"Jak kierujesz autem, nie pisz SMS-ów" - wywiad z O.S.T.R.

Operował rymami, ale teraz wziął się też za prozę. Autobiograficzną. Nam opowiada o zmianach w hip-hopie i o tym, dlaczego obrażanie się na Spotify nie ma sensu.

Jako jeden z pierwszych raperów w Polsce napisałeś książkę o swoim życiu. Czemu uznałeś, że teraz nadszedł dobry moment na taki ruch?

A wiesz, że to nawet nie był mój pomysł, żeby tę książkę wydać? Było tak: pokazałem paru osobom to, co napisałem, i okazało się, że spodobał im się efekt mojej pracy. Byłem w szoku, bo nawet w wydawnictwie powiedzieli, że „całkiem fajnie jak na amatora” [śmiech].

Sam to napisałeś? Pomoc ghostwritera nie była potrzebna?

Nie była, wszystko napisałem sam. Całe życie piszę teksty hip-hopowe i dzięki temu wyrobiłem sobie jakiś swój styl, który może się podobać lub nie, ale jest mój – rozpoznawalny i charakterystyczny. Nie potrafiłbym oddać książki do napisania komuś, tym bardziej że raczej nikt nie potrafiłby zachować tego stylu. Ta książka, tak samo jak wszystkie moje płyty, musiała wyjść spod mojej ręki i z moim wyobrażeniem tego, jak ma wyglądać.

Autobiografia „Brzydki, zły i szczery” kończy się opisaniem historii twojej choroby.

I od wątku choroby, a właściwie od wyjścia z choroby, też się zaczyna, bo w prologu jest mowa o pierwszym koncercie po dłuższej przerwie wynikającej z mojej zdrowotnej niedyspozycji. [W 2014 r. pękło mu płuco, był bliski śmierci, musiał przejść zabieg rekonstrukcji – przyp. red.]. Głównym powodem powstania tej książki była diagnoza postawiona przez lekarzy, która przekreślała moje szanse powrotu na scenę, czyli grania koncertów i nagrywania płyt. Nie mogłem się pogodzić z zaistniałą sytuacją i stąd też pomysł na książkę – skoro nie mogłem nagrywać kawałków, to wziąłem się za coś innego. Miałem wielką potrzebę wyrzucenia z siebie tego całego napięcia związanego z wielkim rozczarowaniem własną osobą i błędami, które popełniłem. Założenie było takie, żeby opowiedzieć, jak do tego doszło, jak wyglądało moje życie „przed śmiercią” – bo to „po śmierci” każdy zna. 

Nie mam wątpliwości co do tego, że inni raperzy podążą twoim śladem i też zaczną pisać książki o sobie. Który z nich twoim zdaniem, napisałby najciekawszą i najbardziej szaloną – oczywiście zakładając, że mówiłby „prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”?

Wybacz, ale nie uważam się wcale za jakiegoś guru, by podążali za mną inni, ale jeśli mielibyśmy się zabawić we wróżbitę Macieja, to jest wiele osób, które mogłyby napisać ciekawe lub kontrowersyjne rzeczy. Przede wszystkim to zależy, o jakim okresie by ta książka opowiadała… Jeśli mówimy na przykład o końcówce lat 90., to sporo działo się wokół Krzysztofa Kozaka i wytwórni RRX. Podejrzewam, że gdyby artyści związani wtedy z tą wytwórnią napisali książkę bez zahamowań i autocenzury, to mogłaby być lepsza niż szczera biografia Hugh Hefnera. Inna sprawa, że mam trochę odmienne spojrzenie na to, o czym się pisze. Bezsprzecznie wszystko musi być prawdą, ale wolę przytaczać te fajne i zabawne chwile ze znajomymi, zwłaszcza teraz, kiedy nie mam już z nimi kontaktu. Nie widzę sensu w tym, by negatywnie mówić o osobach, które nie są już obecne w moim życiu. Nawet jeśli pewne znajomości nie skończyły się dobrze, to uważam, że lepiej pisać o rzeczach dobrych niż złych. Mimo to podczas pisania książki i poruszania pewnych wątków też narażałem się na to, że osoby, o których wspominam, mogą nie być tym faktem zachwycone, chociaż starałem się nikogo nie obrazić.

Kilkanaście lat temu powiedziałeś, że media nie mają pojęcia o hip-hopie. Czy coś się przez ten czas zmieniło?

Nic się nie zmieniło. Dziennikarze, którzy nazywają się krytykami muzycznymi, nadal nie znają się na nutach, teorii muzyki i chociaż im się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy świata, nie mają pojęcia, o czym mówią. Ich recenzje przypominają dyskusje o kolorach. Jeden woli fioletowy, drugi czerwony, trzeci zielony, a czwarty połączenie brązowego z niebieskim, ale nie potrafią tego uzasadnić w sposób rzeczowy. Ich retoryka zaczyna się i kończy na „fajne, niefajne”. Nie dość tego – znam dziennikarzy, krytyków muzycznych, którzy będąc niemalże szefami fanklubu jakiegoś rapera, udają obiektywnych, wytrawnych znawców. Przykrą prawdą jest też to, że większość z nich pisze recenzje, nie tylko kierując się sympatiami towarzyskimi (przecież o ziomku nie można napisać źle), ale też realizując politykę danego portalu lub ordynarnie tworzy recenzje na zlecenie, czyli za hajs. Dzięki Bogu muzyka nie jest czymś, co buduje nasz świat i jest nam niezbędne do życia. To element, który ten świat co najwyżej wzbogaca – coś, co pomaga nam się zrelaksować, ukoić nerwy albo nakręcić do działania.

Czyli recenzowanie płyt nie ma sensu?

W dzisiejszych czasach? Żadnego. Zamiast czytać płatne recenzje nacechowane prywatą, lepiej samemu sobie sprawdzić interesujący nas album czy singiel. Jest Soundcloud, Spotify, Apple Music, YouTube… Każdy może przesłuchać tego, co go interesuje, i zdecydować, czy chce mieć dany album na nośniku fizycznym, czy nie.

Skoro mowa o streamingu – wielu artystów krytykuje wspomniane serwisy i twierdzi, że z ich powodu nie zarabiają na swojej twórczości tyle, ile by mogli. Tobie chyba jednak one nie przeszkadzają, bo twoje albumy są w nich obecne, a płyty i tak pokrywają się złotem i platyną – także podwójną i potrójną.

Ja nie traktuję muzyki marketingowo, podchodzę do niej całym sercem. Kiedy piszę, nigdy nie zastanawiam się, co słuchacz chce usłyszeć. Podczas tworzenia nie myślę o sprzedaży. I przede wszystkim cieszę się tym, że w ogóle mogę robić muzykę, a ludzie chcą przychodzić na moje koncerty i jej słuchać. A co do tych artystów – jeśli ktoś narzeka na streamingi, a jednocześnie wrzuca tam swoje płyty, to jest dla mnie hipokrytą. To już nie są lata 80. i 90., gdy fizyczny nośnik był jedynym sposobem dotarcia do odbiorcy. Teraz dzięki postępowi muzycy mogą dotrzeć do szerszego grona odbiorców, a co za tym idzie, więcej ludzi może usłyszeć ich twórczość i przyjść na ich koncerty. Mimo że tworzę muzykę z pobudek egoistycznych, bo komponowanie jej sprawia mi olbrzymią przyjemność, to fajnie, że jest ona ogólnodostępna dla ludzi, którzy lubią jej słuchać.

Czyli jesteś szczęściarzem, bo nie dość, że to, co robisz, robisz po swojemu, to jeszcze zarabiasz dzięki temu na życie.

To jest moja pasja i mam olbrzymią pokorę wobec tego, że mogę utrzymywać rodzinę z muzyki. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest tak, że ja jestem taki zajebisty, bo osiągnąłem to, co osiągnąłem. Niesamowici są ludzie, którzy stwierdzili, że muzyka robiona przez jakiegoś tam koleżkę na trzecim piętrze bloku przy Aleksandrowskiej w Łodzi jest dobra i że warto jej słuchać. W rzeczywistości to nie artysta tworzy wielkie dzieło, tylko odbiorcy, doceniając czyjeś dokonania, wznoszą je na wyższy poziom.

No i nie musisz robić „rapu po godzinach”.

Ależ ja ciągle robię rap po godzinach! [śmiech]

Swego czasu znalazłeś się w interesującym gronie osób zasłużonych dla miasta Łodzi.

To była dość groteskowa sytuacja. Nie czuję się kimś ważnym i też nie uważam, by moje dokonania muzyczne były jakieś wyjątkowe, po prostu kocham muzykę i kocham Łódź, która od zawsze miała na moją twórczość wielki wpływ. To była zabawna uroczystość, trochę przypominająca scenę z „Misia”. Impreza odbyła się w głównym budynku urzędu miasta. Poszedłem tam, usiadłem koło jakiegoś starszego pana, który spojrzał na mnie mało przyjaznym wzrokiem i wycedził coś w stylu: „Taki gówniarz. Ja na tę odznakę pracowałem 75 lat, a ty?”. A ja na to tylko: „Przyszedłem odebrać nagrodę za dziadka” [śmiech]. Głupio mi było, bo odbiegałem wiekiem od większości uhonorowanych o jakieś 40 lat.

Skąd pomysł na utwór „Nie pisz SMS-ów”?

Nienawidzę jeździć z osobami, które jedną ręką prowadzą auto, a drugą grzebią w telefonie. Kawałek dotyczy konkretnej sytuacji. Wracaliśmy z pierwszej imprezy, na którą wybraliśmy się po mojej chorobie, i mało brakowało, a potrąciłby nas gość, który pisał SMS-a w trakcie jazdy. Pomyślałem, że wygrałem z chorobą, chociaż miałem niewielkie szanse na przeżycie, a zginąłbym przez taką głupotę. To tak jakby ktoś przepłynął wpław ocean, a potem utopił się w wannie.

'Mało brakowało, a potrąciłby nas gość, który pisał
SMS-a w trakcie jazdy. Pomyślałem, że wygrałem
z chorobą, chociaż miałem niewielkie szanse na
przeżycie, a zginąłbym przez taką głupotę. To tak
jakby ktoś przepłynął ocean, a utopił się w wannie.''Mało brakowało, a potrąciłby nas gość, który pisał SMS-a w trakcie jazdy. Pomyślałem, że wygrałem z chorobą, chociaż miałem niewielkie szanse na przeżycie, a zginąłbym przez taką głupotę. To tak jakby ktoś przepłynął ocean, a utopił się w wannie.' Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Nie da się ukryć, że młodzi raperzy, którzy teraz zaczynają swoje kariery, robią to w inny sposób niż ludzie z twojego pokolenia. Na ostatnim albumie mocno się przejechałeś po przedstawicielach „nowej szkoły”.

Kiedyś każdy, kto kupił sobie aparat, uważał się za fotografa. Teraz każdy, kto kupi sobie komputer i mikrofon, myśli, że może mieć studio i nagrywać rap. Większość kieruje się chęcią szybkiego zarobku. Oglądają małolatów świecących w teledyskach drogimi autami, plikami pieniędzy i myślą, że to prawda i każdy tak może. To jest po prostu napad na bank. Ci goście żerują na naiwności młodszej części widowni. Co gorsza, bez grama finezji – jeden patent się sprzedał, więc wszyscy go kopiują z nadzieją, że sprzeda się ponownie. Ksero z ksera – najpierw naśladowanie zagranicy, a potem kopiowanie tego, kto to naśladował. Ja wyraziłem na ten temat swoje zdanie, ale to tylko moja opinia.

A kiedyś tak nie było?

No, nie było! Kiedyś każdy miał swój styl – styl Włodiego różnił się od Sokoła, Sokół od Kalibra 44, Kaliber 44 od Tedego i tak dalej…

Gdybyś teraz miał te 14-15 lat, to czy odniósłbyś sukces?

Nie mam pojęcia! Pewnie gdybym usłyszał współczesny rap, tobym się w nim nie zakochał. W rapie podoba mi się szczerość, bunt i bezkompromisowość, a nie bieganie z plikami pieniędzy w różowych rajtuzach. Z drugiej strony ciężko przenieść przeszłość w dzisiejsze czasy. Moje pokolenie nie miało nic poza marzeniami, talentem i pragnieniem wolności. By zdobyć jakąś ciekawą płytę, trzeba było się natrudzić. Żeby się czegoś więcej dowiedzieć, trzeba było kombinować. Dzisiaj wpisujesz hasło w Google i masz wszystko na dłoni. Obecnie dzieciaki mają o wiele więcej „rozpraszaczy” w postaci chociażby smartfonów i innych elektronicznych urządzeń, które skutecznie odciągają je od ich pasji. Powiem więcej – teraz możesz nawet nie znaleźć swojej prawdziwej pasji, bo zatrzymasz się na czymś innym.

Pogadajmy o samochodach. Na ostatniej płycie jest kawałek o miejskim cruisingu pod tytułem „Chevy Impala”. Ale chyba wtedy jeździliście czymś innym…

Nie no, pewnie, że czymś innym! Chociaż jeden nasz znajomy rzeczywiście miał amerykańskiego klasyka – to był chevrolet bel air.

Masz jakieś motoryzacyjne marzenia?

Jasne, że tak, chociaż życie mnie nauczyło, że lepiej jest spełniać marzenia motoryzacyjne, jeżdżąc samochodami znajomych. Bardzo chciałbym mieć Porsche 911, ale jeszcze bardziej bym chciał, żeby miał je mój kolega i dał mi się przejechać. Znając moje szczęście, to pewnie gdybym kupił takie auto, to bym je popsuł albo rozwalił na latarni [śmiech]. Uwielbiam marzyć o takich rzeczach, lecz nie stawiam sobie ich za cele. Fajnie by było przejechać się bolidem Formuły 1, ale czy będzie mi to dane? Pewnie nie, ale miło mi się o tym marzy. Obawiam się, że gdybym spełnił któreś z moich największych marzeń w kwestii rzeczy materialnych, to ta rzecz szybko by mi spowszedniała. Dla mnie pogoń za króliczkiem jest dużo bardziej fascynująca niż jego konsumpcja.

Dużo się zmieniło, jeśli chodzi o publikę na koncertach?

W zasadzie tylko jedna rzecz – teraz widać o wiele więcej smartfonów w górze. Kiedyś ludzie nie nagrywali koncertów i nie robili zdjęć, bo nie było takiej możliwości – może dzięki temu intensywniej uczestniczyli w koncercie, a teraz nadrzędnym celem jest nagranie ulubionego kawałka. Niektórym muzykom to przeszkadza, ale mi w ogóle. Mam też to szczęście, że widuję na koncertach ludzi, którzy przychodzili na nie kilka, kilkanaście lat temu. Ludzie przychodzący na moje koncerty to moi przyjaciele, kocham ich za to, co dla mnie robią.

Jesteś na bieżąco z dokonaniami kolegów po fachu?

Nie śledzę drobiazgowo karier innych raperów, ale jak ktoś wydaje płytę, to ją sprawdzam. No i muszę szczerze powiedzieć, że czasami ten odsłuch kończy się na 20 sekundach pierwszego kawałka, ale w przypadku innych albumów jeden utwór może lecieć kilkanaście razy z rzędu. Wszystko zależy od tego, czy coś trafi w moje serce. Lubię się utożsamiać z muzyką, której słucham.

Wspominałeś kiedyś, że kibicujesz Realowi Madryt. Jak nastrój po ostatnim sezonie?

Szczerze? Żałoba, co tu dużo mówić. Ale teraz może być tylko lepiej, więc czekam na kolejny sezon. Kibicowanie klubowi nie oznacza tylko radości ze zwycięstw. To dla mnie przede wszystkim możliwość integracji z innymi ludźmi, dla których ten klub też jest ważny. To jest fajne, że zaczynasz kibicować jakiemuś klubowi jako dzieciak, bo podoba ci się wzór koszulki albo styl gry czy jakaś inna bzdura i potem okazuje się, że jesteś z tym klubem pięć, dziesięć, dwadzieścia lat…

Zaczyna się od totalnego przypadku.

Jak z każdym związkiem. Większość zaczyna się przypadkowo – poszedłeś gdzieś, gdzie nie planowałeś iść, i spotkałeś kobietę swojego życia. Z kibicowaniem klubowi jest tak samo, tylko zazwyczaj zaczyna się wcześniej. Oprócz Realu kibicuję klubowi Lille. Wiesz dlaczego? Bo stadion Lille był pierwszym, na jakim byłem i oglądałem mecz Ligue 1 na żywo. Niesamowite przeżycie. Staliśmy z Kochanem i Haemem za bramką wśród najbardziej zagorzałych kibiców i jak padała bramka, cała trybuna zbiegała w stronę siatki, drąc się, ile sił w płucach.

Przeczytałeś, obejrzałeś, przesłuchałeś ostatnio coś ciekawego, co mógłbyś polecić innym?

Oglądam głównie dokumenty, ostatnio widziałem świetną serię o Formule 1, tę na Netfliksie [„Formuła 1: Jazda o życie” – przyp. red.], to mogę polecić zdecydowanie. Z innej beczki – film „Trzech kumpli” o śmierci Stanisława Pyjasa i donosicielstwie Lesława Maleszki, który był przyjacielem Pyjasa. Jeśli chodzi o książki, to lubię czytać te o powojennej historii naszego kraju. Cenię Sławomira Cenckiewicza – „Wałęsa. Człowiek z teczki”, „Długie ramię Moskwy”, „Atomowy szpieg” o Kuklińskim… Dla mnie świetne rzeczy. Podziwiam jego upór w docieraniu do prawdy historycznej. Dla mnie historia nie jest czymś, czym można manipulować politycznie i budować narracje – pieprzyć politykę, albo coś się wydarzyło, albo nie.

Twoją ulubioną płytą z własnych jest…

„Jazz w wolnych chwilach”, niezmiennie. Ale też „Podróż zwana życiem”. Te dwie płyty są dla mnie bardzo ważne, choć okoliczności ich powstawania były różne.

Dwa lata temu w wywiadzie dla „Logo” powiedziałeś, że jesteś na etapie atakowania życiowego szczytu. Udało się go osiągnąć?

Gdzie tam, ja cały czas atakuję ten szczyt! Chodziło mi wtedy o umiejętności, którymi dysponujesz. Porównam to do rzeźbiarstwa – uczysz się rzeźbić i w pewnym momencie stajesz się w tym naprawdę dobry, ale nie ustajesz w wysiłkach, bo chcesz wyrzeźbić coś niewiarygodnego i ponadczasowego, z czego będziesz dumny. Nie chodzi tu o żadne szczyty mierzone sukcesami marketingowymi i komercyjnymi. Wtedy akurat wyszło „Życie po śmierci”, które narobiło trochę szumu, ale moim szczytem było to, że mogłem wrócić i nagrać tę płytę.

To jaki jest kolejny cel?

Jeśli chodzi o rodzinę, to dożyć wnuków [śmiech]. A zawodowo… Móc jak najdłużej robić to, co robię, i zestarzeć się w swojej pracy. Chciałbym, by moje płyty dalej wywoływały w ludziach pozytywne emocje. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy związani sentymentem z pewnymi etapami naszego istnienia. Choćbym uważał, że teraz znajduję się w najlepszym pod względem artystycznym momencie, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że album sprzed pięciu albo dziesięciu lat był lepszy, bo towarzyszył mu w najważniejszym emocjonalnie momencie życia. I znów wracamy do tego, co jest najistotniejsze w muzyce, czyli serca. Chciałbym móc budować ten sentyment dalej.

Więcej o: