Smartfon - elektroniczna kostucha

Dekoncentracja z powodu telefonu to dziś największa drogowa plaga i - według wielu statystyk - główna przyczyna wypadków. Zwłaszcza tych trudnych do wytłumaczenia, bo łatwych do uniknięcia. Takich, co to nie miały prawa się zdarzyć.

Niedziela, siódma rano. Nawet na tak ruchliwej arterii jak Dolina Służewiecka w Warszawie jest wtedy pusto. Damian zatrzymuje się na światłach. Środkowy pas, nikogo wokół. Mniej więcej po minucie silne uderzenie od tyłu wyrzuca jego seata aż za skrzyżowanie. Ocknął się w oparach pyłu z poduszki powietrznej. Ogłuszony i oszołomiony.

„Co to było, tir? I dlaczego nie hamował? Ani mnie nie ominął?”. Gdy wyszedł, zdziwił się, że uderzyła go tylko osobówka. Jej szybkość musiała być spora. Dopiero obchodząc auto od tyłu, rozpoznał, że to honda civic. Zauważył, że jadąca nią para trzyma kurczowo komórki.

Jak się okazało, to one były przyczyną. Roztrzęsiona dziewczyna zdradziła, że w chwili wypadku coś pokazywała chłopakowi na smartfonie. Dlatego ten nie dostrzegł samotnie stojącego auta. I nie zrobił nic, by uniknąć zderzenia. Przyznali się, bo uznali to za okoliczność łagodzącą.
Damian, któremu również zdarzało się gmerać w komórce podczas jazdy, już tego nie robi. Jest w mniejszości. Z badania IPSOS wynika, że aż 60% Polaków robi to regularnie, a 80% – nie widzi w tym nic groźnego.

To jakby jechać z zamkniętymi oczami

Że komórka + kierownica = wypadek, podejrzewano już w latach 90. Naukowcy potwierdzili to na tyle przekonująco, że zaordynowano zmianę przepisów. Jednym z pierwszych państw, gdzie to zrobiono, była Wielka Brytania. Jednoczesne kierowanie i korzystanie z telefonu jest tam karane od 2003 r. Początkowo był to mandat 30 funtów, trzy lata później – 60 plus 3 punkty karne. W 2013 r. wysokość mandatu podwyższono do 100 funtów. Ponieważ i to nie odnosiło skutku, w 2017 r. kara wzrosła do 200 funtów i sześciu punktów. Dlaczego sześciu, a nie czterech lub pięciu? Bo taki limit mają brytyjscy kierowcy przez pierwsze dwa lata. Przyłapani na jeździe z komórką w ręku tracą więc „prawko”. To ma odstraszyć zwłaszcza tych, którym najtrudniej rozstać się z komórką: jak pokazały badania, o ponad 25% częściej niż pozostali korzystają z niej kierowcy do 35. roku życia.

Rząd brytyjski dąży do tego, aby używanie telefonu było traktowane tak jak jazda po alkoholu. Przyznaje, że nie ma pełnych statystyk obrazujących skalę zjawiska i liczbę ofiar. Wiele danych jest opartych na sondażach i zniekształconych efektem Hawthorne’a. To błąd wynikający z faktu, że badani wiedzą, iż są obserwowani, i tak modyfikują reakcje, by wypaść jak najlepiej. Sprawcy wypadków wiedzą też, że komórki są na cenzurowanym, i zaprzeczają, by używali ich w czasie jazdy. Tak jak Tomasz Kroker.

Rok 2016, Berkshire, droga A34. Mimo dobrej widoczności kierujący ciężarówką Polak nie zauważa stojących na jego pasie aut. Wpada w nie z szybkością 80 km/h i nawet nie hamuje. Jedno miażdży tak, że ma 1,5 metra długości. Giną cztery osoby, w tym matka z dwójką dzieci. Dlaczego Kroker nie zareagował? Z początku tłumaczył się awarią hamulców. Dopiero gdy pokazano mu nagrania z kamery pokładowej (ku przestrodze zamieszczone potem na YouTubie), przyznał, że zmieniał muzykę w swoim smartfonie. Choć przed wyjazdem z bazy podpisał deklarację, że nie będzie korzystał z niego za kierownicą. Spędzi w więzieniu 10 lat.

Co uderza w tych nagraniach? Choć Kroker co kilka sekund zerkał na jezdnię, najwyraźniej nie rozumiał tego, co widzi. Dlatego nie reagował.

– Równie dobrze mógł jechać z zamkniętymi oczami – stwierdziła sędzia rozpatrująca jego sprawę. – Tak bardzo był zaabsorbowany telefonem.

Klikanie gorsze niż jazda po alkoholu

Najwięcej danych pochodzi z USA. Przyczyniają się do tego adwokaci ofiar, którzy prześwietlają okoliczności kraksy. Od kilku lat działają tam kancelarie wyspecjalizowane w takich „komórkowych wypadkach”. M.in. stąd wiadomo, że ginie w nich ponad 3,3 tys. osób rocznie. Czasami ofiarami wypadków są ich sprawcy, np. Courtney Sanford.

2014 r., Karolina Północna, droga międzystanowa nr 85. 32-latka nie jechała szybko. Po prostu jej auto łagodnie skręciło wprost pod ciężarówkę. Czołowe zderzenie zmiażdżyło przód sedana, który stanął w płomieniach. Sanford nie miała szans. Samobójstwo, alkohol, narkotyki?
Nie. Selfie. Pojawiło się na Facebooku o 8:33. Minutę później policja dostała zawiadomienie o wypadku. Ostatni status ofiary brzmiał: „The happy songs make me HAPPY”.

– Stracić życie tylko przez to, by móc powiadomić znajomych, że jest się szczęśliwą… To nie było tego warte – podsumował por. Chris Weisner z miejscowej drogówki.

Już samo czytanie SMS-ów podczas jazdy jest groźne. Kierowca odwraca wzrok od drogi na 5 sekund. Zważywszy, że w USA przeciętna szybkość poza miastem to prawie 90 km/h (55 mil/h), auto pokonuje – praktycznie bez kontroli – aż 120 m. Czyli całe boisko piłkarskie.

Jeszcze gorsze jest wysyłanie wiadomości tekstowych przez kierowców i pieszych. Ocenia się, że w USA powoduje to aż 330 tys. wypadków i kolizji rocznie! Gdy naukowcy zaczęli badać, jak to możliwe, ku ich zdumieniu okazało się, że kierowanie i klikanie jest groźniejsze niż jazda po alkoholu. I to aż sześciokrotnie! Zwłaszcza młodzi kierowcy nie mogą oprzeć się pokusie. Wielu pisze dwiema rękami, przytrzymując kierownicę kolanem. Myślą, że jeśli co jakiś czas zerkną na drogę, nic złego się nie stanie.Rzecz w tym, że można patrzeć i nie widzieć. Tak jak Tomasz Kroker w swej ciężarówce.

Co ciekawe, debata na temat klikania i kierowania rozgorzała w USA w następstwie wypadku… tramwajowego. 2009 r., Boston. Massachusetts Bay Transportation Authority (MBTA), najstarsza linia tramwajowa w Stanach, cieszy się popularnością wśród mieszkańców i turystów. Tamtego majowego wieczora wszystkie miejsca siedzące były zajęte, a część pasażerów stała. Nagle, bez ostrzeżenia, dwuwagonowy skład uderzył w coś z ogromną siłą. Jak się okazało – w inny tramwaj. Oba się wykoleiły, 49 osób trafiło do szpitala. Ze względu na liczbę poszkodowanych sprawą zajęła się NTSB – Komisja Bezpieczeństwa Transportu. Ustaliła, że winnym wypadku jest 24-letni motorniczy, który w trakcie jazdy wysyłał SMS-y do swej dziewczyny.

– Niepojęte, że coś tak głupiego i błahego mogło zagrozić życiu aż tylu ludzi – komentował szef MBTA.
Zabawa telefonem bywa powodem katastrof drogowych, kolejowych, a nawet morskich. Jak to możliwe, że aż tak przykuwa uwagę? Że wyłącza instynkt samozachowawczy?

2015 r. Chris Weber opowiada
o wypadku, w którym zabił Andreę Boeve.
Jadąc autem, na moment spojrzał w telefon
i w tym momencie poczuł uderzenie
- potrącił rowerzystkę. Śmiertelnie.2015 r. Chris Weber opowiada o wypadku, w którym zabił Andreę Boeve. Jadąc autem, na moment spojrzał w telefon i w tym momencie poczuł uderzenie - potrącił rowerzystkę. Śmiertelnie. Glen Stubbe / ZUMAPRESS.com

Tak sprytny, że aż groźny

Wytłumaczenie jest proste: smartfon uzależnia jak żaden inny przedmiot na Ziemi. Gdyby wylądował na niej jakiś kosmita, pewnie wspomniałby już w pierwszym raporcie: „Ci tzw. ludzie nie rozstają się z pudełeczkiem, do którego mówią, na którym piszą i które przykładają do głowy. Okoliczności nie mają znaczenia – ludzie robią to zawsze, o ile nie śpią”.

Ale – jak pokazał sondaż IPSOS sprzed roku – nawet gdy śpią, to ze smartfonem. Aż 95% z nas bierze go do sypialni. A 11% – do łóżka (kładzie na noc pod poduszką lub obok). Od razu po przebudzeniu sięga po niego 51% Polaków. 28% chwilę potem zabiera go do łazienki. Zaś prawie wszyscy (95%) – wychodząc z domu. A gdy zapomną? Aż 43% wróciłoby po niego, nawet kosztem spóźnienia do pracy lub szkoły.Dlaczego? Bo smartfon obrasta w emocje, które wiążą go z użytkownikiem.

„To magiczne pudełeczko kryje nie tylko elektronikę, lecz też moje wspomnienia. Zdjęcia, wiadomości, listy, no i muzykę, która pomaga mi przetrwać życiowe porażki, której słucham 12 godzin dziennie i której mam już 27 GB. Dlatego uciekając, wzięłabym iPhone’a. A potem gitarę i amerykańską flagę” – wyznała jedna z uczestniczek sondażu: „Jaką rzecz wyniósłbyś jako pierwszą z płonącego domu”.

– Symptomy uzależnienia są takie jak przy alkoholu i narkotykach. A więc potrzeba zwiększania dawki, poprawa nastroju w trakcie lub tuż po zastosowaniu i dyskomfort po odstawieniu – twierdzi psycholog David Greenfield, autor książki „Virtual Addiction”.

Nic dziwnego, że nomofobia (z ang. no mobile phone phobia), czyli lęk przed odcięciem od telefonu (np. z powodu utraty urządzenia, zasięgu czy zasilania) dopada coraz więcej osób. Jeszcze osiem lat temu w Wielkiej Brytanii, gdzie robiono takie badania, było ich 53%. Teraz? 76%. Także dlatego, że telefony oferują coraz więcej. Spytajcie nastolatka, dlaczego nie nosi zegarka. Właśnie. Smartfon zastępuje też gazetę, aparat, kamerę, radio, telewizor, notatnik, album, kalendarz, dyktafon, mapę, książkę, nawigację, kompas, konsolę do gier oraz komputer z bogactwem internetu. Są aplikacje umożliwiające zdalną obsługę kina domowego, drona czy auta. Dziś smartfon to taki cyfrowy scyzoryk szwajcarski. Umożliwia niemal wszystko: od kupna biletu po zdobycie życiowego partnera.

Mniej więcej od 2011 r., gdy w pełni zasłużył na swą nazwę (po angielsku „smart” znaczy „sprytny”), liczba wypadków drogowych przestała spadać, a w niektórych krajach zaczęła rosnąć.

Selfie Courtney
Sanford zrobione
parę sekund przed
wypadkiem. Rodzina
godzi się na publikację
- ku przestrodze.Selfie Courtney Sanford zrobione parę sekund przed wypadkiem. Rodzina godzi się na publikację - ku przestrodze. .

1 + 1 = 23

Jaka jest najbardziej powszechna i zarazem ryzykowna czynność? Jazda samochodem. Owszem, motocykl jest z definicji bardziej niebezpieczny, ale prowadząc go, nie da się bawić komórką. A kierując autem – owszem. Jeśli dodamy najbardziej uzależniający przedmiot do najbardziej niebezpiecznej czynności, uzyskamy odpowiedź na pytanie, dlaczego kierowanie i klikanie stało się epidemią, która zbiera tak obfite śmiertelne żniwo. Tu 1+1 nie równa się 2. Ani nawet 3. Okazuje się, że wysyłanie wiadomości tekstowych podczas kierowania zwiększa ryzyko wypadku aż… 23 razy!

Jak to możliwe? Odpowiedź kryje się w ludzkim mózgu. A raczej jego ograniczeniach. Dobrze radzi sobie z jedną czynnością naraz. Z każdą kolejną – coraz gorzej. Bo? Nie starcza mu mocy obliczeniowej. Zwłaszcza gdy zbiegną się czynności, z których jedna wiąże się z napływem ogromnej ilości danych (kierowanie), a druga angażuje emocje (rozmawianie, czytanie, odpisywanie).

Moc obliczeniowa ludzkiego mózgu, złożonego z ok. 85 mld neuronów, jest imponująca. Ale coś za coś. Choć stanowi ledwie 2,5 proc. masy ciała, nasz biologiczny procesor zużywa aż 20% energii. Jest jak wieża kontroli lotów na wielkim międzykontynentalnym lotnisku. Nie dość, że musi obsługiwać różne funkcje ciała, to jeszcze odbierać i przetwarzać zewsząd napływające bodźce. Już sama jazda dostarcza ich multum. Zwłaszcza szybka. Ewolucja nie przewidziała, że będziemy przemieszczać się 100 km/h i więcej. Dowód? Już przy 140 km/h zaznacza się efekt tunelowy, czyli zawężanie pola widzenia. To nic innego jak reakcja obronna mózgu, który ogranicza dopływ bodźców, by uniknąć przeciążenia. Jeśli każemy mu jeszcze prowadzić niemą konwersację via komórka, to tak jakbyśmy zmusili obsługę kontroli lotów do równoczesnego nadzoru pobliskiego portu przeładunkowego w godzinach szczytu – katastrofa jest kwestią czasu.

Czarne skrzynki z funkcją wideo

Problem eskaluje wraz z ewolucją komórek. Kiedyś wydawało się, że wystarczy zmusić kierowcę, by – jak Bóg przykazał – trzymał obie dłonie na kierownicy i po sprawie. Stąd nakaz używania zestawów głośnomówiących. Efekt? Poprawa. Ale minimalna. Dlaczego? Odpowiedź dało skanowanie mózgu fMRI, czyli za pomocą rezonansu magnetycznego. Kiedy kierowca tylko kieruje, w jego mózgu aktywuje się płat ciemieniowy (lobus parietalis) obsługujący informacje przestrzenne. Ale wystarczy, że zacznie rozmawiać przez telefon (obojętnie, z zestawem głośnomówiącym czy bez), by aktywował się też płat skroniowy (lobus temporalis) przetwarzający bodźce słuchowe. I niestety – im większa aktywność płata skroniowego, tym mniejsza płata ciemieniowego. Jedno kosztem drugiego. To dlatego kierując i rozmawiając, dostrzegamy i zapamiętujemy o wiele mniej z tego, co dzieje się wokół.

Pytanie: „A dlaczego rozmowa przez telefon jest groźniejsza niż z pasażerem?”. Bo w pierwszym przypadku trudniej nam odgadnąć reakcje i nastrój rozmówcy – musimy się ich domyślać. A mózg robi to chętnie, bo relacje społeczne to coś, czemu ewolucja nadała wysoki priorytet (i co wykorzystują portale społecznościowe). Poza tym tylko z pasażerem dzielimy przestrzeń wizualną – ponieważ widzi sytuację na drodze, może na nią reagować np. chwilowym przerwaniem rozmowy. To tłumaczy, dlaczego kierowcom rozmawiającym przez telefon czterokrotnie częściej zdarza się przegapić zjazd z autostrady niż tym, którzy rozmawiają z pasażerem.

Kiedy telefon stał się smartfonem i zaczął służyć mniej do rozmów, a bardziej do czytania i pisania – problem powrócił ze zdwojoną siłą. Rozmowa nie angażuje wzroku, a czytanie i pisanie tak. I nie dość, że odciąga wzrok od drogi, to jeszcze ręce od kierownicy.

Co można z tym zrobić? Zwiększyć kary? To zmniejszy problem, ale go nie rozwiąże. Jedynym skutecznym rozwiązaniem wydaje się wzbogacenie czarnych skrzynek o funkcję wideo. Te, które mamy w autach (a są we wszystkich wyprodukowanych po 2012 r.), rejestrują rozmaite parametry pojazdu. Ale nie obraz. Wystarczy, by czarne skrzynki zachowywały zapis wideo tak jak innych danych – na 15 s przed wypadkiem i 5 s po – by kierowcy mieli świadomość, że ich zabawy komórką mogą wyjść na jaw. A gdy firmy ubezpieczeniowe zaczną traktować takich sprawców, jakby prowadzili po alkoholu – do czego już mają podstawy – skutkiem będzie nie tylko utrata odszkodowania, ale też konieczność pokrycia kosztów wypadku.

Czy tak się stanie? Zależy od presji społecznej i determinacji ustawodawców.

Więcej o: