Pułapki umysłu, czyli jak mózg płata nam figle

To, jak widzimy świat, opiera się na. domysłach powstających w naszej głowie. Tak. Mózg bez udziału świadomości interpretuje dane, które otrzymuje. Dzięki temu działa szybciej. Ale czasem wpuszcza nas w maliny.

Christopher Chabris i Daniel Simons puścili studentom film, na którym dwa trzyosobowe zespoły (jeden w białych, drugi w czarnych koszulkach) podają sobie dwie piłki do koszykówki. Zadaniem było policzenie, ile razy piłkę między sobą wymienią gracze w białych strojach. Wynik może wydać się mocno zaskakujący – połowa osób nie zauważyła, że na filmiku pojawia się człowiek w kostiumie goryla. Zresztą pojawia to mało powiedziane! On wchodzi w środek kadru, bije się triumfalnie w piersi i spokojnie przechodzi na drugą stronę. To doskonały przykład efektu skupienia – jednego z błędów poznawczych. Nie widzimy goryla, bo jest cały czarny, tymczasem my koncentrujemy się na białych koszulkach. Chabris i Simons za swój eksperyment otrzymali Nagrodę Nobla, a ty możesz go powtórzyć, bo filmik „The Invisible Gorilla” łatwo znaleźć w sieci. Sprawdźcie na znajomych, czy to działa. Sami goryla zobaczycie natychmiast, bo już wiecie, że macie go szukać.

Coś przeciwnego zdarzyło się też po premierze filmu Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary”, kiedy wielu widzów zarzekało się, że w jednej z ostatnich scen zobaczyli twarz szatana w kołysce. Problem w tym, że takiego kadru nie było. To podpada pod efekt Mandeli, o którym piszemy poniżej.

Oba przykłady pokazują, że widzimy nie to, na co kierują się nasze oczy, ale to, co przetworzy nasz mózg. Prosty dowód: spójrz przed siebie. Czy widzisz czubek swojego nosa? Nie. A teraz zamknij jedno oko. Widać nos! Oczy cały czas go widzą, tylko mózg wymazuje ten obraz jako zbędny.

A wpływać można nie tylko na to, co widzimy czy myślimy, ale też na to, co pamiętamy. Elizabeth Loftus pokazywała osobom, które kiedyś odwiedziły Disneyland, reklamę tego parku rozrywki z Królikiem Bugsem. Po pewnym czasie osoby te opowiadały jej o swym pobycie w Disneylandzie. Co trzecia osoba (dokładnie 36%) wspominała, jak witała się z Królikiem Bugsem i ściskała mu dłoń. Tyle że Bugs to nie jest postać z kreskówek Disneya, tylko Warner Bros., więc nie mogło go być w tym parku. Te wspomnienia zostały zatem ludziom zaindukowane. Przerażające?

Pułapek, jakie zastawia na nas nasz własny mózg, jest tak wiele, że o wszystkich nie wspomnimy. Ale może znając te, o których tu piszemy, nie wpadniesz w nie. A jeśli jednak wpadniesz, to przynajmniej będziesz wiedział, co się stało.

Jak duża powinna być tabletka placebo?

Sam efekt placebo znany jest od tysiącleci i można zaryzykować stwierdzenie, że jest tak stary jak medycyna. Jednym zdaniem – to poprawa stanu zdrowia u chorych, u których teoretycznie zastosowano leki lub zabiegi mające im pomóc, a w rzeczywistości były neutralne. Taka miętówka na przeziębienie. Albo coś innego, bo placebo to nie tylko tabletka czy maść, ale także pozorowana interwencja chirurgiczna, a nawet sprzęt medyczny (pamiętacie maszynę do robienia „ping” z Monty Pythona?).

Ponieważ to jednak działa i zostało potwierdzone licznymi eksperymentami (podobnie jak efekt odwrotny – nocebo, kiedy stan pacjenta pogarsza się w rezultacie braku wiary w skuteczność leczenia), teraz bada się, jak ten pozytywny efekt zwiększyć.

Jakie są wyniki? Kolor tabletki ma znaczenie. Czerwone działają pobudzająco, a niebieskie uspokajają. Liczą się też rozmiar i częstotliwość podawania – im więcej dużych tabletek, tym lepsze działanie. Podsumowując: najlepszy efekt placebo osiąga się, jeśli tabletka jest duża, czerwona i gorzka. Dobrze, żeby miała łacińską nazwę, była polecana przez znanego lekarza, a przy tym droga i trudna do zdobycia. A na koniec i tak – co potwierdzają eksperymenty – wszystkie tabletki przebija stary dobry zastrzyk. Oczywiście z placebo.

Co to jest efekt Mandeli?

Ktoś zakrzywia czasoprzestrzeń, a nieznani sprawcy zmieniają po latach kwestie w filmach? Jakim cudem tysiące ludzi mają te same – podkreślmy FAŁSZYWE – wspomnienia?

To tzw. efekt Mandeli. Zjawisko nazwę zawdzięcza przekonaniu wielu ludzi, że Nelson Mandela zmarł w więzieniu ponad 40 lat temu. Te osoby nawet pamiętają jego pogrzeb w telewizji, żałobę, zamieszki i rozmowy o jego śmierci. W rzeczywistości Mandela umarł w domu w 2013 r.

Przykładów na takie zbiorowe fałszywe wspomnienia jest wiele, choćby słynny z mężczyzną z placu Tiananmen w Chinach, który w 1989 r. sam stanął naprzeciw kolumny czołgów. Wiele osób pamięta, że został przez nie przejechany, choć naprawdę nic mu się nie stało. Samo zjawisko jest dość złożone i pokazuje, że tak naprawdę pamiętamy to, co chcemy pamiętać, a pewne ciągi skojarzeń czy ułomność percepcji są wspólne dla wielu ludzi. Choć z drugiej strony wyjaśnienie odwołujące się do istnienia światów równoległych bardziej pobudza wyobraźnię.

Kto wykorzystuje percepcję podprogową?

W 1957 r. w samochodowym kinie w Fort Dix ludzie obejrzeli film, w którym James Vicary, badacz rynku, podmienił pojedyncze klatki na napisy „Spragniony? Pij coca-colę” i „Głodny? Jedz popcorn”. Jak twierdził eksperymentator, dzięki temu sprzedaż coli wzrosła o 18%, a prażonej kukurydzy aż o 57%. Ludzie twierdzili, że nie widzieli żadnych napisów, jednak ustawiali się w kolejkach po napoje i popcorn.

Działaniem przekazu podprogowego szybko zainteresowali się inni badacze i… CIA. Sprawdzali, jak wpływają na nas bodźce wzrokowe lub słuchowe, które trwają zbyt krótko, by mogły być świadomie przez nas zarejestrowane, czyli np. plansze pokazywane krócej niż 0,04 s. Już sama myśl, że możemy być skłaniani do czegoś (zakupów, głosowania) i nie mieć świadomości tego, wydała się tak straszna, że w wielu krajach reklama podprogowa została zakazana. I nie zmienił tego nawet fakt, że eksperymentu Vicary’ego nie udało się powtórzyć, a po jakimś czasie on sam przyznał, że badania sfabrykował. Inne eksperymenty pokazały, że rzeczywiście odbieramy informacje przekazywane podprogowo, jednak trudno potwierdzić, byśmy się nimi sugerowali. Na wszelki wypadek „Europejska konwencja o telewizji ponadgranicznej” zakazała „perswazji poza świadomością widza”.

Pomysł jednak nie został zarzucony. W 2014 r. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy oskarżyła rosyjską telewizję Rossija 24 o stosowanie sugestii podprogowych: – Co 25 klatek publikują plansze z napisami typu „Ludzi mordowali banderowcy” czy „Gwardia Narodowa to mordercy” – mówiła rzeczniczka SBU. Dowodem były nagrania w zwolnionym tempie, na których widać napisy nałożone na zdjęcia. – Technika 25. kadru jest stara i niezbyt skuteczna – oceniała Oksana Serbynenko z SBU i wskazywała, że gorszą metodą wpływania na odbiorców jest pokazywanie półprawd, manipulowanie informacjami i obrazami.

Dlaczego w każdej plamie doszukujemy się twarzy?

'Twarz' zarejestrowana przez sondę Voyager 1'Twarz' zarejestrowana przez sondę Voyager 1 NASA

Od urodzenia wpatrujemy się w twarze: rodziców, bliskich i obcych ludzi. Ich wyraz przez całe życie jest dla nas źródłem cennych informacji o emocjach i stanie innych. W ten sposób odbieramy mnóstwo komunikatów. Nic dziwnego, że w naszym mózgu określony obszar wyspecjalizował się wyłącznie w rozpoznawaniu twarzy. Jeśli są kłopoty z jego działaniem, taka osoba cierpi na prozopagnozję – nie rozpoznaje swojej żony czy męża, dzieci, kolegów. To znaczy poznaje, ale nie po twarzy, tylko po głosie, sposobie chodzenia albo po ubraniach. Jednak to ciągłe szukanie twarzy przez nasz mózg ma też efekt uboczny – dostrzegamy twarze nawet tam, gdzie ich nie ma. I to, że patrzymy na auta, jakby reflektory były oczami, a grill ustami, to mały problem. Prawdziwa pareidolia – bo tak nazywa się to zjawisko – prowadzi do tego, że z plam na szybie układa nam się twarz Jezusa, w dymie na zdjęciach z płonącego WTC dostrzeżono diabła, a jeden z marsjańskich pagórków sfotografowanych przez sondę Voyager 1 ewidentnie wyglądał jak ludzka twarz, co potwierdza zdjęcie powyżej.

Więcej o: