WYWIAD. Jacek Braciak: To nieprawda, że wszystko można zagrać

Jacek Braciak opowiada nam nie tylko o filmach, ale też o tym, czemu nie został piłkarzem, mechanikiem ani Michałem Bajorem. My po tej rozmowie przekonaliśmy się, że choć został gwiazdą, to wcale nie gwiazdorzy. Zresztą poznajcie go sami.

Braciak to nazwisko znaczące…

Jak przyjechałem na studia do Warszawy, to usłyszałem, jak ktoś mówi „mój braciak”. Dopiero tu się dowiedziałem, że braciak to brat. Tam u mnie, w Wielkopolsce, na Ziemiach Odzyskanych to…

Pewnie bruder [śmiech]. Czy była sytuacja, kiedy ktoś mówił, że przyjdzie z Braciakiem, i wszyscy spodziewali się go z bratem, a zjawiał się z panem?

Tak. Nawet w jakimś filmie był taki żart, że mówiłem „Mój braciak…”. 

Od tego czasu sporo się zmieniło. Jeśli dziś ludzie zaczepiają pana na ulicy, to którą rolę przywołują? Księdza z „Kleru”, Pshemko z „BrzydUli”, a może gliniarza z „Drogówki” albo Napoleona z reklamy?

Jeśli mnie zaczepiają, to krzyczą: „O, panie Marku!”, a więc chodzi o postać z „Rodzinki.pl”… Pamięć widzów jest krótkotrwała i związana z tym, co akurat jest emitowane, a ponieważ ta „Rodzinka” jest stale w telewizji – tak samo powtórki „BrzydUli” – więc krzyczą „Pshemko” lub „Marek”. Ale dzięki temu, że „Kler” obejrzało już chyba ponad 4 mln osób, to ludzie podchodzą i dzielą się też spostrzeżeniami na temat tego filmu. Zwykle to sympatyczne reakcje, ale pewnie też dlatego, że widzowie krytycznie nastawieni nie mają odwagi, żeby to powiedzieć wprost. Nie sądzę, żeby się wszystkim podobało, lecz trzeba mieć odwagę, żeby podejść i powiedzieć „Sprawił mi pan zawód”.

Chyba wielu takich nie ma, bo gdy sprawdzałem na Filmwebie, internauci bardzo wysoko oceniają pana role. I komentarze też są głównie pozytywne, więc jest pan raczej dobrze odbierany.

Ja też mam wrażenie, że raczej jestem lubiany. Nie spotykają mnie oznaki niechęci. 

Jak więc w rodzinnym Rzekcinie zareagowano na pańską rolę w „Klerze”? To mała miejscowość…

Nie byłem od tamtego czasu u mamy i siostry, więc nie wiem, jaki był odbiór. Ale ja tam u siebie jestem postrzegany jako ten Jacuś, co tam latał od małego…

Jako Jacek od Braciaków?

Tak, Jacek od Braciaków. Gdy ostatnio byłem u Kępińskich, sąsiadów, tośmy se siedli na ławce i pogadali. Oni na mnie nie patrzą jak na pana z telewizji. Padają pytania: „Co tam w wielkim świecie?”, ale jak się okazuje, że niewiele mam do powiedzenia na temat wielkiego świata, bo w nim nie uczestniczę, to rozmawiamy: a o dzieciach, a o samochodach, a o życiu, a o rozwodach – jak to ze znajomymi. 

Będą nowe tematy, bo do kin trafiła „Córka trenera”. Czy pan traktuje ten film jako swoją pierwszą główną rolę?

Tak, bo tak jest w istocie. 

I od razu to rola tytułowa.

[Śmiech] Ma pan na myśli córkę? 

Mówiąc serio, zastanawiam się, jak to jest, bo wcześniej za „Kler” dostał pan nominację do Orłów…

…za główną rolę. Też jestem zdziwiony [śmiech]. Ale „Córka trenera” była pierwsza, tzn. zdjęcia zaczęliśmy wcześniej.

Widziałem, że pan jest koproducentem tego filmu.

Zostałem zupełnie przypadkiem. Okazało się, że nasz budżet jest ograniczony, więc przeznaczyłem swoją aktorską gażę na to, żeby ten film wyprodukować. Broń Boże, nie chciałem mieć wpływu na pracę jako producent. Raczej jako aktor czy partner w rozmowach z reżyserem i scenarzystą.

Krótko mówiąc, pan zagrał za darmo, ale jeśli film odniesie sukces, to będzie pan partycypował w zyskach.

Tak, ale jakoś o tym nie myślę. Najważniejsze było, że ta historia bardzo mnie zainteresowała i pomyślałem, że za wszelką cenę należy doprowadzić do tego, żeby film powstał. 

„Córka trenera” to opowieść o nastoletniej tenisistce i jej ojcu trenerze, o relacjach trener – zawodniczka, a jednocześnie ojciec – córka. Czy w tytułowej bohaterce odnajdował pan swoje córki?

Oczywiście. Brzydko mówiąc, to taki zlepek tych moich trzech córek. Dzięki temu łatwiej było mi odnieść się do tych relacji. Dlatego też nie skorzystałem z propozycji Łukasza [Łukasz Grzegorzek jest reżyserem filmu – przyp. red.], żeby nawiązać ściślejszą relację z Karoliną [Bruchnicką] poza planem. Mnie to nie było potrzebne, bo mam doświadczenie z córkami z życia. Może zachowałem się egoistycznie, może ona tego potrzebowała, ale przecież ma ojca, wie, jak to jest.

Reżyser Łukasz Grzegorzek jest pana przyjacielem. Jest też byłym tenisistą. Gracie razem?

Ja nie gram. Przygotowując się do filmu, poznałem podstawy tenisa i trochę graliśmy. W dzieciństwie waliłem jakąś dechą w palantówkę na polnej drodze ponad sznurkiem, ale to wszystko. 

Tu natomiast pana bohater trenuje swoją 17-letnią córkę. Udziela też lekcji tenisa innym. Zastanawiam się, czy podryw „na trenera tenisa” jest skuteczny.

Nie mam zielonego pojęcia. Jak byłem na studiach, mówiło się, że dobry jest podryw „na legitymację szkoły teatralnej”. 

I podryw na legitymację działał?

Chyba działał, ale ja tego nie stosowałem. 

W filmie jest pan w bardzo dobrej formie fizycznej. To normalny stan czy trenował pan specjalnie do roli?

Staram się dbać o siebie, choć różnie z tym bywa. Teraz to głównie fajki i kawa, ale wówczas przygotowywaliśmy się przez pięć miesięcy. To były nie tylko zajęcia z tenisa, ale też salka do ćwiczeń dwa razy w tygodniu. Jakiś rodzaj diety… Tak, żeby to wszystko było wiarygodne. Poza tym uważam, że ciało jest jednym z instrumentów, które są potrzebne do uprawiania zawodu aktora i nie chcę, żeby było tak, jak powiedział świętej pamięci Zdzisław Pietrasik, „że aktorzy w Ameryce chudną i tyją do roli, a w Polsce tylko tyją. I to niekoniecznie do roli”.

Chwytliwe. Pan przyznał kiedyś: „Moje role to zlepek moich cech prywatnych i tego, co wynika ze scenariusza”.

Ja w to wierzę i jakoś mi to się sprawdza. To ciągle jestem ja, tylko w innym kostiumie, mówiący czyjś tekst i w innych okolicznościach w życiu. I to wystarczy. Dolepianie sobie nosa czy traktowanie formalne roli jest w kinie niebezpieczne i łatwo przekroczyć granicę, chyba że jest się Robertem De Niro czy Danielem Day-Lewisem.

To ciekawe, bo pan przyznaje, że zawsze do pewnego stopnia pozostaje pan sobą, a jednak nie da się pana zaszufladkować.

Był taki okres, kiedy miałem dość dużo ról ludzi z kłopotem alkoholowym. Jak zauważyłem, że to się układa w taki – nomen omen – ciąg, to powiedziałem: „Stop”, żeby się nie włożyć w szufladę specjalisty od grania pijaków. Jeśli ta różnorodność rzeczywiście teraz się pojawiła, to jestem bardzo z tego zadowolony. To kwestia… szczęścia? Ze znakiem zapytania. Ale też pewnych wyborów, bo łatka „ten mały śmieszny” mogła do mnie przylgnąć na całe życie.

Jacek Braciak.Jacek Braciak. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Wróćmy do relacji rodzic – dziecko i trener – zawodnik. Jakie są pana wspomnienia z ojcem z czasów, kiedy on był piłkarzem, a pan zaczynał grać? Pchał pana do sportu?

Trudno powiedzieć, żeby pchał, ale zachęcał. Poza tym piłka była ciągle obecna w domu z racji tego, że ojciec oglądał mecze i bardzo się emocjonował. Jak sięgam pamięcią, zawsze grał – w Stomilu Gorzów, w Łuczniku Strzelce Krajeńskie, pod koniec kariery w A klasie, B klasie. Pamiętam, jak byłem dzieckiem i staliśmy pod kasztanem. Ćwiczył ze mną: „Przyjął, podał, przyjął, podał, przyjął, podał…”.

Podobnie jak pierwsza scena „Córki trenera”, gdy ćwiczą z oponą.

Tak, rzeczywiście. Finałem mojej piłkarskiej przygody było to, gdy już będąc na studiach, przyjechałem do domu, wpisali mnie na listę zawodników i graliśmy mecz – w jakiejś A klasie czy B klasie – z ojcem w jednej drużynie! Strzeliłem nawet gola.

No to najważniejsze pytanie: dlaczego nie został pan piłkarzem?

Bo jestem leniwy. Okazało się, że tę piłkę trzeba trenować i trenować, i trenować, a z tymi efektami to nie wiadomo jak  będzie. Trochę mnie zniechęciły za małe korki. Nie wiem, dlaczego mówiło się na nie „tepy”. Miałem więc te tepy za małe i zdarzało się, że stopy były pokrwawione. Poza tym grałem na pozycji, która mi nie odpowiadała – na prawej obronie – i jak się zapędzałem do przodu, to trener mnie ganił. 

Każdy chce być napastnikiem.

No właśnie. A wtedy nie było jeszcze tych wahadłowych obrońców, którzy biegają od pola karnego do pola karnego.

Został pan aktorem, ale oglądał pan w telewizji wszystkie mecze.

To się zmieniło. Wczoraj oglądałem Borussię z Tottenhamem, ale bez specjalnego zainteresowania. Nawet jak potem były skróty z Ligi Mis-trzów, to tylko rzuciłem okiem i przełączyłem.

Pan się zmienił czy piłka?

Piłka nadal jest piękna, ale chyba inne rzeczy stały się ważniejsze.

Drugą pana pasją była motoryzacja.

Też już „była”.

O, a mnie zafascynowało, gdy opowiadał pan, że jeździł po całej Polsce, kupował samochody, potem je remontował i sprzedawał.

Z tą „całą Polską” to przesada, ale rzeczywiście było sporo takich samochodów, że jeszcze zanim pojechałem je zobaczyć, to już kupowały je moje oczy. I moje „chciejstwo”. Trafiło się parę takich sztuk, które do niczego się nie nadawały, więc je remontowałem – a to blacharka, a to silnik. Właściwie wszystko. Pamiętam mercedesa, w którym całe wiązki elektryczne wymieniłem. Kupiłem go za 7 tys. zł, włożyłem osiem, a sprzedałem za siedem [śmiech].

I wszystko robił pan sam?

Nie, no nie. Nie mam takich możliwości, nie mam kanału, nie mam garażu. Dawałem samochód do mechanika.

Sądziłem, że pan to robił własnymi rękami, zwłaszcza że pan jest po technikum…

…mechanizacji rolnictwa. Z tego technikum wyniosłem umiejętność… diagnozy. To znaczy jadę i słyszę lub czuję, co jest nie tak. I zwykle trafiam. 

A jak wyglądała potem sprzedaż tych aut? Przyjeżdżał kupiec, widział Jacka Braciaka i pytał, gdzie jest ukryta kamera?

Nie. Zwykle rozchodziły się wśród znajomych. Tak dbam o te samochody, że gdy mam coś do sprzedania, to od razu jest kolejka. Radzono mi: „Co tam będziesz się przejmował, daj ogłoszenie »Sprzedam samochód Jacka Braciaka«, zobaczysz, ilu będziesz miał chętnych”. 

I cena by poszła w górę.

Ale mnie nie o to chodzi. Są czasem nawet minilisty chętnych na moje auta: „Jak będziesz sprzedawał, to daj znać”. Tyle że teraz nie zmieniam samochodów tak często. Cieszę się tym, co mam. Auta są dla mnie ważne nie dlatego, żeby się pokazać. Liczą się komfort podróży, wykończenie wnętrza itd. Dla mnie jazda ma też funkcję terapeutyczną. Najbardziej lubię jeździć sam albo z kimś bliskim. 

W aucie słucha pan muzyki czy audiobooków?

Muzyki. Nie znoszę audiobooków, bo zwykle są tak interpretowane, że przesłania mi to treść, nie mogę się skupić. Słucham muzyki. A jeżeli radia, to bez wiadomości.

Pan był kiedyś znany z tego, że jeździł tylko używanymi autami.

Do dziś tak jest. Mam teraz trzy samochody: jednego mercedesa z 1991 r., drugiego z 1998 r. i siedmioletniego land rovera. Te resztki mojego chłopskiego zdrowego rozsądku mówią: „Gdzież wydawać tyle pieniędzy na nowy samochód? Po co?”.

Jak można mieć 3-4-letni za pół ceny…

Można mieć pięcioletni, który jest równie dobry, jeśli był zadbany. Stać mnie na nowe auto, ale nie. To jakaś aberracja. To byłoby nierozsądne.

A w czymkolwiek innym podejmuje pan nierozsądne lub irracjonalne decyzje?

Już nie. Teraz daję sobie co najmniej godzinę przed każdą decyzją: przed wysłaniem SMS-a, przed telefonem, przed udzieleniem odpowiedzi, jeśli nie muszę tego robić natychmiast. Daję sobie czas na to, żeby mój zdrowy rozsądek zadziałał. 

A co na szybko powiedziałby pan o programie „Wheeler’s Dealers”, po polsku „Fani czterech kółek”, gdzie prowadzący kupują zapuszczone auta, remontują i sprzedają, czyli robią dokładnie to, co pan robił? Pan nie byłby idealnym prowadzącym takiego programu?

Nie mnie to oceniać. Zresztą myślę, że jestem w jakimś odwrocie zawodowym. Z własnego wyboru. Nawet mnie to trochę… nie powiem, że przeraża, ale napawa jakąś obawą czy lękiem, bo ostatni raz… [dłuższa pauza]. Kiedy to było? W listopadzie 2017 r.? W pracy na planie filmu byłem ostatnio półtora roku temu. A tak to ledwie parę dni w „Rodzince” i jakoś coraz dalej się od tego odsuwam. Jak bywam w pracy, to przyznam, nie za bardzo wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Mówię o tych „poboczach sportu”, o tej całej atmosferze. Hm. Trzeba będzie jakoś wrócić, ale trochę się tego obawiam.

Mówił pan kiedyś, że po ważnym filmie potrzebuje czasu na „wychodzenie z roli”. Może to właśnie to?

To wychodzenie jest zbyt mitologiczne. Po prostu muszę odpocząć, również psychicznie odsapnąć. Ale zwykle to trwało miesiąc, dwa i już tęskniłem za pracą. A teraz to trwa i trwa, i trwa… I ja nie mam takiej tęsknoty. Będzie, co będzie.

Jako widz powiem: „Proszę natychmiast wrócić do pracy”. 

[Śmiech] Są jakieś plany i pewnie tak będzie, bo nie mam zamiaru wieszać butów na kołku, jakkolwiek nie do końca ode mnie to zależy. Ale w tej chwili? Ani mi spieszno, ani mi się pali.

Czy w takim razie nie ma pan za dużo wolnego czasu?

Nie. Ja się nie nudzę. Robię różne rzeczy, począwszy od magla, zakupów i tego, co robimy wszyscy, skończywszy na czytaniu, oglądaniu filmów czy podróżach.  

Kiedyś pan wspomniał, że chciałby stanąć po drugiej stronie kamery, zostać reżyserem. Może to ten moment?

Nie wiem, czy jestem gotowy do takiej odpowiedzialności, do takiego napięcia. Spełnieniem tych pragnień jest współpraca z człowiekiem, który jest reżyserem, ale też moim partnerem, jak w „Córce trenera”. Mój wpływ na film jest ograniczony, ale zgodny z wymiarem, któremu dziś mógłbym podołać. 

A śpiewanie? Czytałem, że w młodości był pan zafascynowany Michałem Bajorem.

Ha, ha, ha. Tak. Jestem z natury melancholijny i on wtedy trafił gdzieś w te moje gusta. To były utwory o miłości… takie rozpaczliwe… Naśladowałem więc jego słynny tembr głosu. Ale ogólnie mam kłopot ze śpiewaniem i pewnie dlatego podjąłem się teraz udziału w koncercie galowym Wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Tak strasznie się tego boję, więc pomyślałem, że zrobię coś, by się przełamać.  

A co to będzie za utwór?

Johnny’ego Casha „God’s Gonna Cut You Down”. Po polsku to: „Biegnij, aż padniesz, Bóg i tak dopadnie cię”. To taki standard, autor jest anonimowy, śpiewał to też Elvis.

Nie widziałem pana śpiewającego. Ciekawe, jak to wyjdzie.

Ja też się zastanawiam [śmiech]. Już parę osób powiedziało mi, że nie mogą się doczekać. 

Pewnie będzie dobrze. W końcu to Jacek Braciak, który przez rok zrobił dwie klasy.

To było w podstawówce. No, ale to taka wiejska szkółka, gdzie pierwsza i druga klasa były w jednym pomieszczeniu. Pani Zabłocka prowadziła zajęcia dla tych i dla tych. 

Czyli przeszedł pan z ławki po lewej do ławki po prawej?

Tak. Wymagania nie były wielkie, a ja dzięki dziadkowi umiałem już czytać i pisać.

Potem było technikum. Jak zareagowali rodzice, gdy dowiedzieli się, że pan, zamiast zostać mechanikiem, chce być kuglarzem?

Oniemieli. Kompletnie oniemieli. Nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić. A ja ich postawiłem przed faktem dokonanym. Zawsze tak było: jak chodziłem na konkursy recytatorskie czy szedłem po nocy 10 km do Domu Kultury w Strzelcach, czy wracałem z prób lub biesiad artystycznych… Jestem wdzięczny rodzicom, że nie protestowali, że nie namawiali mnie na nic innego. Pozwolili mi żyć swoim życiem.

Teraz sam mógłby pan szkolić przyszłych aktorów. Ma pan zacięcie dydaktyczne?

Zacięcie to ja mogę mieć, tylko czy ja się do tego nadaję? Zdarzało się kilkakrotnie, że ktoś mówił: „Powinieneś uczyć”, ale wie pan, ja się boję młodych studentek.

[Wybuch śmiechu]

To by mogło przesłonić cały nurt nauczania.

Jacek Braciak.Jacek Braciak. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Poszedł pan na aktorstwo, żeby „być popularnym, bogatym i otoczonym przez piękne kobiety”.

I to się sprawdziło.

Czy któryś z tych elementów przestał być ważny?

[Chwila milczenia] Chyba wszystkie.

Więc je zostawmy i zmieńmy temat. Co to jest mizofonia?

To nadwrażliwość na dźwięki. Ale taka chorobliwa, która powoduje np. agresję, duszność albo atak paniki. Krótko mówiąc, to, co dla innych jest głośne, dla mnie jest nie do zniesienia. A szczególnie wieczorem. 

To nie musi byś jeżdżenie styropianem po szybie?

Nie. Istotna jest głośność dźwięku i jego wysokość.

Czyli wrzeszcząca sąsiadka.

W ogóle jak ktoś mówi podniesionym głosem, nachodzi mnie fala duszności. Ale mam na to sposoby: unikam ludzi agresywnych i hałaśliwych, gdyż tacy są udręką dla ducha. A poza tym są stopery do uszu. 

Czasami jednak warto posłuchać, jak ktoś mówi z sensem, np.: „Braciak to zdolna bestia. Ten sam typ prawdziwka. Bardzo się lubimy. Zresztą wczoraj zrobił mi numer i znienacka pocałował w rękę”. Kto to powiedział?

Zachodzę w głowę… Żak? Linda? Dorociński?

Czy to lista wszystkich aktorów, których całował pan po rękach?

Właśnie nie pamiętam.

To powiedział Marian Opania.

Marian! Tak! Obejrzałem wtedy jego monodram i byłem pod ogromnym wrażeniem. Bardzo mnie poruszyło, że dojrzały aktor nie wstydzi się swoich emocji. Bo to nieprawda, że wszystko można zagrać. Otóż nie. Pewne rzeczy trzeba przeżyć i byłem świadkiem czegoś tak wstrząsającego jak łzy Mariana na scenie. Prawdziwe. 

Rozumiem, że to całowanie w rękę to był wyraz uznania, a chciałbym zapytać o dowcipy. Czy pan jest takim żartownisiem?

Bardzo. Teraz już się nie silę na dowcipy, ale jak byłem w Teatrze Powszechnym przez wiele lat, rzeczywiście to robiłem. Ale zwykle ja byłem pierwszym, który się dusił ze śmiechu. Na przykład zamalowałem sobie ząb na czarno, że jestem szczerbaty. Koleżanka w ogóle tego nie dostrzegła, a ja się zgotowałem, zacząłem piszczeć i uciekłem ze sceny. I tak było niejednokrotnie. Jestem potworny „czajnik”, w sensie, że się gotuję, śmieję w nieoczekiwanych momentach. Podczas kręcenia „Wołynia” mieliśmy długi dzień zdjęciowy, a mnie ogarnęła głupawka i w scenie zbiorowej w kościele po prostu dusiłem się ze śmiechu. Byłem nie do opanowania i w końcu relegowano mnie z planu. 

A robi pan dowcipy na prima aprilis?

Nie. Ja mam kłopot z tym, że coś trzeba. Że walentynki, że pierwszy kwietnia, to trzeba zrobić dowcip. Nie. Nie trzeba. 

To jeszcze niech mi pan powie, że w sylwestra się pan nie bawi.

Nie bawię się. Nigdy. I to nie jest mój protest. Tak się układa. Nie mam takiej potrzeby. Zwykle siedzę sobie w domu i ogromną satysfakcję mi sprawia, że w Nowy Rok wychodzę, są puste ulice lub mija mnie jakiś nieszczęśnik zgięty wpół, a ja sobie idę na kawkę i spacerek.

Czyli mamy pełny obraz antysystemowca. Wróćmy do żartów. Podobno świetnie naśladuje pan Roberta Więckiewicza.

Tak? Aaa, „stary brachu”. Rzeczywiście.

To pana sąsiad z Saskiej Kępy. Ma pan jeszcze kogoś na celowniku? To znaczy, czy jeszcze kogoś lubi pan przedrzeźniać?

Hm. Bardzo lubię Bogusława Lindę i jeśli się z nim spotykam, to „drę z niego łacha”. On to bardzo lubi, bo ma dystans do swego wizerunku macho. To wspaniałe, że na to pozwala i że ma takie poczucie humoru. O, przypomniał mi pan. Stęskniłem się za nim. Będę musiał się do niego odezwać. 

To przypomnę też pana słowa: „Mam plan, żeby za 10 lat kupić szopę w Portugalii i tam się przenieść”. Pamięta pan, kiedy padły?

10 lat temu [śmiech]. Do zrealizowania tego planu zostało mi jeszcze kilka lat, bo moja najmłodsza córka dobiega szesnastki, więc na wyjazd będzie czas, kiedy się usamodzielni. Póki co mogę być jej pomocny. 

Czemu akurat Portugalia, a nie, dajmy na to, Hiszpania?

Klimat jest sprzyjający, ale chyba głównie ze względu na Portugalczyków. Po kilku pobytach wydaje mi się, że ludzie są tam podobni do nas i życzliwi. Dobrze się wśród nich czułem… I tanio jest. Taniej niż w Hiszpanii. 

Czyli jednak cały czas ten pragmatyzm. W ubiegłym roku skończył pan 50 lat. Czy ta pięćdziesiątka była istotną liczbą? Czy  teraz, jak śpiewają „Sto lat”, myśli pan, że już połowa minęła?

Nie śpiewają, bo nigdy hucznie urodzin nie obchodzę. Pięćdziesiątka nic nie znaczy. Nie robię żadnych podsumowań, nie napawa mnie to lękiem, nie powoduje poczucia straty, nie boję się mijającego czasu.

Kiedyś uważano, że kryzys wieku średniego dopada mężczyzn po czterdziestce. Teraz podobno to się przesunęło i kryzys pojawia się po pięćdziesiątce. Odczuwa pan jakieś symptomy?

Nie. To nie kryzys, raczej zwykłe przemyślenia czy konieczność zmiany pewnych rzeczy. Wie pan, w pewnym momencie moje życie stało się nieznośne dla mnie samego. Podjąłem decyzję o zmianach, które następują powoli, ale następują. Przynoszą ulgę. To nie jest związane z metryką, tylko z konkretną sytuacją.

Ale te zmiany następują teraz, więc może coś w tym jest, że pięćdziesiątka to czas zmian… A co by pan – z dzisiejszej perspektywy – powiedział sobie, gdy miał pan 15 albo 25 lat?

Powiedziałbym: „Żyj swoim życiem i nie krzywdź innych”.

„Żyj swoim życiem” to prawie jak motto filmu „Córka trenera”, które brzmi: „Nie ma lepszej drogi niż twoja własna”.

O! Tylko z tym dodatkiem: „Nie krzywdź innych”. 

Więcej o: