Jak w praktyce wygląda strzelectwo dynamiczne?

Gdy dotąd myślałem o strzelectwie sportowym, miałem przed oczami gości, którzy stoją na strzelnicy jak posągi i spokojnie mierzą do tarcz. - Od tego wszyscy zaczynają. Potem jednak niektórzy nabierają ochoty na coś więcej - powiedział Marcin Tausiewicz, wielokrotny mistrz Polski, który wprowadził mnie w świat strzelania dynamicznego.

Na początku nie miałem pojęcia, o co w tym całym strzelectwie dynamicznym (przez niektórych nazywanym praktycznym) chodzi, więc chciałem umówić się z Marcinem na strzelnicy, żeby zobaczyć, jak trenuje. Ten jednak miał inny pomysł. 

– Lepiej będzie, jeśli wpadniesz na zawody. Jak będziemy mieli przygotowany tor, to lepiej zrozumiesz, w czym rzecz. 

Atmosfera na położonej mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Pabianicami a Bełchatowem strzelnicy jest dość piknikowa. Całość składa się z kilku specjalnieprzygotowanych do takiego strzelania torów. Jedni przygotowują broń do kolejnej rundy zmagań (każda odbywa się na innym torze), inni wesoło ze sobą gawędzą. Większość stanowią faceci z pistoletami, ale jeden postanowił strzelać dziś z karabinu. To możliwe, bo oprócz trzech klas pistoletu (production, gdzie strzela się z broni fabrycznej, standard – tu dopuszczany jest większy kaliber – oraz open, w której broń można modyfikować, zwiększając w ten sposób szanse na zwycięstwo) jest także klasa PCC, w której używa się karabinów na amunicję pistoletową. 

Sprzęt strzelecki znajdziesz na stronie www.helikon-tex.com

Po kilku minutach rozglądania się po strzelnicy dostrzegam wreszcie mojego rozmówcę. Marcin to wysportowany blondyn o szerokich barach i równie szerokim uśmiechu. Wita się ze mną i mówi: – Chodź, zaraz będziemy strzelać na tym torze. Tu nie ma co opowiadać, najlepiej zobaczyć na własne oczy. 
Tor to prostokąt o kilkunastometrowych bokach – w środku znajduje się pole, po którym zawodnik może się poruszać, przeszkody w postaci ścian oraz oczywiście cele. Tych ostatnich mamy kilka rodzajów – tekturowe tarcze, metalowe płytki, popery i cele ruchome, najczęściej aktywowane strzałem w inny cel. 

Na planie Johna Wicka? 

Każda runda zaczyna się od briefu. Sędzia czyta opis toru – to informacje dotyczące głównie liczby i rodzajów celów – a także kontroluje kondycję broni i informuje o zasadach bezpieczeństwa. Następnie sprawdzana jest lista obecności (zupełnie jak w szkole) i ustalana kolejność strzelających. Potem zawodnicy dostają 2-3 minuty na rozejrzenie się po torze. Każdy z nich spaceruje po nim powoli z rękami wyciągniętymi tak, jakby trzymał w nich broń. Muszą wiedzieć, co ich czeka, bo każda chwila zawahania oznacza utratę cennych sekund. Marcin deklaruje, że może iść jako pierwszy. Gdy staje na polu startowym, szeroki uśmiech znika z twarzy, a zastępuje go wyraz pełnego skupienia. Sędzia najpierw nakazuje mu zajęcie pozycji startowej, następnie upewnia się, czy jest gotowy („Are you ready? ” – wszystkie komendy sędziowie wypowiadają po angielsku). Gdy wszystko jest w porządku, rozlega się sygnał dźwiękowy timera i zaczyna się akcja. 

Każdy tor należy dokładnie sprawdzić, aby podczas rundy nie tracić cennych sekundKażdy tor należy dokładnie sprawdzić, aby podczas rundy nie tracić cennych sekund Albert Zawada / Agencja Gazeta

Nie zdążyły minąć dwie sekundy, a pierwsze cztery pociski trafiły w dwa cele. Marcin podbiega do kolejnego celu i strzela, zanim jeszcze zdąży się zatrzymać. Brzdęk płytki oznacza, że kolejna kula znalazła drogę do celu. Po kolejnych wystrzałach strzelec znów zmienia pozycję, po drodze wymieniając magazynek. Robi to w ułamku sekundy – pełny trafia do komory pistoletu niemal w tym samym momencie, w którym pusty uderza o ziemię. Jeszcze kilka strzałów i runda się kończy – oddanie 28 celnych strzałów zajęło kilkanaście sekund. Gdyby scenografia była nieco inna, mógłbym uznać, że znalazłem się na planie kolejnej części „Johna Wicka” albo w środku rundy w „Counter-Strike’a”. Gdy zawodnik strzela, krok w krok za nim podąża sędzia, aby czuwać nad bezpieczeństwem zawodnika podczas pokonywania toru. „Szybko poszło” – rzucam Marcinowi, a jemu w odpowiedzi na twarz wraca szeroki uśmiech. 

Diligentia, Vis, Celeritas 

Po ostrzelaniu wszystkich torów, a jeszcze przed wręczeniem nagród mamy czas, żeby trochę pogadać i, rzecz jasna, postrzelać. Pytam Marcina, co jest najważniejsze w tym sporcie. 

– Celność, moc i szybkość. Te trzy słowa, tylko zapisane po łacinie, to dewiza IPSC, czyli największej federacji strzelectwa dynamicznego. Celność to wiadomo – tarcza ma różne obszary trafień i trzeba celować tak, żeby trafiać w najlepiej punktowane. Mocto kwestia kalibru, on jest istotny w mojej klasie. No i szybkość – to wszystko trzeba zrobić w jak najkrótszym czasie. 

– Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby móc spróbować swoich sił w tym sporcie? 

– Przede wszystkim musisz zdobyć odpowiednie uprawnienia i posiadać własną broń. Ja podobnie jak wielu innych zawodników zaczynałem od glocka. Kupiłem go od agencji ochrony – był noszony, ale nie strzelany. Wtedy startowałem w klasie production i z tym glockiem trzy razy zdobyłem mistrzostwo Polski. Potem przeszedłem do klasy open, a tutaj ceny już są inne, bo można używać modyfikacji. Taka broń jak moja obecna kosztuje ponad 20 tys. zł, a górna granica cenowa jest sporo wyżej. Chodź, pokażę ci, jak się z tego strzela. 

Mistrz Polski w strzelectwie
dynamicznym prezentuje swój
arsenał. Jeden pistolet może
kosztować nawet 20 tys. zł.Mistrz Polski w strzelectwie dynamicznym prezentuje swój arsenał. Jeden pistolet może kosztować nawet 20 tys. zł. Helikon-Tex

Lufą w stronę tarczy 

Ustawiamy się na torze. Marcin najpierw wyjaśnia budowę pistoletu. – To broń do klasy open. Różnica względem standardowego jest taka: ma powiększone gniazdo ładowania, czyli tak zwany lejek – umożliwia szybszą zmianę magazynka. Ma też thumb rest, czyli miejsce spoczynkowe kciuka lewej ręki. Jest też kolimator, czyli celownik laserowy, i racker, czyli rączka do przeładowania – dzięki niemu szybciej się przeładowuje, niż łapiąc za zamek. No i najważniejsza rzecz – kompensator. Redukuje podrzut i odrzut broni, dzięki czemu o wiele łatwiej oddać dwa szybkie strzały jeden po drugim.  

Będziemy strzelać do trzech tarcz. Ustawiamy się naprzeciwko pierwszej i bum. Następnie trzeba zrobić trzy kroki w lewo, strzelić do drugiej, obrócić się w prawo o jakieś 30 stopni i strzelić do trzeciej. Brzmi łatwo i tak też wygląda w wykonaniu Marcina – oddanie sześciu strzałów (po dwa do każdej tarczy zajmuje mu jakieś 3-4 sekundy. 

Gdy przyszła kolej na mnie, tyle samo czasu zajęło mi wyjęcie broni z kabury i jej odbezpieczenie. Najpierw poćwiczyliśmy „na sucho”, ale po kilku minutach ostra amunicja trafiła do magazynka i poczułem uderzenie adrenaliny już w chwili, gdy wziąłem pistolet do ręki. – Pamiętaj o podstawowej zasadzie – mówi Marcin. Unoszę pytająco brwi. – Lufą w stronę tarczy – wyjaśnia z uśmiechem, parafrazując Jona Snowa z „Gry o tron”. 

Bezpieczeństwo
przede wszystkim.
Z bronią obchodziłem
się ostrożnie, ale
zapomniałem o...
własnych uszach.Bezpieczeństwo przede wszystkim. Z bronią obchodziłem się ostrożnie, ale zapomniałem o... własnych uszach. Albert Zawada / Agencja Gazeta

To, co w jego wykonaniu wygląda banalnie, mnie idzie bardzo mozolnie. Gdy już opanowałem wyciąganie broni i odbezpieczanie, okazało się, że odnalezienie czerwonej kropki na kolimatorze jest trudniejsze, niż się wydaje. W końcu jednak moje oko ustawia się w jednej linii z celownikiem i mogę nacisnąć spust. Trafiam w tarczę, choć nie w sam środek. Robię trzy kroki w lewo i ponownie tracę cenne sekundy, usiłując odnaleźć odpowiedni punkt w celowniku. Chwilę później udaje mi się i kule świszczą w powietrzu, dziurawiąc tarczę. Obracam się w stronę trzeciej i tym razem nie tracę czasu na precyzyjne celowanie. Efekt jest taki, że jedna z kul robi dziurę w krawędzi tarczy, a druga wbija się w kulochwyt. 

– Nie tak źle – uznaje Marcin. – Spróbujmy jeszcze raz. Zrób tak samo jak poprzednio, tylko tym razem szybciej. I trzymaj pistolet mocniej, to nie będzie takiego odrzutu. 

Na jego komendę zaczynam siłować się z bronią w kaburze, bo zapomniałem, że w tym miejscu też znajduje się zabezpieczenie. Potem jest jednak lepiej. Prawym kciukiem odbezpieczam pistolet w tym samym momencie, w którym lewy ląduje na thumb reście. Pół sekundy później czerwona kropka pokazuje się w kolimatorze, więc naciskam dwukrotnie spust. Co dalej? Aha, następna tarcza. Przechodzę w lewo, niepotrzebnie unosząc lufę, i celowanie znów trwa za długo. Strzelam, odwracam się do trzeciej i poruszam lekko nadgarstkiem, szukając celownika. Jest! Oddaję dwa strzały, a pociski tym razem trafiają w tarczę. Spróbowałem jeszcze kilka razy i miałem wrażenie, że za każdym notowałem niewielki progres. 

Na końcu lufy jest kompensator - zapobiega
odrzutowi. Dźwignia na środku to racker dla szybszego
przeładowania. No i szerszy 'lejek' na rękojeści,
aby magazynek łatwiej trafił na miejsce.Na końcu lufy jest kompensator - zapobiega odrzutowi. Dźwignia na środku to racker dla szybszego przeładowania. No i szerszy 'lejek' na rękojeści, aby magazynek łatwiej trafił na miejsce. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Gry a rzeczywistość 

To, co mnie zaskoczyło na strzelnicy, to przedział wiekowy startujących. Najmłodszy z uczestników wyglądał na pełnoletniego od niedawna, a najstarszy mógł mieć ponad 70 lat. Wbrew pozorom nie jest to wyłącznie męski sport – na zawodach były również kobiety (choć w mniejszości) i to nie tylko w charakterze zawodniczek, ale także sędziów. Mówię o tym Marcinowi, a on odpowiada: 

– To jest sport, a nie zabawa w wojsko, chociaż wielu tak właśnie to widzi. Broń wielu ludziom kojarzy się negatywnie, ale moim zdaniem to wynika z niewiedzy. Dla nas uprawianie tego sportu to frajda i możliwość doskonalenia swoich umiejętności. 

– Jak myślisz, czy ktoś, kto jest dobry w strzelanki na konsoli, ma szansę odnaleźć się w tym sporcie? 

– Pewnie tak, ale jego umiejętności w grze nie będą miały żadnego znaczenia na strzelnicy. Nie ten ciężar, nie ta koncentracja. Lecz próbować może. 

Wizytę na strzelnicy okupiłem kilkudniowym dzwonieniem w uchu (przy pierwszym strzale byłem tak zaaferowany, że zapomniałem o słuchawkach), ale było warto. Marcin z kolei wygrał zawody w swojej klasie, a odczytujący wyniki poinformował o tym takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Więcej o: