te zwierzaki, na których latali w „Avatarze”? Chodzi o taką więź. Zdarza się, że jeździec pomyśli, dokąd chce jechać, a koń tam sam jedzie, bo odczytał mikroruchy mięśni jeźdźca – mówi Piotr.

Jakie będą moje mikroruchy? Mniejsza z tym. Na początku muszę w ogóle wsiąść na konia.

W siodle

Kto ma dosiąść konia, ten musi go najpierw wyczyścić i osiodłać. To żelazna zasada. Te czynności budują relację i służą za rozgrzewkę. Z czyszczenia konia zostaję zwolniony, bo Piotr ogarnia to elektroluksem. Potem przykrywa grzbiet Euforii wojskowym kocem i podkładką pod siodło zwaną padem. W ramach rozgrzewki sam już zarzucam siodło. I to nie byle jakie, bo westernowe! Jedyną żelazną zasadą życia w stajni, jaką znam, jest to, że nie przechodzi się za końskim zadem. Bo, nie daj Bóg, koń może kopnąć. Jak wyglądają takie kopnięcia, można obejrzeć na YouTubie. Piotrek demonstruje uspokajająco jak bezpiecznie przechodzi się za zadem. Trzeba tylko położyć rękę na koniu i przejść, ocierając się prawie o tylne nogi. To sprawi, że koń nie będzie mógł wziąć zamachu i kopnięcie nie będzie mocne. Zawsze jest to jakaś pociecha. Póki co odważam się na przejście pod szyją Euforii. Na razie to wystarczy.

Zaczynam się czuć jak kowboj i ostro kombinuję, żeby nie spaść z siodła.Zaczynam się czuć jak kowboj i ostro kombinuję, żeby nie spaść z siodła. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Euforia ma już założoną zrobioną ze sznurka uprząż, którą koniarze nazywają halterkiem, do niej przymocowane są dwie linki, czyli wodze. Piotr wyprowadza za nie swoją klacz Kadves. W górach nie prowadzi się konia obok siebie, bo gdyby się potknął, to mógłby pociągnąć za sobą idącego obok jeźdźca. Prowadzę więc Euforię za wodze i parkuję przed stajnią.

– Co teraz? – pytam.

Piotr przystawia podnóżek. W końcu i ja czuję się jak hrabia. Robię trzy kroki po stopniach, wsadzam nogę w strzemię i… siedzę. Prostuję nogi w strzemionach i zgodnie z instrukcją skracam halterki. Ależ stąd widok! Konie potrafią dorastać w kłębie do 170 cm. Zawsze irytowało mnie to, że w takiej sytuacji wszystko zależy od tego, czy zwierzakowi nie strzeli coś do głowy.

– Spadałem wiele razy – uspokaja znów Piotr. W stadninie w Liskach ujeżdżali dla masztalerzy – czyli zajmujących się końmi pracowników stajni – młode konie. Trzeba je było przeprowadzić z jednej stajni do drugiej, co oznaczało 10 km galopu i upadki. – A kiedyś musiałem zajeździć kobyłę, od której przed chwilą odstawiono źrebaka. Była tak wściekła, że zrzuciła mnie osiem razy. Na szczęście na trociny, bo to było na ujeżdżalni. Z konia się spada. A jak się spadnie, to trzeba się otrzepać, wsiąść z powrotem i jechać dalej – tłumaczy Piotr.

Jak się kieruje koniem?

– Koń nie idzie tam, gdzie się go pociągnie, ale ustępuje pod naciskiem – tłumaczy Piotr. Co to oznacza w praktyce? Należy przyłożyć wodze do końskiej szyi i nacisnąć nogą i biodrami na kłąb. Wtedy koń skręci w stronę, z której nie ma nacisku. A jak się rusza? To znacznie prostsze, bo wystarczy stuknąć łydką w bok konia. Euforia wyczuwa od razu, że jestem zielony, i zaczyna skubać liście z krzaków, a potem schyla szyję i zajada się trawą. Zgodnie z instrukcją mocnym ruchem ciągnę za jedną z wodzy i podnoszę jej głowę do pionu. Nie jest z tego zadowolona, ale tu kończy się demokracja. Po dźgnięciu piętami koń rusza. Usiłuję powodować (tak mówi się na kierowanie) Euforią, kręcąc biodrami, ale moja technika jeździecka jest zerowa. Nic z tego, lecz koń idzie faktycznie za przewodnikiem. Robimy kilkusetmetrowe koło i zatrzymujemy się przed skarpą. Widząc, co robi Piotr, odchylam się do tyłu w siodle i daję sygnał piętami. Euforia schodzi pewnie na dół. Świetnie zaczynamy się dogadywać.

Ale jak ogarnąć skręcanie? Intuicyjnie próbuję, ciągnąc w jedną stronę wodze. Działa!

– Tak to kieruje się wozem drabiniastym – śmieje się Piotrek.

Euforia przewiozła na swoim grzbiecie już tylu niedzielnych koniarzy, że bez trudu odczytuje moje zamiary. Od tej pory wszystko idzie jak w zegarku. Dodaję gazu piętami, a skręcam, ciągnąc za lewe lub prawe wodze. Nie założyłem kasku, na głowie mam kapelusz z H&M. Patrzę na cień na trawie i widzę kowboja. A gdyby tak nauczyć się jeździć i puścić kiedyś w góry galopem?

Polskie Bieszczady mają z grubsza 30 na 80 km. Piotr przejeżdża rocznie nawet 1500 km, spędzając w lesie dwa miesiące. Ma swoje ścieżki i prowadzi nimi w miejsca, gdzie nawet wrony już zawracają. – Ile trwa nauka? – pytam, gdy znów stajemy na własnych nogach.

– Potrenuj przez pół roku dwa razy w tygodniu po pół godziny, a potem zrobimy sobie rajd. Taki na prawie 200 km – mówi Piotr.

Zobacz także
  • 6 pytań, które musisz sobie zadać, zanim zmienisz pracę 6 pytań, które musisz sobie zadać, zanim zmienisz pracę
  • Jack Ma - założyciel Alibaby Nie rzucaj roboty (zbyt szybko)
  • Sokół dla Vistula&Prosto Vistula i Prosto - o co chodzi?

Polecamy