"Mamy psychozę lajkingu" - rozmowa z Tomaszem Szlendakiem

Czy Facebook zniknie? Po co nam znajomi w sieci? Dlaczego nie odpoczywamy już bez telefonu? Zapytaliśmy o to prof. Tomasza Szlendaka, socjologa z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Dzisiaj nie mieć konta na Facebooku to trochę tak, jakby nie mieć telewizora w latach 90.

Za 5-10 lat Facebook będzie tak samo passé jak teraz telewizor. Powstaną nowe platformy, czyli kolejne klony albo jeszcze bardziej wyspecjalizowane narzędzia komunikacji. Nie potrafimy przewidzieć jakie, ale ludzie zawsze znajdą sobie bezproblemowy sposób komunikacji w sieci.

Internet to część naszego życia. Czego w nim szukamy?

Myślę, że przede wszystkim grupy, do której chcemy przynależeć. Socjologowie nazywają ją układem czy też systemem odniesienia. Jeśli jesteśmy domowymi piwowarami, poszukujemy subświata, który pomoże nam wytwarzać jeszcze lepsze piwo. Jeśli należymy do subświata elegancko ubranych mężczyzn w wieku 25 lat, to szukamy wsparcia na blogach i grupach lifestyle’owych na portalach społecznościowych. Poza rozrywką, co jest naturalne, szukamy też najzwyczajniej w świecie znajomych.

Czy potrafimy odpoczywać bez telefonu w ręku? Bez nieustannego scrollowania i przeglądania?

Zadał pan ciekawe pytanie, ale niezrozumiałe dla dzisiejszych ludzi, bo nie ma kategorii odpoczywania bez telefonu. To tak jakby powiedzieć, że można odpocząć bez rozmowy z innym człowiekiem albo bez myślenia. Nie da się po prostu. Wychowujemy się w środowisku bezustannych „przeszkadzaczy”, dlatego ustawiczne rozpraszanie się jest dziś czymś naturalnym. Dwudziestolatkowie przyzwyczaili się, że telefon mają zawsze, i dla nich kłopotem jest „niemanie” go w ręku.

Żyjemy w strachu, że coś nam ucieknie, jak odłożymy telefon.

To już nawet nie jest racjonalizowane w taki sposób. Jeśli zapyta pan kogoś, dlaczego wpada w panikę, gdy odłoży telefon, to on nawet nie będzie potrafił odpowiedzieć. Równie dobrze mógłby opowiedzieć, jak będzie się czuł, gdy odetną mu rękę. To jest niewyobrażalne. Nastolatki badane w 2010 r. przez zespół prof. Mirosława Filiciaka nie potrafiły wyobrazić sobie funkcjonowania bez telefonu, który był ich narzędziem do codziennych kontaktów z innymi – bez niego ani rusz. W 2015 r. odsetek amerykańskich nastolatków, które nie przesypiają w nocy nawet siedmiu godzin, bo uniemożliwia im to smartfon, w który bezustannie wpatrują się pod kołdrą, urósł aż do czterdziestu kilku procent.

Do czego służą nam media społecznościowe?

Dzisiaj takie platformy mają dwojaki charakter. Po pierwsze, „lansiarski”. Prezentujemy się na społecznej scenie na granicy wirtualu i realu, więc social media przydają się do autopromocji i budowania projektów tożsamościowych. Ci, którzy wykonują to np. na Instagramie, sami zaczynają wierzyć w taki rodzaj świata i osobowości, jaki tam stworzyli. Drugą rzeczą jest to, w co zamienił się Facebook, czyli portal informacyjny z zakresu tych rzeczy, które nas interesują. Jeśli nas na nim nie ma, jesteśmy odcięci od rzeczywistych wydarzeń i społeczności.

Dlaczego zamiast być sobą w internecie, stawiamy na kreację?

My właśnie jesteśmy sobą! Budujemy siebie, nie mając innego wyjścia, ponieważ uczestnictwo w takich „maszynach” to pewien rodzaj społecznego przymusu. Nawet introwertyczni, niechcący się ujawniać ludzie są do tego zmuszeni, dlatego że życie stało się sekwencjami zdarzeń, które są sprzedawalne, „instagramalne” albo „facebookalne”. Jeśli przyjrzeć się zestawom zdjęć, które się koło nas pojawiają, to są one niezwykle schematyczne. Młodzi budują swoje schematy w taki sposób, w jaki budują je inni i w jaki chcieliby, żeby inni ich odbierali. Kawa, ja z kawą, ja z koleżanką i kawą, kawa przy rzece, kawa na dworcu, rower, ja na rowerze, rower naprawiany, rower i pies, ja i pies, sam pies. Wszystko to są schematy powielane codziennie w milionie obrazów takich samych wydarzeń…

…z nałożonymi takimi samymi filtrami.

Niemalże! Z bardzo podobną estetyką. To nie jest budowanie fasady, bo tam się dzieje społeczeństwo w tej chwili. Na granicy maszyn społecznych i życia rzeczywistego, które na dobrą sprawę się przeplatają.

Jak uczestnictwo w tych maszynach wpływa na naszą samoocenę?

Przede wszystkim decyduje o naszej autoobsesyjności. Według opinii części badaczy od jakiegoś czasu mamy do czynienia ze społeczeństwem narcystycznym. Nie powiedziałbym tak, bo autoobsesyjność to coś innego. Jest spowodowana tym, że wszystkie urządzenia, z których korzystamy, a zwłaszcza smartfon, przez który wplatamy się w sieci i maszyny społeczne, bezustannie się na nas gapią. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, toteż „produkujemy” swoje życie realne, czyli wiedziemy je w taki sposób, aby było ono „instagramalne”. To zaś bardzo silnie wpływa na to, w jaki sposób się ubieramy, co jemy i jakie czynności wykonujemy. Nie jesteśmy narcystyczni, tylko technologia i środowisko nas do tego zmuszają.

Tomasz SzlendakTomasz Szlendak Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta

Czy można powiedzieć, że Facebook to takie nowoczesne zwierciadło, w którym się przeglądamy?

To jest zwierciadło, ale o bardzo ograniczonej ramce. Nie wiemy właściwie nic, co poza nią. Mamy do czynienia z czymś, co Paul Saffo, amerykański futurolog, nazwał „solidnie omurowanym ogrodem”. Składamy sobie świat z informacji, którymi na Fejsie dzielą się nasi znajomi (średnio 150-200 osób), widzimy tylko te blogi, które chcemy oglądać, i te, które informują nas o kolejnych wpisach ulubionych blogerów, zdjęcia naszych znajomych albo tych ludzi, których obserwujemy. Nasz świat jest ograniczony murem, więc na dobrą sprawę możemy nawet nie wiedzieć, że w Polsce będą wybory albo kto rządzi w Stanach Zjednoczonych, chociaż to akurat trudne, bo Trump pojawia się wszędzie. Zatem jeśli jest to lustro, to malutkie.

I każdy z nas ma takie własne malutkie lustro. To nie problem?

Konsekwencja jest taka, że przeglądając się w nich, mamy kłopoty z komunikacją. Media społecznościowe podzieliły kanon kulturowy – nie ma wspólnego języka ani wspólnych symboli, a to ją utrudnia. Przykładowo przy 30 studentach na sali siedzi pięć różnych subświatów, których pola facebookowe czy instagramowe nie nakładają się zupełnie. Siedzą zamknięci w swoich milusich światkach.

To raczej nie umacnia naszych relacji z otoczeniem.

Może nawet rodzić konflikt czy wrogość. Śmieszą mnie opowieści o tym, że internet horyzontalnie wszystko wyrówna i będzie wolność oraz równość, bo wszyscy mają do wszystkiego dostęp. To całkowita nieprawda, bo każdy z nas ma dostęp do czegoś zupełnie innego, a to powoduje, że coraz bardziej się od siebie oddalamy. Są studia pokazujące, że wzrost gniewu bezpośredniego związany jest właśnie z tym, że przebywamy w swoich milusich instagramowych światkach, a potem zderzamy się z rzeczywistością, w której są inne techniki komunikacji, subświaty, subkultury i po prostu inni ludzie, których nie chcemy znać ani z nimi kooperować. W ten sposób rujnuje się wspólnota.

Także ta domowa?

Niekoniecznie, bo kontakty międzygeneracyjne nigdy nie były lepsze niż dzisiaj. Dzisiejsi rodzice i dzieci mają więcej solidarności międzypokoleniowej i poczucia wspólnoty w domach. Pokolenie, które wyrastało w latach 70. czy 80., przechodziło przez bunt wobec rodziców. Dzisiaj dzieciakom nie opłaca się buntować. Przebywamy w różnych światach – dzieci mają inne rzeczy na swoich tabletach i smartfonach, rodzice inne i dziadkowie też co innego (duża część z nich jest także wpleciona w sieć), ale nie przeszkadzamy sobie. Chyba że chcemy ukarać dziecko – wtedy następuje czasowe odebranie narzędzi dostępu do internetu, które ma różne bolesne skutki. Systemy postępowania z urządzeniami czy w ogóle w środowisku konsumpcyjnym są dziś podobne wśród dzieci i dorosłych.

A co ze zjawiskiem porównywania się do innych w internecie?

Problem pojawia się, kiedy natrafimy na światy, które odstają od naszego. Kiedy widzimy lepiej uposażonych od nas ludzi albo wierzymy w idiotyczne czasem kreacje. Na Instagramie królują rozmaite ludziki niemające w rzeczywistości tych zasobów, którymi epatują w sieci. Ani fizycznych, ani finansowych, ani intelektualnych. To zaś rodzi uogólniony mechanizm porównań, który pogłębia odczucie nierówności. Jeśli przyjrzeć się danym Głównego Urzędu Statystycznego, nierówności społeczne w Polsce są na średnim poziomie. Sieć je pogłębia, bo pokazuje, jaki dystans dzieli nas od ludzi, których tryb życia chcielibyśmy wieść, ale z jakichś powodów nie możemy.

Zwłaszcza od tych, którzy mieszkają np. w USA.

Sieć nie ma granic, więc będąc reprezentantem polskiej klasy średniej, można sobie obejrzeć, jak żyje klasa średnia w Nowej Zelandii. Albo może pan podglądać życie swoich odpowiedników – dziennikarzy – w Niemczech. Rodzi się frustracja, że nie mamy dostępu do tych samych zasobów, że żyjemy w kraju o pewnych ograniczeniach systemowych i że gdzieś jest po prostu lepiej. Nierówność społeczna w Polsce generuje wysilony wyścig sieciowy objawiający się w lajkach. Mamy dziwaczną psychozę lajkingu.

Na czym ona polega?

Na walce o społeczne uznanie wyrażone w liczbie lajków, które otrzymujemy. Psychoza lajkingu występuje wtedy, gdy koncentrujemy się tylko na tym, a duża część ludzi tak robi. W tej chwili istnieją dwa najcenniejsze zasoby do zdobycia – uwaga, którą bardzo trudno uzyskać, i uznanie wyrażane rozmaitymi symbolami, np. właśnie lajkami. To dwie najważniejsze w dzisiejszym obiegu waluty.

W Chinach psychoza lajkingu poszła o krok za daleko, bo bazuje na niej System Oceny Obywateli. Zupełnie jak w „Czarnym lustrze”.

Jeżeli maszyna do oceny wpisów zaproponowana przez portale społecznościowe jest angażowana przez ludzi do oceny samych siebie i na tej podstawie tworzona jest hierarchia, a potem jeszcze państwo czy instytucje komercyjne decydują, kto z jaką oceną będzie mógł coś robić, to zaczyna to być chore. Internet to jest w tej chwili największa władza. Nie władza polityczna, tylko władza sieci.

Czy odsłanianie się w sieci może nam zaszkodzić w pracy?

W momencie, w którym działy kadr w korporacjach zdały sobie sprawę z tego, że zamiast organizować nabór przez CV czy na podstawie rozmów kwalifikacyjnych, wystarczy, że przejrzą Instagram albo Facebooka, pojawiła się fala wycofywania się z prezentacji swojej prywatności. Dzisiejsi użytkownicy sieci, ci najmłodsi, dorastają z nią od kołyski, więc nie jest dla nich problematyczne ujawnianie części życia, bo wiedzą, co mogą pokazać, a co lepiej zostawić dla siebie.

Po co nam tyle znajomych na Facebooku?

To jasne, że kiedy osoby nasto- czy dwudziestoletnie wchodzą na rynek matrymonialny, wielu znajomych na Fejsie zapewnia im publiczność. W latach późniejszych to już element pragmatyki, bo z badań rynku pracy wynika, że łatwiej nam znaleźć stanowisko, gdy mamy więcej facebookowych kontaktów. Są też tacy, którzy rezygnują z większej liczby znajomych, bo jest coraz więcej racjonalnego namysłu nad tym, co Facebook i jego narzędzia z nami robią. Ludzie więc ograniczają poświęcany mu czas, a najczęściej wpisy i to, co w nich ujawniają.

To dlatego uciekamy z Fejsa?

Mamy coraz większą świadomość tego, że Facebook jest maszyną, która monetaryzuje nasze prywatne życiorysy na użytek władców korporacji. To sygnał czegoś niedobrego. Okazuje się, że Facebook spienięża mojego kota, mój budyń, moją pracę, moją twórczość, dlatego też świadomi tych procesów po prostu się wycofujemy.

A może to przez płytkie więzi, które tam budujemy?

Nie potrafię tak psychologizować, ale duża część osób racjonalnie podchodzi do takich narzędzi komunikacji. Korzysta z nich po to, żeby uzyskać potrzebne informacje czy być w kontakcie, ale ze świadomością, że te relacje są płytkie i nie ma potrzeby się w nie specjalnie angażować. Nikt nie używa Facebooka do poważnego przyjaźnienia się. Raczej traktujemy go jako maszynę informacyjną i pole do darmowego lansowania się.

Jeżeli nie permanentna ucieczka, to może warto robić sobie przerwy? Znikać na miesiąc?

Ludzie chcą sobie robić detoks od tej komunikacji, ale to dla nas naturalne środowisko funkcjonowania. Tak samo nie można sobie obciąć ręki, nogi czy głowy i wytrzymać bez nich przez miesiąc. Zniknięcie z Facebooka jest po prostu niemożliwe, bo wtedy rzeczywiście odcinamy się od życia społecznego, nie wiemy czegoś i coś tracimy. Nie wykonujemy czynności społecznych, takich jak chociażby rozmowa, która dziś jest czymś przeplatanym między realem a wirtualem. Takie detoksy to mrzonki, bo nie da się bez konsekwencji odciąć od sieci. A przynajmniej niewiele osób może sobie na to pozwolić. Proponowałbym bardziej racjonalne rozwiązania, takie jak po prostu świadome korzystanie z tych narzędzi.

O czym powinniśmy pamiętać, korzystając z nowych mediów?

Przede wszystkim musimy sobie zdawać sprawę z tego, że wszystkie czynności, które wykonujemy w sieci, służą nie tylko nam, ale też innym podmiotom, dla których jesteśmy chodzącą reklamą. Jeśli chcemy, aby ta maszyna służyła nam, a nie my jej, to musimy nauczyć się nieujawniania absolutnie wszystkiego. Kiedy przyglądam się młodszym pokoleniom, to mam wrażenie, że u nich ta świadomość jest znacznie większa i te pokolenia już wiedzą, do czego może być wykorzystany Instagram, a do czego pod żadnym pozorem nie.

Głównie młodzi „rzucają Fejsa”. Dlaczego?

Myślę, że chodzi tu nie tylko o świadomość, do czego służy Facebook, ale też o świadomość wszelaką, np. ekologiczną. Często przeplatającą się z innymi problemami – współczesnym kapitalizmem czy z samym systemem. Niechęć do Facebooka może splatać się właśnie z myśleniem proekologicznym czy po prostu byciem świadomym obywatelem.

Czy Facebook skończy jak Nasza Klasa?

To zbyt głęboko wpięta w instrumenty państwowe maszyna z rozpiętymi konsekwencjami o charakterze instytucjonalno-prawnym. Korporacja absolutnie bezgraniczna. NK na początku raczkującego polskiego biznesu społecznościowego była po prostu firmą oddzieloną od wszelkich wpływów. Jej szefa nikt nie wzywał na komisje dotyczące manipulowania wyborami. Facebook to też gigantyczny billboard reklamowy, więc myślę, że firmy nie dadzą mu tak łatwo odejść. Za dużo silnych podmiotów ma w tym interesy.

Więcej o: