Pan Pozytyw - wywiad z Grzegorzem Damięckim

Grzegorz Damięcki

Grzegorz Damięcki (Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Kłopotliwy aktor, z którym warto się pomęczyć. Po godzinach członek zespołu reggae. Z okazji premiery serialu "Szóstka" Grzegorz Damięcki opowiada nam o pierwszej bójce, przygodach z perhydrolem i o tym, dlaczego czasem czuje się jak zając uciekający przed myśliwym.

Przypuszczam, że po świetnie przyjętej kreacji lokalnego kacyka Molendy w „Belfrze” został pan zasypany ofertami pracy zarówno na małym, jak i wielkim ekranie. Jednak poza „Podatkiem od miłości” wybierał pan dotąd role w serialach. Czy to znak czasów? Telewizja ma dziś do zaoferowania polskiemu aktorowi więcej niż kino?

Stacje telewizyjne (nie wszystkie) poszły po rozum do głowy – odważni operatorzy, charyzmatyczni reżyserzy, nieopatrzone twarze, nowoczesne pisanie, błyskotliwi ludzie na każdym etapie pracy. I świat pokochał seriale. Te, które nie opowiadają językiem małego realizmu. Bywają kinem artystycznym, abstrakcyjnym czy gatunkowym. Świat nie chce stać w miejscu. Dociera do mnie, że upływ czasu może być dla aktora bardzo interesujący. Pojawia się nagle cała gama ciekawych postaci do zagrania. Jeśli twarz aktora nie zdewaluowała się, nie opatrzyła, w jego ręce mogą zacząć trafiać wartościowe scenariusze. Dobrych tekstów jest sporo. Telewizją zajęli się filmowcy. Twórcy zrozumieli, że warto pomęczyć się z aktorem zadającym kłopotliwe pytania. Aktor pochodzący z teatru jest przyzwyczajony do tego, że nad postacią pracuje się długo i wnikliwie. Dobre kino filmowe i serialowe bardzo zbliżyło się do tych praktyk. Tak zwane „pięć minut”, które nagle spadło na mnie, na razie trwa. Nie przywiązuję się do tego, żeby nie odczuć zawodu: „No jak to, tyle się wokół mnie działo, a teraz nie dzieje się nic?”. Jestem przyzwyczajony, że uprawiam zawód, który przynajmniej w moim przypadku przemieszcza się przez życie amplitudami. Potrzebny jest też mądry agent, który nie pcha aktora w kolejny projekt tylko po to, żeby stale był obecny w mediach.

Jest pan kłopotliwym aktorem?

Tak, bywam męczący, długo pracuję nad rolą. Nie wystarczą mi dwie, trzy próby. Są ludzie w teatrze i w kinie, którzy mają problem z takimi osobnikami. Jeśli brakuje im zaufania, cierpliwości, a czasem także wiary we własny pomysł, wpadają w panikę. W kinie nad tym wszystkim wisi jeszcze producent, który nie chce tracić pieniędzy. Chce tylko zrealizować zdjęcia w terminie. A jak się uda przed terminem, to jeszcze lepiej. Bywa jednak tak, że jak codziennie kończy się pracę na planie dwie godziny przed czasem, nic dobrego z tego nie wynika. Fabule brakuje płynności, coś się nie chce montować. Ci, którzy to rozumieją i nie boją się pracy bez pośpiechu, zbierają dobre owoce.

„Gdy przygotowuję się do roli, lubię rysować swoje postaci”. Jak nakreślił pan Marcina z serialu „Szóstka”?

Wielokrotnie powtarzam, że mój zawód ma wiele wspólnego z dziecięcą piaskownicą. I tu, i tu można sobie coś wyobrazić. Pracę nad rolą zaczynam od tego, że na dużych kartach kreślę jajowate konstrukcje, w które później wrysowuję twarz mojego bohatera. Uważam, że oczy są oknami duszy, a ludzie starzeją się pod wpływem swoich cech psychofizycznych. Osoby pozamykane, zawistne i złośliwe zamieniają się z wiekiem w takie „sępie twarze”. Mówię oczywiście w ogromnym skrócie, cały ten proces podlega rozmaitym niuansom. Molenda z „Belfra” był człowiekiem absolutnie pozamykanym, nie uśmiechał się, bo nie miał powodu. Świat go źle potraktował, więc on też traktował ludzi bez ufności. Jeśli chodzi o Marcina z „Szóstki”, to człowiek, który otrzymał drugą szansę. Przeżył traumę – stracił ukochaną pierwszą żonę. Wierzy w to, że można się tak samo zakochać wielokrotnie. Że równie gorącym uczuciem można darzyć więcej osób.

Mówi pan o poliamorii.

Takim jest człowiekiem. Wymyśliłem sobie, że będzie szukać w życiu miłości, aby oddać to, czego nie udało mu się przekazać tej pierwszej ukochanej osobie. Bywa, że dopiero po śmierci kogoś bliskiego zdajemy sobie sprawę, jak bardzo chcieliśmy z nim spędzać więcej czasu i lepiej go poznać. Mój bohater jest osobą niezwykle empatyczną i otwartą. Z tego powodu łatwo go jednak skrzywdzić. Marcin to przeciwieństwo Molendy. Dobro tej postaci jest jednocześnie jej męką. Na świecie nie brakuje ludzi, którzy chcieliby taką prawość wykorzystać. Otwarte osoby zazwyczaj nie wiedzą, niestety, kiedy należy się „pozamykać”.

Reżyserką i współscenarzystką „Szóstki” jest Kinga Dębska, autorka „Moich córek krów” oraz „Zabawy, zabawy”. Gwiazdy, które miały okazję z nią współpracować, mówią o niej w samych superlatywach. Cenią ją za to, że słucha aktorów, daje im sporo wolności i jest otwarta na improwizację. Czy po pracy nad serialem dołączył pan do grona admiratorów pani Kingi?

Jestem kotem dachowcem i muszę mieć dobre warunki, żeby się otworzyć. To się oczywiście nie może przekładać na wykonywany przeze mnie zawód. Dawno bym z niego uciekł, gdyby moja osobność przeszkadzała mi w pracy. Na pierwsze spotkanie z Kingą jechałem pełen obaw i nieufności. Tymczasem okazało się, że porozumiewamy się podobnym językiem wrażliwości. Od czasów nastoletnich czerpaliśmy z podobnych wzorców, czytaliśmy te same książki, „wyznawaliśmy” tych samych idoli. Kinga jest miłośniczką improwizacji. W stosunkach z ludźmi balansuje między spontanicznością a rodzajem bezczelności. Nigdy nie przekracza jednak miary klasy, którą po prostu ma. Jej poruszanie się na skróty może niektórych ludzi zamykać lub mylić. Innych otwiera i powoduje, że czują się w jej towarzystwie bardzo bezpiecznie. Tak było ze mną. Polubiłem swojego bohatera m.in. dlatego, że Kinga dała mi kontrolowaną swobodę, czyli dokładnie wiedziała, czego by nie chciała. Wszystko, co było ponad to, stało się materiałem do dyskusji. Jeździłem na plan „Szóstki” z radością tworzenia. Uwielbiałem nasze rozmowy przed ujęciem.

Grzegorz DamięckiGrzegorz Damięcki Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

„Uważam, że trzeba wizerunek oszczędzać po to, żeby móc go eksploatować w ważnych sprawach”. I jeszcze jeden cytat: „Moje życie prywatne jest moją prywatną sprawą”. Czy z takimi zasadami nie czuje się pan dzisiaj jak ostatni Mohikanin?

Nie. Życie kręci się w kółeczku. Jeżeli pan weźmie brutalistów, ich teatr prowokacji, okaże się, że niczego nowego nie wymyślili. Brutaliści byli już przecież w latach 60. Podobnie z abstrakcyjnym myśleniem i malarstwem, groteską czy czarnym humorem. W tej albo innej postaci wszystko już było. Ze swoimi mohikańskimi poglądami być może coś zamykam, a może właśnie otwieram. Po każdym kryzysie wartości, braku wzorców i przeświadczeniu, że tylko młodość ma sens, musi przyjść zmiana. Pilnuję swojego życia prywatnego dla mentalnej higieny. Gdy planuje pan mieszkanie, szuka pan w nim kąta, w który nikt nie będzie panu właził. W głowie również ma pan taką klateczkę. Jeśli dopuści pan do niej obcych, opowie o najintymniejszych sprawach, straci pan tajemnicę. Ona jest ważna. Tego trzeba pilnować. To jest świętość, której nie wolno tykać. Nie rozumiem ludzi sprzedających mediom swoją prywatność. Człowiek, o którym wszystko się wie, traci właściwości, podlega zniszczeniu.

Przeciwko utartym wzorcom buntował się pan od najmłodszych lat. W liceum założył pan punkrockowy zespół LAWA.

To były czasy, kiedy w każdej klasie był zespół. Buntowaliśmy się przeciwko wszechobecnej szarzyźnie i wszelkiej instytucjonalności. Mieliśmy dwa źródła pozyskiwania płyt winylowych. Pierwszym byli krewni z Ameryki. Drugim – ojciec naszego kolegi, który pracował w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego i jeździł często do Jugosławii. Przywoził stamtąd reprinty amerykańskich i angielskich albumów. Dzięki temu usłyszeliśmy Minimal Compact, Joy Division, Sex Pistols, The Clash, Siouxsie and the Banshees, wczesne The Cure. A potem całą falę amerykańskiego hardcore’u: Minor Threat, The Germs, Dead Kennedys. Zespoły grające szaleńczą, niezwykłą muzykę. Nikt z nas nie potrafił grać. Naszymi starszymi kolegami byli wtedy Robert Brylewski i Kazik Staszewski, zaczynający karierę z Poland. Mieli swoje próby w tej samej co my piwnicy na Żoliborzu. Na Tomka Lipińskiego, który był od nas oczko starszy, patrzyliśmy jak na guru. Był smutnym, smukłym punkowcem w długim czarnym płaszczu z gitarą przewieszoną na plecach jak partyzant. Snuł się w okolicach klubu Medyk, a za nim ciągnął tłum wzdychających dziewczyn. Jak my mu zazdrościliśmy! Pamiętam wczesne koncerty Brygady Kryzys. Przez pół występu Brylewski trzymał w uniesionej dłoni klucz francuski i nikt do końca nie wiedział, o co mu chodzi. Podświadomie widzieliśmy w tym jednak akt anarchii, symbol nieskrępowanej wolności.

Na czym wtedy graliście?

Na początku na instrumentach wytwórni Polmuz. Nadawały się do wszystkiego, tylko nie do grania. Nie stroiły, mieliśmy wiecznie poranione paluchy. Co jakiś czas któremuś z nas udało się zagrać na wschodnioniemieckich albo czechosłowackich gitarach. Człowiek czuł się wtedy, jakby dostał do ręki fendera. Mieliśmy kolegów, którzy konstruowali nam urządzenia zniekształcające dźwięk. Mój pierwszy fuzz do gitary był w takiej dużej mydelniczce nawalonej sprzętem. Podłączało się go do radiomagnetofonu Grundig z włączoną funkcją „nagrywanie”. Stamtąd przełączałem się do wzmacniacza, co dawało taki przester, że nawet gitary akustyczne z metalowymi strunami brzmiały jak wiosło Jimmy’ego Hendriksa. Polak potrafi!

Mieliście fanki?

Ech, Justynka… Justynka była moją pierwszą wierną fanką. Przychodziła na nasze próby i wnosiła światełko. Braliśmy udział w różnych konkursach, np. w Mokotowskiej Jesieni. To była cykliczna impreza, na którą przyjeżdżały zespoły ze swoimi „wyznawcami”. Ci od rocka symfonicznego mieli dziewczyny w długich sukniach z pacyfkami. Nie brakowało też punkrockowców i nowofalowców. Miałem kolegę w klasie, który stylizował się na zespół Kraftwerk. Utleniony na biało, w czerwonej koszuli i wąskim, czarnym, skórzanym krawacie. Nauczyciele tępili nas. Ja za swoje fryzury regularnie wylatywałem z klasy.

Jak się pan wtedy nosił?

Miałem irokeza i przekłute ucho. Mój kolega Kuba Paczkowski utlenił mi włosy perhydrolem, przez co miałem potem poparzony cały łeb. Pani profesor Popiak powiedziała, że nie wpuści mnie na łacinę, dopóki się nie ostrzygę. Skończyło się tym, że moczyłem głowę pod kranem, czesałem irokeza na boki i udawałem, że mam przedziałek. Patrzyła na to sceptycznie, ale było w niej trochę miłosierdzia. Uznała w końcu, że wykonałem jakąś pracę nad sobą i dostatecznie się poniżyłem.

Kiedy ostatni raz tańczył pan pogo?

Próbowałem w sylwestra, ale trudno było wyrwać kogokolwiek na parkiet. Najbardziej szalała moja żona.

A jak pan wspomina swoją pierwszą „solówkę”?

Źle. Przeliczyłem się. To była krótka bójka z drobniejszym chłopakiem. Żeby nie było: nie biłem się z nim dlatego, że był mniejszy. Po prostu wyjątkowo bezczelny. Dostałem wtedy straszny łomot, co było dla mnie bardzo zaskakujące. Moje dzieciństwo to wspólne boisko z Pawłem Nastulą, który zrobił potem wielką karierę w dżudo. Nie będę tutaj opowiadał, bo być może Paweł by sobie tego nie życzył, skąd moim zdaniem wzięła się jego fascynacja sportami walki. Wtedy to był drobny, niczym niewyróżniający się, bardzo fajny koleżka. Miał sympatyczną starszą siostrę i był dosyć krótko trzymany w domu. Tak to pamiętam.

Ale z Nastulą pan się chyba nie bił?

Nie. Pobiłem się jeszcze na obozie harcerskim. Później raz dostałem łomot na koncercie. Padłem ofiarą wymuszenia ze strony dwóch braci, pierwszych punkowców na Żoliborzu. Straciłem wtedy piękną skórzaną lotniczą kurtkę, którą załatwiłem sobie za butelkę wódki w jednostce Ludowego Wojska Polskiego na Bemowie. Była jak ramoneska, cudowna. Zamiast się lać, lepiej jest rozmawiać. W ogóle rozmowa to skuteczne lekarstwo na każdą życiową przypadłość. Żyjemy w takich czasach, że ludzie, jak im się coś zepsuje, to się tego pozbywają. Dawniej zepsute rzeczy się naprawiało: zaczynając od tostera, a kończąc na małżeństwie.

Słowem, ma pan podejście, jak przystało na lidera reggae’owego zespołu Pan Pozytyw. Muzyka jest dziś dla pana odskocznią od aktorstwa?

Nie łączę jej w żaden sposób z – bardzo nie lubię tego wyrażenia – „karierą zawodową”. Ksywka, która przylgnęła do mnie w czasach nastoletnich, stała się nazwą grupy muzycznej, pseudonimem jej wokalisty i gitarzysty. Występuję jako Pan Pozytyw, żeby nikt nie mówił, że to zespół tego aktora. To jest nasz wspólny zespół: Honoraty Kożuchowskiej, Jacka Alki i mój. Traktujemy go jak coś w rodzaju wentyla. Ktoś może pić wódkę, cudzołożyć albo brać narkotyki. Jest cała masa rzeczy, którymi da się jednocześnie relaksować i bombardować. My muzykujemy.

Grzegorz DamięckiGrzegorz Damięcki Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

W jednym z wywiadów pana kolega po fachu Jacek Poniedziałek powiedział kiedyś, że „każdy aktor jest snobem, histerykiem, hipochondrykiem i babą”. Zgadza się pan z tą surową opinią?

Różnie z tym jest, ale w zasadzie się zgadzam. Chociaż to też kwestia konkretnej osoby. Przedostałem się do tego zawodu, żeby pokonać swój wstyd wobec świata, ludzi. To jeszcze nie żadna choroba, ale gdyby go w sobie rozwijać, to można wpaść w głęboką depresję. Nadmierna otwartość grozi z kolei megalomanią, egocentryzmem, narcyzmem, toksycznymi relacjami oraz pociągiem do łatwych pieniędzy i używek. Wszyscy artyści są tym zagrożeni. Właśnie dlatego należy cenić sobie nisze, w które można wskoczyć. Jak zając ucieka przed myśliwym przez las, to ma całą siatkę kryjówek mogących uratować mu życie. Będąc aktorem, czuję się czasem jak taki zając. I dlatego uważam, że nie wolno światu opowiadać o tych kryjówkach.

Kumpluje się pan z innymi aktorami?

Nie za bardzo. Po prostu szukam znajomości wśród ludzi, którzy robią coś kompletnie innego. W ich towarzystwie odpoczywam.

Zarabiał pan kiedyś na życie w sposób nieartystyczny?

Rysowałem za pieniądze, próbowałem robić meble. Zbijałem też obudowy do basenów pod Nowym Jorkiem, pracując w ekipie budowlanej. Bardzo miło wspominam tamtą pracę. Nieraz już to mówiłem: nie jestem przyspawany do aktorstwa na amen. Drażnię tym ojca. Dla niego aktor, który nie przychodzi do teatru na przedstawienie, najprawdopodobniej umarł. Tata ma niezwykle święty stosunek do zawodu. Jest człowiekiem zanurzonym w XIX-wiecznym pojmowaniu aktorstwa. Ja również uważam, że ta praca może nieść w sobie posłannictwo. Od czasu do czasu mówi się ze sceny albo ekranu ważne rzeczy. Gdybym jednak stracił serce do tego zawodu albo on straciłby serce do mnie, po prostu zacząłbym inaczej żyć.

Ma pan plan awaryjny na wszelki wypadek?

Może antykwariat płytowy? W tej chwili to tylko pasja. A może stolarnia? Praca w drewnie przy drobnych projektach działa niezwykle uspokajająco. Odtruwa. Jest azylem.

Zobacz także
  • Cupra Formentor Cupra Formentor to prawdziwy, hiszpański "toro bravo"
  • Laptop Lenovo ze składanym wyświetlaczem Oto pierwszy laptop ze składanym ekranem
  • Porsche Type 64 To może być najdroższe Porsche w historii

Polecamy