Odpoczywać trzeba umieć. Jak czerpać przyjemność z odpoczynku?

Ciągły pęd, niedoczas, a do tego nowoczesne technologie, gadżety i aplikacje, które odwracają uwagę od tego, co w życiu ważne. Warto zadać sobie pytanie, co zrobić, by efektywnie się zregenerować. Nie tylko podczas wakacji.

Jeszcze niedawno karierę w internecie robił akronim FOMO (ang. fear of missing out) oznaczający obawę przed informacyjnym i społecznym wykluczeniem, przymus bycia w centrum wydarzeń, strach przed tym, że coś ważnego nas omija. Przejawem problemu, który psychologowie dopisali do listy chorób cywilizacyjnych XXI w., stało się ciągłe sięganie po smartfona, przeglądanie portali newsowych, sprawdzanie aktywności znajomych i przyjaciół w mediach społecznościowych.

Znalazło to swoje odzwierciedlenie w przeprowadzonym przed trzema laty eksperymencie, który pokazał, że przeciętnie sięgamy po komórkę 76 razy w ciągu doby, wpatrując się w jej ekran łącznie prawie dwie i pół godziny. Równocześnie inne badanie dowiodło, że aż dwie trzecie osób odczuwa przyspieszenie tempa życia. A od tego czasu świat przecież wcale nie zwolnił.

Jest jednak nadzieja, czego potwierdzeniem może być nowy trend, którego nazwa również mieści się w czterech znakach. To JOMO (ang. joy of missing out), czyli – mówiąc najogólniej – radość z bycia offline, potrzeba spowolnienia i relaksu, chęć wylogowania się do życia.

Osoby, które świadomie rezygnują z sieci lub ograniczają funkcjonowanie w niej, kierują się różnymi motywami. Są zmęczone natłokiem informacji, coraz bardziej rozumieją, jak wiele czasu bezpowrotnie tracą, przeglądając kolejne strony w internecie. Przyglądanie się wykreowanemu życiu innych może też skłaniać do niekorzystnych dla samego siebie porównań i pogorszenia nastroju, a stałe sięganie po telefon bywa formą odwracania uwagi od siebie, emocji, doznań czy niewygodnych przemyśleń

– mówi psycholog, psychoterapeuta i coach Piotr Pawłowski. Zwraca uwagę na fakt, że nie dotyczy to wyłącznie życia osobistego, ale wpływa również na to zawodowe.

Bycie online – pod telefonem, mailem czy komunikatorem – nie pozwala na prawdziwy odpoczynek, kieruje myśli na sprawy związane z pracą. Zapewne nie przez przypadek pierwsze telefony komórkowe były nazywane „smyczą”

– dodaje.

Problem ten staje się coraz bardziej zauważalny. Na Zachodzie popularny jest tzw. downshifting, czyli spowalnianie kariery zawodowej na rzecz zajęcia mniej prestiżowego i słabiej wynagradzanego, dającego jednak więcej satysfakcji i wolnego czasu. Zdaniem psychologa taki trend może oznaczać, że coraz więcej ludzi dokonuje przetasowań w swoich hierarchiach wartości, wyżej stawiając rozwój, samoświadomość, spokój i udane relacje niż dobra materialne, prestiż i sukces zawodowy.

Gdyby taka tendencja się rozwijała, byłby to krok ku idealnej równowadze

– mówi Pawłowski.

Zbawienny brak internetu

Kwestia spowolnienia i ucieczki od nowoczesnych technologii wydaje się szczególnie istotna w kontekście trwających wakacji. Czy jest szansa, by w tak krótkim okresie, jaki mamy na urlop, skutecznie się odciąć? Tomek Michniewicz – podróżnik, mówca motywacyjny, dziennikarz i reportażysta, który sam często wyjeżdża i organizuje wyprawy komercyjne – twierdzi, że to możliwe, jednak wyłącznie pod warunkiem zaakceptowania określonych „reguł gry”.

Dwa lata temu miałem w grupie dwójkę inwestorów giełdowych, którzy ze względu na charakter pracy po prostu nie mogli sobie pozwolić na odstawienie na tydzień laptopa, nawet na wakacjach. Rano składali zlecenia, potem odkładali komputer i cały dzień biegali ze mną po buszu, a wieczorem wracali do sieci, żeby znów poustawiać klocki. I to jestem w stanie zrozumieć. Natomiast jeśli ktoś szuka resetu i jednocześnie nie jest gotów wyłączyć smartfona, to nigdy mu się nie uda. Dlatego ułatwiam uczestnikom wypraw życie i zabieram ich w miejsca, w których internetu po prostu nie ma. Ten czynnik uważam za zbawienny, bo nagle okazuje się, że bez sieci da się żyć, a co więcej, przez ten tydzień nie dzieje się nic przełomowego, co wymagałoby natychmiastowej reakcji

– mówi Michniewicz.

Dopóki mamy codzienny kontakt ze sprawami w Polsce, nie ma mowy o resecie. Tak więc wybieram bezludne wyspy, lasy deszczowe w Azji albo jakieś kawałki Afryki, gdzie o zasięgu telefonu można tylko pomarzyć. Z doświadczenia wiem, że po kilku dniach spędzonych w takim miejscu wszystko zaczyna się widzieć z zupełnie innej perspektywy

– dodaje. I podkreśla, że sam już zrobił technologiczny rachunek sumienia.

Dawno temu „rozsynchronizowałem” telefon. Pocztę sprawdzam tylko ręcznie, nie wyskakują mi też powiadomienia z żadnej aplikacji. Telefon sam się wycisza o 19 i odpala ponownie o 9 rano, wieczorem i w nocy przepuszczając tylko połączenia od najbliższych. Wyłączyłem dźwięki wszystkich komunikatorów, bo brzęczący telefon trzeba podnieść i sprawdzić, co się dzieje. Jak ognia unikam aplikacji scrollowanych bez końca – ułatwiła mi to analiza czasu, jaki spędzałem na Facebooku. Godziny dziennie, które – gdy się nad tym dobrze zastanowiłem – nie przynosiły mi nic, ale to nic wartościowego. To kwestia świadomej decyzji, którą można podjąć od ręki. Tak jak z telewizorem – coraz więcej osób nie ma go w domu. Kiedyś to było nie do pomyślenia, a okazało się, że to żaden problem, jeśli tylko podejmie się taką decyzję

– mówi podróżnik.

Doznanie, nie zwiedzanie

Tomek Michniewicz najczęściej zabiera w trasę menedżerów na zlecenie firm, a więc w określonym celu.

Czasem ci ludzie borykają się z syndromem wypalenia i już nic im się nie chce, a czasem to skonfliktowane zespoły, które muszą nauczyć się współpracować. Na wyjazdach zdarza się też sporo osób, które po prostu chcą na chwilę uciec od życia, żeby poukładać sobie w głowie różne sprawy. Fizyczny dystans, odległość innego kontynentu bardzo taki proces ułatwiają

– podkreśla.

Jest jeszcze inny aspekt. Zdaniem Piotra Pawłowskiego powinniśmy pamiętać, że pierwsze dni urlopu to czas, w którym wyhamowujemy, przechodzimy z trybu pracowo-zadaniowego na wypoczynkowy, z kolei ostatnie to czas, w którym zaczynamy się mobilizować przed spodziewanym powrotem do pracy.

Wniosek stąd płynie taki, że urlop musi być wystarczająco długi. Warto przy tym szczerze się zastanowić, czego aktualnie potrzebujemy – wyciszenia, aktywności, spotkań z ludźmi, a może samotności – i pozwolić sobie na ewentualną modyfikację planów. Wyczulenie na własne potrzeby wydaje się szczególnie ważne podczas wypoczynku, gdyż w codziennym pośpiechu niestety zbyt często o nich zapominamy. Parafrazując fragment książki „Pozwól rzece płynąć” Michała Cichego, gdziekolwiek pojedziemy, siebie zabierzemy ze sobą

– podkreśla psycholog.

Trzeba wreszcie pomyśleć o czymś i dla ciała, i dla ducha. Niech dostosowana do potrzeb i możliwości aktywność fizyczna uzupełnia inne formy wypoczynku, nastawione bardziej na przeżycie czy doświadczanie

– dodaje.

Przykłady klientów Michniewicza pokazują, że generalnie rzecz biorąc, coraz chętniej odpoczywamy dokładnie odwrotnie do tego, jak pracujemy. Że im częściej wyjeżdżamy służbowo i nocujemy w sieciowych hotelach, tym bardziej potrzebujemy bliskości natury, ucieczki od cywilizacji. Że zamiast na pobyt w 5-gwiazdkowym hotelu lub na wycieczki typu „7 stolic w 7 dni” stawiamy na wakacje pod hasłem „doznanie, nie zwiedzanie”.

Przyczyn może być kilka. Podróżujemy znacznie częściej niż kiedyś, również zawodowo, stąd sama podróż nie musi być taką atrakcją jak kiedyś. Objazdówka jest męcząca i niebezpiecznie przypomina znany z pracy wzór zadań do wykonania, nakładając na nas przymus aktywności, której mamy aż nadto na co dzień. Coraz częściej zdajemy sobie sprawę, że poza wykonywaniem zadań ważne jest również bycie w kontakcie z bliskimi, z przyrodą, z sobą samym

– mówi Pawłowski.

Natura górą

Pojawiający się tu wątek obcowania z naturą ma swoje odbicie w statystykach. Jak wynika z danych GUS, rośnie liczba gospodarstw agroturystycznych, gdyż powiększa się grono osób, które chcą spędzać urlop nie tylko w egzotycznej dziczy, ale i miejscach, gdzie można poleżeć w hamaku, posiedzieć przy ognisku, nauczyć się ubijania masła czy filcowania wełny. Albo po prostu kontemplować przyrodę.

Takie właśnie gospodarstwo na Warmii prowadzi Marcin Majewski.

Siedlisko położone jest daleko za wsią. To był świadomy wybór. Nie ma sąsiadów, dookoła pola i lasy, można pojechać na kąpielisko z dzieckiem, a potem wrócić do kameralnego domu, do ciszy i spokoju. Są tylko dwa pokoje, więc nie ma większego ryzyka porażki w wyścigu do fajnego miejsca na kocyk, leżak czy hamak

– mówi właściciel, który wcześniej przez wiele lat prowadził cenioną w środowisku alternatywnym warszawską Jadłodajnię Filozoficzną. Gdy klub stanął w płomieniach, a kolejne próby dogadania się z miastem w sprawie lokalu zastępczego nie przyniosły efektów, postanowił wyemigrować ze stolicy.

Moi goście to osoby, które potrafią cieszyć się z kontaktu z naturą. Świadomie nie zabudowuję siedliska, nie przekształcam go, nie brukuję alejek, nie strzygę trawy do ziemi. Wyższa trawa towięcej życia w niej i ponad nią, więcej owadów i ptaków. Podoba mi się idea domku w lesie, a lasu przecież nie wycinasz, drzew nie formujesz, cieszysz się lasem takim, jaki jest. Staram się, żeby było tak dziko, jak to tylko możliwe. I przyroda się odwdzięcza

– przekonuje Majewski. Zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt „powrotu do korzeni”, czyli jedzenie.

W jak największym stopniu powinno być lokalne, organiczne i nieprzetworzone – wylicza i słowa przekuwa w czyny, bo w ramach agroturystyki prowadzi kaszarnię. Wytwarza bezglutenową kaszę gryczaną, z której również produkuje mąkę. Tym samym wpisuje się w slowfoodowy nurt, który – tak jak w przypadku „spowolnienia” życiowego i wakacyjnego – stawia na jakość, a nie ilość.

Majewski nie zgadza się z tezą, że kontakt z naturą to forma cywilizacyjnego eskapizmu. – Przez miliony lat ewoluowaliśmy w tym środowisku i nagle mówimy, że do niego „uciekamy”? To cywilizacja jest formą odcięcia.

Więcej o: