Boksując się z życiem - wywiad z Piotrem Stramowskim

Gdy coś postanowi, to nie odpuszcza. Dlatego pomimo licznych komplikacji zdecydował się dokończyć zdjęcia do dramatu sportowego "Fighter". Z okazji premiery filmu Piotr Stramowski zdradza nam m.in., czy korzystał kiedyś z pomocy coacha, jak imprezowało się z producentem oscarowego "Green Booka" i co sądzi o hejcie na Patryka Vegę.

Chyba w te wakacje nie masz co liczyć na odpoczynek. Tuż przed naszym spotkaniem wróciłeś z planu zdjęciowego z Łodzi. Za moment zaczynasz zdjęcia do kolejnego projektu. Telefon nieustannie dzwoni, pojawiają się nowe propozycje zawodowe. Dla aktora to pewnie wymarzona sytuacja.

Z jednej strony cieszę się, bo jest praca. Z drugiej boję się, że mogę się rozleniwić.

Słucham?!

Chodzi mi o lęk, że może obniżyć się jakość tego, co robię. Zawsze, kiedy w coś się angażuję, daję z siebie sto procent. Gdy bierze się jednak udział w kilku dużych przedsięwzięciach, trzeba sobie te siły jakoś rozłożyć.

To chyba także niemałe wyzwanie psychiczne: musisz nosić w sobie jednocześnie kilka dużych postaci.

Do tego dochodzi sporo emocji związanych z realizacją filmu „Fighter” znanego wcześniej jako „Klatka”. Strasznie mnie przetargała cała ta historia. Gdy zdjęcia zostały przerwane, wydawało się, że to już koniec. Ostatecznie udało nam się jednak dokończyć to, co zaczęliśmy. Początkowo obiecywałem sobie, że nie wrócę na plan. Napisałem do całej 40-osobowej ekipy maila, w którym tłumaczyłem, że nie dam rady. Że pomimo olbrzymich chęci i miłości do projektu nie chcę drugi raz wchodzić do tej samej rzeki.

Co ostatecznie sprawiło, że wróciłeś do „Fightera”?

Ludzie. Masa osób, które zaangażowały się w ten projekt. Ci, którzy byli związani z nim od samego początku, i ci, którzy dołączyli do niego dopiero w tym roku po wznowieniu prac. Reżyserzy Konrad Maximilian i Artur Gortatowski, operator Arek Tomiak, a także kontynuujący zdjęcia w drugiej turze jego uczeń Piotr Uznański. Projekt umarł, a zapał pozostał. Nie umiem ci tego opisać.

Jest w tym coś symbolicznego, że historia twojego bohatera – boksera, który ląduje na dnie i musi się z niego podnieść – rymuje się z okolicznościami powstania tego filmu.

Zeszły rok był dla mnie trudny na wielu poziomach. Dużo rzeczy mi się wtedy skomplikowało. W trakcie przerwy między zdjęciami nastąpił punkt zwrotny. Mam wrażenie, że ten przestój dobrze nam wszystkim zrobił. Paradoksalnie film, który powstał, będzie lepszy od tego, który zamierzaliśmy pierwotnie nakręcić w zeszłym roku.

Jesteś fighterem w prywatnym życiu?

Co ty, nie…

Ale nie chodzi mi o skakanie z pięściami do ludzi. Raczej o siłę i odwagę, by mierzyć się z przeciwnościami losu.

W tym sensie myślę, że mam w sobie ducha walki. Jak coś postanowię, to będę parł do przodu jak czołg, aby zrealizować cel. Świat dookoła wtedy znika, znajomi czekają. Jest we mnie jakaś taka zawziętość. Potrafię się wkręcić w najmniej interesującą pierdołę. Jak byłem mały, to raz zdarzyło mi się patrzeć na zegarek i sprawdzać, ile trwa godzina. Odrywałem wzrok od sekundnika dopiero, gdy wskazówka zatoczyła pełny obrót. Brzmi to jak jakaś lekka forma zespołu Aspergera.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Nie zdarzyło ci się nigdy, że coś zacząłeś i porzuciłeś w trakcie?

Przez moment wydawało mi się, że odpuszczę sobie „Fightera”. Już się z tym nawet pogodziłem. Jakiś męczący głos w głowie ciągle powtarzał mi jednak, że muszę ten film skończyć.

Skąd ta nieustanna potrzeba udowadniania sobie czegoś?

Może to kompleksy? Może dawno temu moje poczucie własnej wartości doznało uszczerbku? Nie mam pojęcia. Przechodzę teraz w życiu przez bardzo ciekawy okres. Dużo rzeczy się dzieje. W lipcu mam tylko jeden dzień wolny, wliczając w to soboty i niedziele. Moja agentka mówi mi, że muszę odpoczywać, kiedy tylko mogę. Jak kręciłem „Pitbulla”, też było pełno roboty. Wiesz, jak się pracuje u Vegi: szybko, intensywnie. Miałem wtedy jednak jakiś spokój ducha. Teraz, kiedy staram się pracować nad sobą, ułożyć sobie w głowie pewne rzeczy, czuję, że to jest bardzo wyczerpujący proces. Przede wszystkim wymaga czasu, którego nie mam. Kiedyś się tym nie zajmowałem i dzięki temu mogłem poświęcić się aktorstwu w stu procentach. Zapieprzałem dzień w dzień na plan i było w porządku. Ba, mogłem później jeszcze iść na imprezę i odreagować. Teraz układam sobie w głowie ważne dla mnie rzeczy, a jednocześnie pracuję intensywnie jako aktor. I to w kilku projektach naraz. Robi się tego za dużo. Długi czas miałem poczucie, że jestem niezniszczalny i mogę wszystko znieść. Teraz okazało się, że jednak tak nie jest.

Sukces nie tylko rozwiązuje problemy, ale także dokłada nowe.

Nie wiem, czy to kwestia sukcesu. Prowadziłem dotąd wygodny, swobodny tryb życia. Wszystko szło według pewnego planu. Chociaż w moim przypadku to był raczej brak planu, który okazał się planem. Teraz wydaje mi się, że docieram do granic swoich możliwości. Potrzebuję czasu na regenerację. Tak jak na siłowni. Dajesz ciału w kość, by potem pozwolić mu odpocząć.

W ramach odpoczynku zróbmy więc sobie krótką wycieczkę do przeszłości. Niedawno wrzuciłeś na Instagram swoje zdjęcie z czasów, gdy miałeś 17 lat. Kim chciał być ten sympatyczny chłopaczek w dresie?

Nie miałem wtedy żadnych aspiracji. Żyłem z dnia na dzień, cieszyłem się chwilą i niczego nie planowałem. W mojej głowie były tylko jakieś mgliste wyobrażenia. Raz chciałem być archeologiem, później fizykiem albo astronautą. Wszystkie te zainteresowania zostały ze mną po trosze do dziś. Wciąż na maksa ciekawi mnie kosmos i temat starożytnych cywilizacji. Nigdy nie byłem jednak dobry z przedmiotów ścisłych. Zostało aktorstwo, w które, tak podejrzewam, wdepnąłem trochę przypadkowo. Postanowiłem, że będę na nie zdawał, ale za pierwszym razem się nie dostałem. Strasznie się wtedy wkurzyłem.

Sebastian Fabijański opowiadał w którymś z wywiadów, że to ty namówiłeś go do zdawania do szkoły aktorskiej.

Tak, chyba nawet sam o tym już kiedyś opowiadałem w jednym z wywiadów. Znamy się z Sebkiem baaardzo długo. Od podstawówki.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Odnoszę wrażenie, że łączy was szorstka przyjaźń.

To, co nam się przydarzyło, jest w sumie bardzo dziwne. Jesteśmy z jednego podwórka. Obaj osiągnęliśmy sukces w tym samym zawodzie, zdobyliśmy sporą popularność. Często proponują nam te same role. Nasza droga aktorska zaczęła się dokładnie tego samego dnia na fuksówce w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia. Kiedyś bardzo się przyjaźniliśmy. Teraz została nam rzeczywiście tylko „szorstka przyjaźń”. Mam pewną teorię, dlaczego tak się stało, ale chyba musiałbyś pogadać z Fabianem i zapytać jego, o co tak naprawdę chodzi, bo ja nie wiem.

Kiedy miałeś 17 lat, wysiadywałeś na ławce pod blokiem?

Pewnie. Bardzo miło wspominam tamte czasy. Mieszkałem wtedy z rodzicami na osiedlu Patronat. To takie dziwne miejsce położone między Piasecznem a Warszawą. Udało nam się zmontować fajną ekipę. To był okres beztroski. Rodzice zapewnili mi dobre dzieciństwo. Miałem wszystkiego pod dostatkiem. Nie musiałem się niczym martwić. Byłem chyba trochę rozpieszczony. Żyłem tu i teraz.

Należałeś do jakiejś subkultury?

Byliśmy skejtami. Chodziliśmy w szerokich spodniach, jeździliśmy na deskorolkach, słuchaliśmy hip-hopu i bazgraliśmy po murach.

Których raperów słuchałeś?

WWO, ZIP składu, Molesty/Ewenementu. Głównie warszawskiego rapu, choć miałem przez moment zajawkę także na Peję i O.S.T.R.-a. Swoją drogą nie przypuszczałem wtedy, że po latach będę się kumplował z Vieniem z Molesty.

Jaką miałeś ksywę na podwórku?

Od zawsze Stramek.

Mówisz, że nie miałeś nigdy tendencji do awanturowania się. Jakaś osiedlowa bójka musiała się chyba jednak wywiązać.

To była bodajże pierwsza klasa gimnazjum. Nawet nie wiem, o co poszło. Jakaś głupia sytuacja. Wyszliśmy z tamtym chłopakiem na solówkę. Dookoła nas zebrało się pół szkoły. Daliśmy sobie parę razy po mordach i się skończyło. Innym razem pojechaliśmy na obóz do Austrii. Byliśmy po paru piwach i po prostu dałem jakiemuś kolesiowi w dziób. Niestety, pamiętam tę sytuację jak przez mgłę. Zazwyczaj byłem jednak gościem, który chciał się bratać, a nie szukał zaczepki.

Szybko zacząłeś chodzić na randki?

Na pewno później niż współczesne dzieciaki. Pierwszy raz flirtowałem chyba w wieku 14 lat. Dla takiego małolata to było coś bardzo ekscytującego. Rok później zapytałem koleżankę na obozie, czy chce ze mną chodzić.

Paparazzi co rusz przyłapują cię w jakimś nowym aucie. Z którym straciłeś swoje motoryzacyjne dziewictwo?

Zaskoczę cię. Z tym samym, które mam do dzisiaj: volkswagen golf 4, rocznik 2001. Dostałem go od rodziców. Cała reszta jest, że tak powiem, „zapożyczona”. Golfika nie sprzedałem i sprzedać nie zamierzam. Trochę go odpicowałem z zewnątrz. Teraz noszę się z zamiarem, żeby zrobić to samo z jego bebechami.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Pamiętasz swój egzamin do szkoły teatralnej?

Oczywiście. Zdawałem dwa razy. Najpierw do Warszawy. Stwierdziłem, że jako chłopak ze stolicy nie będę studiował nigdzie indziej. Tak jak wspominałem, nie przyjęli mnie. Wtedy poszedłem do Giedroycia. Następnego roku moja ówczesna dziewczyna Karolina – której z tego miejsca bardzo dziękuję i pozdrawiam ją – powiedziała mi, żebym zdawał wszędzie. Że to jest zupełnie normalne i trzeba wszędzie szukać okazji. Złożyłem wtedy papiery do Warszawy, Łodzi, Krakowa i Wrocławia. W Warszawie znowu się nie dostałem, ale przyjęli mnie w Krakowie. Pamiętam, że jak pierwszy raz tam przyjechałem, pomyślałem: „Jezu, co za industrialny wystrój, to nie jest szkoła teatralna, ja tu nie chcę być”. Nie miałem serca do tego miasta. Pokochałem je dopiero, jak już się dostałem. Miałem świetnych ludzi na roku. Wszyscy nieustannie motywowaliśmy się. Po latach dochodzę do wniosku, że dobrze się stało, iż oderwałem się od stolicy.

Jakie dostałeś zadanie na egzaminie?

Miałem udawać mecz piłkarski, a potem przejść się w określony sposób z jednego końca sali na drugi. Raz grałem, że jest upał, a potem, że pada deszcz. Pamiętam, że w Warszawie wszyscy czuliśmy się na egzaminie, jakbyśmy byli pod presją. W Krakowie popatrzyli na mnie bardziej ludzko i na luzie. W komisji zasiadali wtedy m.in. Krzysztof Globisz i Jerzy Trela.

Mieszkałeś w akademiku czy wynajmowałeś pokój?

Na pierwszym roku rodzice wynajęli mi mieszkanie. Później postanowiłem zrobić już coś po swojemu i ogarnąłem lokum na Kazimierzu. W ten sposób ściągnąłem sobie jednak na głowę kłopoty. Okazało się bowiem, że w mieszkaniu ogrzewanie działa, jak chce. Zima była tamtego roku wyjątkowo hardkorowa [śmiech]. Ostatecznie wylądowałem w akademiku. Najpierw dwa miesiące waletowałem na materacu u znajomych, a później już wynająłem do końca roku pokój. Żeby było śmieszniej, do Krakowa dostał się potem Sebek. Przez moment byliśmy nawet współlokatorami.

O imprezach studentów wydziałów aktorskich krążą legendy. Lubiliście ostro zabalować?

Pamiętam, że były roczniki, które waliły wódę w szatni, a imprezy trwały non stop. U nas w ogóle tego nie było. Skupialiśmy się na pracy. Serio. Strasznie byliśmy ambitni – Marcin Kowalczyk, Mateusz Kościukiewicz, Kuba Gierszał, Maciek Nawrocki, Maryśka Dejmek, Dawid Ogrodnik – każde z nas pochodziło z zupełnie innej bajki. Ciągle się prześcigaliśmy.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Studia się kończą, do drzwi puka dorosłość. I co wtedy?

Wracam do Warszawy i kompletnie nie wiem, co ze sobą zrobić. Chodzę na castingi do reklam i filmów. Jestem nieśmiały, rozbity, świeżo wyjęty spod klosza. Trafiam do Teatru na Woli na scenę Przodownik na Mokotowie. Dostaję angaż do przedstawienia „Kamasutra” w reżyserii Joanny Grabowieckiej, a później Aldony Figury. Przygotowywałem się przez pół roku, ale ostatecznie wypisałem się z tego przedsięwzięcia. Zadzwonił do mnie wtedy Paweł Sztarbowski z Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Zaproponował rolę w polsko-niemieckiej koprodukcji „Truskawkowa niedziela” Grażyny Kani według tekstu Artura Pałygi. Wszedłem w to. W Bydgoszczy zacząłem dostawać główne role. W ciągu dwóch lat zrobiłem siedem premier. Tak jak teraz w filmach wówczas byłem non stop w teatrze. Wspaniały czas. Do Warszawy przyjeżdżałem wtedy maksymalnie na jeden, dwa dni. Przed moim filmowym debiutem zrobiłem jeszcze trzy spektakle w Warszawie, po czym zagrałem w filmie „W spirali”, gdzie poznałem swoją przyszłą żonę. Następnie los postawił na mojej drodze Patryka Vegę. Nakręciliśmy „Pitbulla” i szaleństwo się zaczęło.

A jak wspominasz swój ekranowy debiut w serialu „Siostrzyczki”?

[Śmiech] Widziałeś to?

Niestety nie.

Zagrałem tam ze wspomnianą wcześniej Karoliną. Dostaliśmy role chłopaka i dziewczyny z piwem na ławce. Kurczę, w zasadzie to nie był mój pierwszy raz przed kamerą. Jak miałem 17 lat, zagrałem przecież świadka w „Annie Marii Wesołowskiej”. Ktoś z ekipy powiedział mi wtedy: „No fajnie, ciekawy jesteś, niby bez szkoły teatralnej, a tak naturalnie wypadłeś”. Te komplementy mocno połechtały moje nastoletnie ego. Pomyślałem wtedy, że oto otwierają się przede mną drzwi do kariery. Miałem wystąpić w telewizji! W pewnym sensie rzeczywiście coś się wtedy zaczęło, choć trochę czasu zajęło mi, żeby dojść do tego miejsca, w którym teraz jestem.

Na co wydałeś swoją pierwszą aktorską gażę?

Kurczę, nie pamiętam. Wiem tylko, że to było ponad 300 zł. Dla 17-latka to była chyba całkiem przyzwoita sumka. Na początku się cieszyłem, ale potem ktoś mi powiedział, że inni dostali więcej. Poczułem się oszukany. Mój entuzjazm szybko opadł.

Zobaczymy cię w nowym filmie Patryka Vegi pt. „Polityka”?

Nie. Zagrałem ostatnio tylko mały epizod w „Small World”. Jeśli chodzi o „Politykę”, słyszałem, że jest to projekt tajny do tego stopnia, że nawet występujący w nim ludzie nie do końca wiedzą, o czym jest.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Zawsze byłeś niezwykle lojalny w stosunku do Vegi. Nawet gdy w pewnym momencie stał się etatowym chłopcem do bicia dla mediów, wiernie stałeś po jego stronie. Nie o wszystkich, którzy dzięki niemu zrobili karierę, można powiedzieć to samo.

Mam pewną teorię na temat tej nagonki na Patryka.

Strzelaj.

Patryk stał się niezależnym twórcą. Nie musi pozyskiwać państwowych środków, żeby kręcić filmy. Na swoich zasadach robi to, co mu się podoba. Jego twórczość nie musi wszystkich zachwycać, ale na pewno ma swój niepodrabialny charakter. W dodatku przyciąga do kin miliony osób. Większość filmowców tego nie rozumie. Oni też próbują, ale im się nie udaje. Mają więc poczucie niesprawiedliwości. Z jednej strony publicznie walczą o to, żeby żyć w wolnym kraju, z drugiej próbują zabronić Patrykowi robienia filmów. Nie wiem, jak oni sobie to usprawiedliwiają. Nie widzą w tym swojej niekonsekwencji, absurdu i hipokryzji. Strasznie rozbawiła mnie reakcja na pierwsze zapowiedzi „Polityki”. Patryk, który zawsze wydawał się ludziom propisowski, wsadził kij w polityczne mrowisko. Poza Smarzowskim żaden inny polski reżyser nie zdobył się na coś równie odważnego. Rozmawiałem na ten temat niedawno z jednym z czołowych polskich producentów filmowych. Powiedział mi, że sceptycznie podchodzi do „Polityki”, ponieważ nie wie, jaki będzie rzeczywisty wydźwięk tego filmu. Jego zdaniem to może być jakiś spisek. Ja tak nie uważam. Patryk to człowiek, który kieruje się swoją popieprzoną intuicją. Dla mnie jest geniuszem. Zdarza mi się gadać z różnymi reżyserami, scenarzystami i operatorami. Czasem któryś z nich próbuje wbić mi szpilę, mówiąc, że jestem gościem od Vegi. Za każdym razem pytam: „A znasz w ogóle Vegę?”. Oni na to: „No nie, ale słyszałem…”. Odpowiadam wtedy: „No właśnie, słyszałeś”. Ja Patryka znam i wiem, że wielu z nich nie dorasta mu do pięt.

Lata temu po obejrzeniu „Psów” Andrzej Wajda powiedział, że Władysław Pasikowski wie o polskim widzu coś, o czym on nie ma pojęcia. Dziś te słowa można by odnieść do Vegi.

W jego filmach naprawdę musi być coś takiego, co sprawia, że ludzie na nie chodzą. To nie jest wyłącznie kwestia promocji i marketingu. Patryk potrafi dotrzeć do ludzi, do widza, o którym zresztą ciągle myśli. Trzeba uszanować to, że widz lubi takie filmy, i kropka. Lubię w nim to, że poszukuje i ryzykuje. Można o nim powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że robi filmy przez kalkę. „Botoks” jest zupełnie inny niż „Pitbull”. Tak samo jak „Kobiety mafii” czy „Plagi Breslau”.

Nasze środowisko filmowe rzeczywiście stygmatyzuje aktorów występujących w filmach Vegi?

Ja to czuję. Na jednym z bankietów usłyszałem ostatnio od pewnej znanej reżyserki, że nie powinienem występować w filmach Vegi, bo mi to szkodzi. Wciąż wiele osób daje do zrozumienia, że nie dostanę jakiejś roli, bo jestem kojarzony z Patrykiem. Najlepiej, jakbym publicznie złożył samokrytykę. Wtedy być może zostałbym przyjęty do elity. Ja to, za przeproszeniem, pier... [śmiech]. Nie narzekam na brak pracy, rozwijam się artystycznie, nie zamierzam się przed nikim płaszczyć.

Już niedługo będziesz miał okazję dać aktorski popis w ekranizacji wybitnej powieści Wojciecha Chmielarza „Żmijowisko”. Zagrasz Roberta, członka zarządu dużej prywatnej telewizji, ważną postać stołecznej elity. W książce Warszawa opisana jest jako miasto, w którym mieszka „zbyt wielu ludzi o zbyt wielkim ego na zbyt małej przestrzeni”. Ludzi, którzy zjadają się nawzajem, podkładają sobie świnie i sypiają z nie swoimi żonami. Znasz ten świat?

Na szczęście nie mam w ogóle takich znajomych. Wychodzę jednak czasem na miasto i widzę, co się dzieje. Wydaje mi się, że ten opis pasuje nie tylko do Warszawy, ale całego współczesnego świata. Szybko się nudzimy, chcemy mieć wszystko naraz, zaraz, więcej, lepiej, szybciej. Nikt nie ma czasu, wszyscy za czymś gonią. Przeróżni coache wmawiają nam, że jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko. Ludzie wariują, robią głupie rzeczy. Mam wrażenie, że przekroczyliśmy już jakąś granicę. To się musi wywrócić.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Byłeś kiedyś na spotkaniu z coachem?

W 2013 r. poszedłem na warsztaty z Jackiem Canfieldem. Idąc za jego radami, zacząłem m.in. medytować, zapisywać sobie cele. I faktycznie, w pewnym sensie to działało. Dopiero ostatnio dochodzę do wniosku, że to może stać się pułapką. Jechałem na przykład na Mazury i nie mogłem usiedzieć na miejscu. Musiałem coś zrobić, zadzwonić, spotkać się z kimś. Moja żona pukała się w czoło. Pytała: „Naprawdę teraz musisz zadzwonić?”. Po chwili dochodziłem do wniosku, że jednak nie. Zacząłem sobie uświadamiać, że ten nieustanny pęd mnie zabija. Trudno jest się z tego wyleczyć. Nawet teraz, kiedy o tym z tobą rozmawiam…

Mówisz jak nakręcony.

Mam w głowie, że muszę ci przekazać w trakcie naszej rozmowy jak najwięcej informacji. Zapomniałem chyba, czym jest spokój. Kiedyś jeździłem całymi dniami z kumplami na deskorolce. Interesowało mnie wtedy jedynie, czy uda mi się zrobić kick flipa. Teraz odnoszę wrażenie, że chciałbym za wielu rzeczy naraz. Ambicja potrafi być zarazem błogosławieństwem i przekleństwem. Opowiadałem niedawno o swoich obawach kumplowi na planie zdjęciowym. Usłyszałem od niego: „Stary, no to dopiero teraz zacząłeś być aktorem. Ja tak mam przez ostatnie 14 lat życia!”. Zacząłem myśleć wtedy o kolegach po fachu. Zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście jest masa aktorów, którzy po prostu przychodzą na plan i odbębniają swoją robotę. Ba, nawet nie czytają scenariusza przed podjęciem decyzji, czy przyjmą jakąś rolę. I co najlepsze, w wielu przypadkach jakimś cudem nie odbija się to na jakości ich pracy.

Albo nie wiedzą, że mogliby lepiej.

No i spoko, w każdym razie mi na czymś takim nie zależy. Nie chcę się czuć, jakbym pracował w fabryce. Uważam, że zawód aktora wymaga poświęcenia, głębszego wejścia w postać.

Powiedz jeszcze na koniec, jak imprezowało się z producentem oscarowego filmu „Green Book”. Jak się poznaliście?

Dzięki Karolinie Kosibie i jej partnerowi Krzysztofowi Sołkowi, producentowi polsko-brytyjskiego dreszczowca „The Last Witness”, w którym zagrałem m.in. z Robertem Więckiewiczem, Aleksem Pettyferem i Talulah Riley. Bardzo się z Krzyśkiem i jego dziewczyną polubiliśmy. Któregoś dnia poinformowali mnie, że do Polski przyjeżdża Charles B. Wessler. Zapytali, czy nie chciałbym do nich dołączyć. Spędziliśmy w Warszawie przemiły bezpretensjonalny wieczór. Uwielbiam energię, która bije od ludzi z Hollywood. Ich nie obchodzi, skąd jesteś. Są ciebie po prostu ciekawi. Pytają tylko: „What you’ve got?”. Nie owijają w bawełnę, potrafią też dowalić, ale cenią szczerość. Mi w to graj.

Nadal chciałbyś pracować w Stanach?

Jasne. Chcę pracować z najlepszymi na najlepszym sprzęcie. Mnie w ogóle jara amerykańskie kino. Marzę o tym, żeby zagrać w superprodukcji, polatać sobie na greenboksie. To byłoby takie spełnienie marzenia dzieciaka na poziomie top.

Wywiad pierwotnie ukazał się w numerze „Logo” z sierpnia 2019 roku.

Piotr Stramowski dla 'Logo'Piotr Stramowski dla 'Logo' Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Więcej o: