Kosmiczna wycieczka - kiedy będziemy regularnie latać w kosmos?

Dokładnie 50 lat temu człowiek stanął na Księżycu. Pamiętacie: "Mały krok dla człowieka, wielki dla ludzkości". Pół wieku później jesteśmy o krok od kosmicznej turystyki. Tylko jak wielki ten krok trzeba jeszcze zrobić?

To była najdalsza podróż służbowa w historii ludzkości. Dokładnie 50 lat temu, 20 lipca 1969, Neil Armstrong i Buzz Aldrin, wykonując obowiązki służbowe wyznaczone przez pracodawcę, czyli rząd USA, wylądowali przydzielonym im państwowym pojazdem kosmicznym Eagle na powierzchni Księżyca. I, jak przy każdej podróży służbowej, niemal całą frajdę wyssała biurokracja. Dział kadr NASA domagał się od astronautów wypełnienia skomplikowanej papierologii.

Od wniosków o transport (w tym „rządowy statek kosmiczny” oraz lotniskowiec USS Hornet) po dokumentację celną (wracali w końcu spoza terytorium USA, na szczęście skały księżycowe zostały z cła zwolnione) i rozliczenie kosztów podróży. Buzz Aldrin za lot na Księżyc dostał 33 dol. i 31 centów za benzynę spaloną w prywatnym aucie w drodze na Przylądek Kennedy’ego. Całe szczęście nikomu nie przyszło do głowy zgłosić chorobowego czy urlopu na żądanie podczas trwania misji. Biurokratyczne głowy wybuchłyby z przeładowania.

Ale taka biurokracja była absolutną normą dla wszystkich, którzy chcieli polecieć w kosmos przez pierwszych 40 lat historii wypraw na orbitę. Bo aż do 1990 r. jedynym sposobem, żeby tam się dostać, było albo zatrudnić się w sektorze publicznym, albo przynajmniej mieć doskonałe chody w rządzie. Ale jeśli kilku świrów dopnie swego, niedługo wycieczka w Kosmos może być jak wakacje na Bali.

Może nie tania, ale zdecydowanie osiągalna. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, kiedy rozleciał się ZSRR, a Rosja, żeby jakoś dopiąć trzeszczący budżet, zaczęła sprzedawać bilety na orbitę. Pierwszy trafił do kieszeni japońskiego dziennikarza Toyohiro Akiyamy, który spędził tydzień na pokładzie stacji kosmicznej Mir. Miał zresztą kolosalne szczęście. Jeszcze tydzień przed lotem wszystko wskazywało na to, że on zobaczy kosmos co najwyżej na obrazku, bo członkiem pierwszej załogi miała być jego kamerzystka Ryoko Kikuchi. Ale gdy wydawało się, że nic już nie odbierze jej lotu, Kikuchi dostała ataku wyrostka, który permanentnie ją uziemił.

Potem prywatni astronauci zaczęli pojawiać się w kosmosie stosunkowo regularnie. Amerykańska firma Space Adventures weszła w spółkę z Rosjanami i stała się pierwszym kosmicznym biurem podroży. Urlopik na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej? W 2019 r. w opcji last minute drobnostka – 30 mln dol. Fakultatywna wycieczka na zewnątrz stacji? Dorzuć 15 mln. Objazdowa wycieczka wokół Księżyca na pokładzie bardzo vintage Sojuza? 150 mln. Z usług firmy skorzystało siedem osób. Jedna nawet dwa razy. Następni czekają w kolejce (także na ten lot wokół Księżyca), ale na razie muszą obejść się smakiem, bo od 2009 r. na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej nie był żaden turysta. Załoga stacji się rozrosła i dla wycieczkowiczów na razie po prostu nie ma miejsca.

Ale gdzie jest popyt, tam znajdzie się i podaż. Zaczął się nowy kosmiczny wyścig. I chyba tym razem skończy się czymś więcej, niż pomachaniem chorągiewką i wypełnieniem wniosku o zwrot kasy za benzynę.

Kosmiczny wyścig

W blokach startowych stoją najbogatsi, najbardziej zdeterminowani i być może najbardziej szaleni ludzie na świecie. Bezos, Musk, Branson i Bigelow (ten ostatni jest najmniej znany, więc o nim więcej za chwilę). Ich cel – stworzenie kosmicznych imperiów. Zamiast Gwiazd Śmierci – prywatne stacje kosmiczne, hotele i bazy na Księżycu i Marsie. Zamiast X-wingów kosmiczne wycieczkowce i linie lotnicze.

Zasadniczy problem z kosmiczną turystyką jest oczywisty. Trzeba się tam jakoś dostać. Loty kosmiczne od początku były wyłączną domeną rządów i wojsk, przez swój stopień komplikacji i koszty. Jeden start rakiety Saturn V, takiej jak ta, która zawiozła Armstronga i Aldrina na Księżyc, kosztował amerykańskich podatników, w przeliczeniu na wartość pieniądza w roku 2019 około 1,2 mld dol. Promy kosmiczne, które miały być tańszą alternatywą dla saturnów, spalały za każdym startem pół miliarda zielonych. Na taką kasę nie byłoby stać ani Muska, ani Bezosa. Ale czasy się zmieniają, a technologia idzie do przodu. W latach 90. ciężkiej kasy dorobiło się zupełnie nowe pokolenie biznesmenów. Młodych inżynierów, wychowanych na „Star Treku” i „Gwiezdnych wojnach”, od dziecka marzących o kosmosie i przyzwyczajonych do rozwiązywania problemów w niekonwencjonalny sposób. Zarobili miliardy na internecie (Musk tworzył PayPala; Bezos jest właścicielem Amazona) i postanowili spełnić swoje kosmiczne fantazje. A że nie było żadnej rakiety, którą mogliby w kosmos polecieć? Zbudowali własne. Lepsze i tańsze.

Pierwszy wystartował współzałożyciel Microsoftu Paul Allen. Sfinansował budowę debiutanckiego całkowicie prywatnego pojazdu kosmicznego. Jego rakietowy samolot SpaceShipOne w 2004 r. trzykrotnie przekroczył wysokość 100 km. To symboliczna granica między atmosferą a kosmosem. Maleńki SS1 pokazał, że można i... został uziemiony. Interes od Allena wykupił ekscentryczny założyciel Virgin Richard Branson. Natychmiast ogłosił, że zbuduje większą, lepszą wersję rakietoplanu, która zacznie latać w barwach jego kosmicznej linii Virgin Galactic. W kolejce po bilety (wtedy kosztujące 200, teraz już 250 tys. dol.) ustawiło się kilkaset osób, z hollywoodzkimi tuzami pokroju Jamesa Camerona i Leonardo DiCaprio na czele.

I czekają już od 15 lat, bo okazało się, że budowa statku kosmicznego wcale nie jest taka prosta. Pierwszy prototyp SpaceShipTwo rozbił się w 2014 r. Jeden z pilotów, Michael Alsbury, zginął. Drugi, Pete Siebold, cudem przeżył, wyrzucony z rozpadającego się pojazdu na wysokości 15 km. Dochodzenie wykazało, że winny katastrofie był błąd Alsbury’ego, ale prace nad statkiem trzeba było zacząć niemal od początku. Mimo to niemal nikt z potencjalnych podróżników nie wycofał zaliczki. Dziś firma jest ponownie o krok od wożenia turystów. Pierwsze komercyjne loty mają zacząć się jeszcze tego lata, ze specjalnie wybudowanego „portu kosmicznego” w pobliżu miejscowości uroczo nazwanej Truth or Consequences w Nowym Meksyku.

Formalnie pierwszy kosmiczny turysta już na pokładzie SS2 poleciał – była nim odpowiadająca za szkolenie przyszłych turystów inżynier Virgin Galactic Beth Moses. Sądząc po jej minie na zdjęciu, które wrzuciła na Twittera, jazda była znakomita.

Ekscentryk Branson ma jednak mocną konkurencję. Bagatela – najbogatszego człowieka świata. Jeff Bezos kończy testy swojego statku New Shepard. To niewielka, kopułowata kapsuła, która w przeciwieństwie do SpaceShipTwo poleci w kosmos na konwencjonalnej rakiecie. Jak dotąd ani razu nie startowała z człowiekiem na pokładzie, ale kilka bezzałogowych testów zakończyło się pełnym sukcesem i pierwszy załogowy oczekiwany jest w tym roku. Firma nie sprzedaje jeszcze biletów, tłumacząc, że najpierw chce na spokojnie wszystko sprawdzić, ale prawdopodobnie cena za przejażdżkę też będzie wynosić około ćwierć miliona dolarów. Tak jak pojazd Bransona kapsuła Bezosa w kosmosie znajdzie się tylko formalnie: na kilka minut wystrzeli ponad ziemską orbitę, pozwoli pasażerom pobawić się w nieważkości i pooglądać widoki za oknem.

Myślisz pewnie: „Dobra, fajnie, ale ćwierć miliona dolarów to ciągle nie jest kasa, którą chciałbym zapłacić za kilka minut odbijania się w nieważkości od sufitu i innych pasażerów”. Słusznie. Lecz cena wynika z tego, że oba te pojazdy to bardziej taksówki niż samoloty pasażerskie. Gdyby samolot z Warszawy do Nowego Jorku zabierał na pokład siedmiu pasażerów, bilety też kosztowałyby majątek. Wszystko jest kwestią skali.

I dlatego tak ważne jest to, co szykuje trzeci miliarder, czyli Elon Musk. W przerwach między budowaniem elektrycznych aut, wystrzeliwaniem ich w kosmos i wyzywaniem nurków bohaterów od pedofilów na Twitterze, przygotowuje coś rewolucyjnego. Boeinga 737 lotów kosmicznych. Rakietowy autobus. Wielką, wyglądającą jak żywcem wyjęta z filmów o Flashu Gordonie rakietę Starship.

Kosmiczny autobus

Dragon - supernowoczesna kapsuła Elona Muska.Dragon - supernowoczesna kapsuła Elona Muska. Dragon wygląda jak latający produkt Apple'a. Kapsuła firmy SpaceX jeszcze w tym roku ma zacząć wynosić astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Na razie zawodowych, ale sam Elon Musk nie wyklucza, że siedmioosobowy statek znajdzie też zastosowania komercyjne.

Starship ma być sposobem na spełnienie marzenia, o którym Musk opowiada bez przerwy, od kiedy zaczął budować rakiety kosmiczne. „Chcę umrzeć na Marsie – powtarza przy każdej okazji. – Najchętniej nie na skutek uderzenia o jego powierzchnię”.

Starship ma być pierwszym międzyplanetarnym załogowym pojazdem kosmicznym. Kiedy NASA zastanawia się, jak upchnąć sześciu astronautów do kapsuły, Starship ma zabrać na pokład nawet… 100 osób! A do tego prowiant, wodę i całe zaopatrzenie potrzebne do półrocznej podróży na Czerwoną Planetę. Pojazd ma być wyposażony w prywatne kajuty, salę rozrywkową, wielkie okna i... pizzerię. Z jakiegoś powodu pizzeria wydaje się jednym z priorytetów Muska – podczas pierwszej publicznej prezentacji projektu Starship wspominał o niej trzykrotnie.

Najważniejsze jest to, że Musk nie robi tylko efektownych animacji i nie wyciąga od frajerów kasy na Kickstarterze, jak swego czasu robili twórcy „projektu” Mars One. Pierwszy, mniejszy prototyp Starshipa już wykonał krótkie skoki, testując silniki, które mają napędzać pełnowymiarowy pojazd. Musk sprzedał już nawet pierwsze bilety – japoński miliarder Yusaku Maezawa zapowiedział, że zabierze ze sobą w podróż wokół Księżyca grupę artystów, którzy potem opowiedzą ludzkości o wrażeniach z wycieczki.

Zwykli ludzie na pamiątkę z wakacji mają selfie, dwie muszle i magnesik. Miliarderzy zabierają sobie rzeźbiarza i reżysera. Księżycowy lot Maezawy ma się odbyć nie wcześniej niż w 2023 r. Musk nie jest dobry w dotrzymywaniu terminów, ale ewidentnie traktuje Starship jako swój priorytet. Zapowiedział, że jego kosmiczna korporacja SpaceX wstrzymuje prace rozwojowe nad swoimi pozostałymi rakietami. Cała para idzie w to jedno ogromne cacko. Co ciekawe, Starship może też zastąpić samoloty pasażerskie. Zamiast na Marsa może zabierać pasażerów w loty międzymiastowe. Warszawa – Sydney w 30 minut. Ile może kosztować bilet? Tego jeszcze nie wiadomo, ale prawdopodobnie przy takiej ładowności pojazdu cena będzie wielokrotnie niższa od tego, ile dziś każą sobie płacić Branson i Bezos. Musk szacuje, że przeprowadzka na Marsa ma kosztować mniej niż dom na amerykańskich przedmieściach.

Kosmiczny hotel

Ale, ale. Objazdówki nie każdego kręcą. Jeśli mamy zacząć latać na kosmiczne wakacje, warto mieć jakiś cel. I tu pojawia się ostatnie z wymienionych na początku nazwisk. Robert Bigelow zarobił fortunę na tanich motelach i postanowił przenieść ten sam model biznesowy w kosmos. Jego firma, Bigelow Aerospace, odkupiła od NASA technologię, którą agencja wymyśliła i schowała do archiwum – nadmuchiwane stacje kosmiczne. Kevlarowe balony są lekkie, wytrzymałe i ogromne. Jeden duży moduł Bigelowa będzie miał 2200 m3 pojemności. Cała Międzynarodowa Stacja Kosmiczna ma nieco mniej niż 1000. Kilka takich balonów wystarczy do zbudowania całkiem przestronnego laboratorium, fabryki czy hotelu. Co więcej, taki sam moduł może zostać „posadzony” na powierzchni Księżyca i stać się podstawą tamtejszej bazy. Szybko, tanio i bezpiecznie. Pierwszy orbitalny hotel Bigelowa, Skywalker, miał znaleźć się na orbicie już w 2010 r., ale przez opóźnienia w pracach nad załogowymi kapsułami nie byłoby w zasadzie sposobu na dostarczenie na jego pokład załogi. Bigelow szacował, że doba hotelowa w Skywalkerze kosztowałaby około miliona dolarów. Ze śniadaniem. Nie wiadomo, czy planował umieszczenie na pokładzie minibaru.

Kosmiczne żarcie

No właśnie – jak all inclusive, to all inclusive. Na szczęście czasy, w których astronauci karmili się czymś dziwnym wyciskanym z tubki, są już odległą przeszłością. Dzisiejsze pojazdy kosmiczne mają całkiem dobrze zaopatrzone spiżarnie. Problemem jest tylko pieczywo, bo okruchy mają paskudny zwyczaj wciskania się w szczeliny. Zamiast chleba astronauci robią więc kanapki z o wiele mniej kruszących się tortilli. Kuchnia meksykańska i tajska są wśród astronautów bardzo popularne z dosyć obrzydliwego powodu. Gdy nie ma grawitacji, płyny ustrojowe nie spływają do stóp i mają zwyczaj gromadzić się w głowie. Stąd charakterystyczne, napuchnięte twarze astronautów (to nie przez alkohol) oraz nieco podwyższone przez ściśniętą krtań głosy. Astronauci przez cały czas spędzony w kosmosie mają kompletnie zapchane zatoki – przez co w cenie jest każda forma pikantnego jedzenia. Wszystko inne jest po prostu bez smaku.
Co do alkoholu, formalnie jak dotąd w amerykańskim menu pojawił się tylko raz. Załoga stacji kosmicznej Skylab miała mieć do dyspozycji odrobinę sherry do każdego obiadu. Miała – dopóki o planowanym kosmicznym pijaństwie (naparstek do obiadu) nie dowiedział się Kongres. Wzburzeni tak nieamerykańską rozpustą Republikanie uziemili sherry. Rosjanie pozwalali sobie podobno na odrobinę wódki czy koniaku na pokładzie Mira, ale na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej trzymają się prohibicji. Wpływ alkoholu na organizm człowieka w stanie nieważkości pozostaje więc pewną zagadką. Eksperci odradzają jednak picie w kosmosie piwa: w nieważkości piana powstająca przy spożywaniu jakichkolwiek gazowanych napojów gromadzi się w żołądku i powoduje najczęściej serię niezbyt estetycznych beknięć.

Kosmiczny seks

Skoro nie alkohol, to może…? Kilka lat temu Pornhub zaproponował Virgin Galactic milion dolarów za wykupienie lotu na potrzeby nakręcenia (ekspresowo, w kilka minut) filmu porno pod roboczym tytułem „Sexploration” w stanie nieważkości. Branson kasy nie wziął, ale, co może zaskakujące, nad seksem w kosmosie zastanawia się nie tylko branża porno, lecz także poważne agencje kosmiczne. Formalnie na orbicie nikt nie przeprowadził żadnych, nazwijmy to, eksperymentów, choć od lat na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej znajdują się mieszane załogi, nie można więc wykluczyć, że badania w tej kwestii zostały już przeprowadzone nieoficjalnie. Z eksperymentów na pokładzie samolotów symulujących stan nieważkości wiadomo jednak, że jakakolwiek próba baraszkowania w takich warunkach bez odpowiedniego wyposażenia mogłaby się skończyć frustracją dwojga poobijanych ludzi.
Zasadniczy problem polega na tym, że jeden nieprzemyślany ruch wystarczy, żeby obie osoby odepchnęły się od siebie – prosto na ściany. Potencjalnie ze sporą prędkością. Newtonowska mechanika jest wyjątkowo nieprzyjazna kosmicznej erotyce.
Z pomocą przychodzą jednak... rzepy. Aktorka i wynalazczyni Vanna Bonta stworzyła strój 2suit, który ma pomóc astronautom zakotwiczyć się do siebie nawzajem – i do jakiegoś stabilnego przedmiotu. Strój został przetestowany „na sucho” – podczas lotu parabolicznego w tradycyjnym samolocie. Przyzwoity (bądź nieprzyzwoity) kosmiczny hotel powinien mieć na wyposażeniu kilka sztuk.

Więcej o: