Sztuka doświadczania - wywiad z Piotrem Roguckim

O dorosłości, dojrzałości, doświadczaniu i perfekcjonizmie rozmawiamy z Piotrem Roguckim, liderem zespołu Coma.

Czym zaskoczyła cię dorosłość?

Tym, że zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem wyjątkowym człowiekiem. Uświadomiłem sobie, że moje talenty posiada też bardzo wiele innych osób. Przestałem buntować się przeciwko rzeczywistości, udowadniając swoją wyjątkowość, co było moim przekleństwem przez jakiś czas.

Czego nauczyłeś się na studiach?

Nauczyłem się, że studia są tak samo ważne jak to, co robisz poza nimi. Dostawałem nawet sugestie od profesorów, żeby je przerwać i zająć się teatrem albo muzyką na pełen etat. Po pierwszym roku trafiłem na awangardową ścieżkę Teatru Rozmaitości. Zaangażowałem się w projekt „Teren Warszawa”, który miał pokazać młodym, że można robić teatr w każdej przestrzeni w mieście. Dodatkowo dostaliśmy z zespołem możliwość koncertowania po Polsce, więc studia zeszły na boczny tor.

Chciałeś być aktorem, zostałeś piosenkarzem. I aktorem też. Jesteś zadowolony?

Jestem zadowolony ogólnie ze swojego życia, choć miałem taki okres, w którym cały czas próbowałem czegoś więcej. Nadal mam takie momenty niezaspokojenia i zrywów, ale dzięki dojrzałości spowodowanej moim ojcostwem łatwiej zaakceptować mi wszystko, co się wokół mnie dzieje. Czasami świadomość, że możesz odpuścić, bardziej sprzyja rozwojowi niż ciśnięcie wszystkiego do końca.

To chyba jak ze smakiem toniku – do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć.

Uwielbiam jego smak, więc cieszę się, że zostałem zaproszony do kampanii Kinley „Sztuka doświadczania”. Dla mnie tonik to rodzaj bardzo nietypowego połączenia smaków – takiej przykrości i przyjemności, dobrego i złego w jednej butelce. Dorosłem też np. do gorzkiej czekolady. Nie byłem w stanie zaakceptować jej smaku, dopóki ktoś nie pokazał mi, że można próbować jej zupełnie jak wina, celebrując momenty otwierania tabliczki, oglądania jej, wąchania i kruszenia, a wreszcie doszukiwania się najróżniejszych smaków. To naprawdę uzależniające.

 

Wychodząc już poza smaki, do czego ty dorosłeś?

Chyba do dorosłości po prostu. Do akceptacji. Do tego, że ludzie mają prawo mieć różne zdania, a mimo to ja mogę czuć się dobrze w towarzystwie kogoś, kto ma zupełnie odmienne poglądy ode mnie.

Ostatni krążek Comy to „Sen o siedmiu szklankach”. Dlaczego covery?

To trochę zrządził przypadek albo raczej była to konsekwencja pracy, którą wykonaliśmy dwa lata temu do Męskiego Grania. Stworzyliśmy koncert oparty na piosenkach filmowych. Najbardziej stymulujące okazały się piosenki dla dzieci, które dają szansę odkrycia czegoś nowego, choć z pozoru wydają się…

Infantylne?

Właśnie tak. A tak naprawdę dają bardzo szerokie pole do interpretacji i stworzenia nowej aranżacji muzycznej. Publiczność bardzo dobrze odbiera je na koncertach, więc na plenerach gramy tylko te kawałki. Przyjęcie przez starszych jest ekstra, ale jeszcze lepsze jest to, że przyprowadzają dzieciaki, które świetnie się bawią. To taki most międzygeneracyjny.

To co będzie dalej?

Na razie to nam wystarczy. Wydaliśmy trzy płyty rok po roku i teraz chcemy odpocząć.

Te trzy płyty to wasze wyjście z dołka?

Nie z dołka. Mieliśmy zwyczajną przerwę.

W wywiadach mówiłeś co innego. Nie wszyscy fani poszli z duchem ewolucji Comy.

Podobny był tytuł głośnego artykułu i ludzie zaczęli nas postrzegać przez jego pryzmat. Fani pojawiają się i znikają. Jedni są zadowoleni, drudzy nie, ale ich gusta i poglądy nigdy nie były elementem wpływającym na charakter naszego grania, nieskromnie mówiąc.

To nie fair zmuszać artystę do stania w miejscu. Każdy przecież chce się rozwijać.

Chyba nie każdy [śmiech], ale czy wtedy można mówić o artyzmie? Są zespoły, które przez całe życie grają to samo i jest im z tym dobrze. Nie wiem, czy współczesne utwory AC/DC różnią się jakkolwiek od tych, które wydawali 30 lat temu. Chłopaki uparcie trzymają się schematu i za to ludzie ich szanują. Są różne drogi, ale to wymaga dojrzałości, by zdać sobie z tego sprawę.

Czego nauczyłeś się w gorszym czasie?

Okres, w którym nie jesteś na topie i nie zbierasz samych pochwał, przybliża cię do życia. Zaczyna ci wówczas smakować nie tylko sukces, ale też zwykły dzień. Oczywiście trzeba pracować cały czas i nie porzucać swoich postanowień, ale wyzbywając się oczekiwań wobec rzeczywistości, wychodzisz z pułapki, w którą wpadają wszyscy ambitni i narcystyczni ludzie. Zyskujesz wolność.

Do krytyki trzeba po prostu dojrzeć.

Krytykę trzeba umieć odróżnić od krytykanctwa albo od hejtu, bo to, co się pojawia w internecie, to nie jest krytyka, ale zwykłe odreagowywanie i emocjonalność ludzi. Mogę zgodzić się z krytyką uznanego, obiektywnego dziennikarza muzycznego, ale nigdy nie sugerowałbym się tym, co ludzie wypisują na swoich profilach.

Jak rozwijać się pomimo hejtu?

Nie ma na to uniwersalnej rady, ale dobrze jest korzystać ze wsparcia znajomych i wytrwale dążyć do celu niezależnie od opinii innych. Jeśli praca nad albumem, książką czy filmem pochłania cię bez reszty, to nawet się nie zastanawiasz, co o tym pomyślą inni. Proces twórczy jest zajebisty, bo zamykasz się w swojej wyobraźni, swoim warsztacie i robisz rzeczy, na które jeszcze nikt nie ma wpływu, bo nikt poza tobą nie ma do nich dostępu.

Jesteś uważany za perfekcjonistę. Jak sobie z tym radzisz?

Już nim nie jestem, ale miałem z tym problem. To była blokada, która nie pozwalała mi uzyskać lekkości przez to, że za bardzo kombinowałem. Nic, co zrobiłem, nie wydawało mi się wystarczająco dobre. Zmieniłem sposób tworzenia w zespole – kiedyś najpierw była muzyka, teraz zaczynamy od tekstu. Nauczyłem się też, że warto dopuszczać do swojego dzieła innych ludzi, którzy są świetni. Nigdy nie będę tak dobrym producentem jak Paweł Cieślak, który jest twórcą dwóch ostatnich krążków Comy.

Inspirujesz się innymi artystami?

Całe życie się uczę, patrząc na to, co robią inni. Współpracowałem z muzykami z zespołu Republika nad projektem „Nowe sytuacje”. Graliśmy koncerty z piosenkami z ich pierwszej płyty. Samo obcowanie z tą materią było megadoświadczeniem, ale wiele dały mi rozmowy z nimi w trasie. Ostatnio częściej znajduję inspiracje wśród młodych niż u dziadków. Może dlatego, że mam już 41 lat.

Polska scena muzyczna zmieniła się nie do poznania przez ostatnie lata.

Nie tylko polska, ale także światowa. Styl życia przepuszczony przez internet, media społecznościowe i smartfony kompletnie się zmienił. Tak samo jak możliwość tworzenia muzyki. Każdy, kto ma wyobraźnię, może ją robić za darmo w domu, bez konieczności wynajmowania studia i sprzętu za grube pieniądze. Spektrum dostępnych dla każdego instrumentów jest niesamowite – nie tylko wirtualnych, ale też „hardware’owych”.

Często korzystasz z tych wirtualnych?

Nie da się z nich nie korzystać. Zresztą wraz z rozwojem technologii te nowe instrumenty pochłaniają mnie coraz bardziej. Sama gitara akustyczna już nie wystarczy, bo to jest archaizm. Ja już się z niej „nakorzystałem”, jeżdżąc po przeróżnych festiwalach.

Jak oceniasz się dziś w porównaniu z tamtym chłopakiem festiwalowym?

Wtedy mnóstwo rzeczy mnie przerażało. Może zabijał mnie ten perfekcjonizm, ale i brak doświadczenia. Nie potrafiłem nawet dobrze ustawić sobie odsłuchów na scenie. Patrzyłem, jak to robią inni, ale nie wiedziałem, dlaczego proszą o więcej niskich lub wysokich tonów. Teraz wiem, że trzeba narażać się na strach i podejmować ryzyko, ryzykując porażkę. Jeśli się tego boisz, utkniesz we własnej wyobraźni.

Czyli artysta dojrzały to artysta podejmujący ryzyko?

Jak najbardziej! Nawet jeśli ktoś dokonał w życiu czegoś wielkiego, ważnego dla świata, ale na tym pozostał, to tak naprawdę odcina tylko kupony od swojej dawnej kariery i sławy.

Korzystasz na scenie muzycznej z doświadczenia teatralnego?

I odwrotnie. Dzięki muzyce i śpiewaniu nauczyłem się otwartości na scenie teatralnej. Etapem przezwyciężenia lęku przed publicznością było rozpoczęcie tańca na scenie. Dzięki niemu wyzbyłem się wszystkich kompleksów związanych z kontaktem z publicznością. To było dla mnie bardzo trudne – musiałem ćwiczyć aż dwa lata, przełamując swoje lęki przed ruchem. Teraz jestem w stanie dać z siebie to, co najlepsze, a nie przekazywać lęki.

Tylko raczej swoją energię!

Nooo! Swoją miłość, energię i swobodę.

A kiedyś gotowaliście na scenie rosół…

Podejmowaliśmy różne próby widowiskowe, ale festiwalowe technologie wizualizacji, świateł i efektów sprawiły, że te nasze próby przekraczania barier artystycznych odeszły do lamusa. Nie wiem, czym moglibyśmy to przebić. Może takim show, jakie stworzył David Byrne, wokalista Talking Heads, na Open’erze rok temu. Wszyscy muzycy tańczyli, bo mieli na sobie zawieszone instrumenty.

Jak traktujesz muzykę?

Dla mnie muzyka to medium służące do komunikacji z publicznością. Wspólnego rozwiązywania zagadek, odkrywania tajemnic, rozstrzygania trudnych tematów. Niektórzy muzykę traktują typowo rozrywkowo.

Tobie i Comie daleko do „techniawki” z klubów…

Bardzo żałuję! [śmiech] Każdy ma swój pomysł na to, co chce przekazać i jak się realizować. Aczkolwiek ta ostatnia płyta, czyli piosenki z „Kleksa”, ma szansę zdobyć sobie również publiczność muzyki techno.

Idziecie w ślady Nosowskiej i płyty „Basta”?

Wielu konserwatywnych fanów uważa, że skończyliśmy się na pierwszym albumie, bo dokonujemy ciągłej ewolucji sposobu grania. Dwa lata temu zaprosiliśmy do współpracy Pawła Cieślaka, specjalistę od syntezatorów analogowych, i on kompletnie zmienił nasze brzmienie. Jednym się to podoba, innym nie, ale ja myślę, że dzięki temu gramy.

A tobie się podoba nowe brzmienie?

No, ja je uwielbiam! Jestem swoim wielkim fanem. [śmiech] Myślę, że każdy muzyk powinien być fanem swojego zespołu, bo to bardzo stymuluje.

Jesteś typem rock’n’rollowca?

To już nie te czasy. Spójrz na Rolling Stonesów – nikt z nich już nie pije alkoholu. Taki styl życia nie ma aprobaty społecznej, a muzycy nie mają na niego czasu. Dowodem na tę przemianę są chociażby skrajnie różne reakcje na śmierć wielkich gwiazd. Kurt Cobain został ogłoszony półbogiem i wrzucono go na piedestały jako cierpiącą gwiazdę, ale już Amy Winehouse potępiono za to, w jaki sposób doprowadziła do swojego upadku.

Nie żałujesz czasami, że zostałeś artystą?

Bardzo żałowałem, kiedy nim nie byłem, bo to był dla mnie najnieszczęśliwszy okres w życiu. Nie dostałem się na studia teatralne, więc pracowałem jako ochroniarz. Czułem, że przechodzi mi koło nosa coś, co mnie głęboko wzywa. Teraz nie żałuję tego, co robię, bez względu na to, czy odnoszę sukces, czy nie.

Więcej o:
Komentarze (4)
Sztuka doświadczania - wywiad z Piotrem Roguckim
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: trek

    Oceniono 14 razy 4

    Z niektórych rzeczy trzeba też wyrosnąć. Np ze słuchania Comy.

  • Gość: Michał

    Oceniono 5 razy 1

    Dlaczego w tekście nie ma informacji, że materiał jest sponsorowany?

  • Gość: Michał

    Oceniono 2 razy 0

    Taa, z pewnością z perfekcjonizmu wyrósł... w momencie wyjścia naciukanym na scenę. Lublin pozdrawia

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX