Jak wygląda praca maskotki? Opowiada Rycerz Piernisław

Zakłada piankową głowę i zbroję, by wspierać doping koszykarskich wicemistrzów Polski, drużyny Polskiego Cukru Toruń. Kto kryje się pod kostiumem Rycerza Piernisława i jak wygląda jego praca, której za nic nie chce porzucić?

Kiedy zostałeś Rycerzem?

Moja przygoda jako Rycerza Piernisława trwa już osiem sezonów. Zaczynałem, gdy nasz klub Twarde Pierniki był jeszcze w pierwszej lidze i graliśmy na hali Spożywczak w liceum nr 8, ale mieliśmy mocny skład i już przymierzaliśmy się do awansu do ekstraklasy. Wtedy powstał pomysł stworzenia Rycerza Piernisława, bo wiadomo, że w ekstraklasie trzeba mieć maskotkę.

Są takie wymogi formalne?

Nie, ale wszystkie drużyny mają swoje maskotki, więc jej brak byłby co najmniej dziwny. Tak jak cheerleaderki są nieodzowną częścią zespołu, tak samo klubowa maskotka.

Ile miałeś lat, jak zaczynałeś?

Jakieś 17, czasy licealne. To była forma dorobienia sobie i miłego spędzenia wolnego czasu.

Jak to w ogóle się stało, że to ty zostałeś Piernisławem?

Od początku przychodziłem na mecze jako kibic. I kiedy jeden z moich znajomych Jakub Konieczka, który jest szefem marketingu Twardych Pierników, szukał osoby, która miałaby wcielać się w klubową maskotkę, zabawiać ludzi i mieć szalone pomysły, z miejsca pomyślał o mnie.

Wiedział, że jesteś wesołkiem?

Tak. I odkąd zostałem maskotką, zakochałem się w tym klubie. Teraz jeżdżę z drużyną nawet na wyjazdy…

I jak jedziesz na mecz wyjazdowy, to kiedy przebierasz się w kostium Piernisława?

Na mecze wyjazdowe jeżdżę wyłącznie jako kibic. Stroju nie pozwalają mi zabierać.

Dlaczego?

Cóż, kibice innych drużyn bywają agresywni. Zdarzają się głupie teksty i zaczepki. Dlatego maskotki są wyłącznie na meczach we własnej hali. Żeby nie prowokować. Poza tym jakby były dwie maskotki na boisku, to różnie mogłoby się to skończyć [śmiech].

Znasz się z maskotkami z innych drużyn?

Nie, ale na meczach je obserwuję. Jednak głównie podglądam wyczyny amerykańskich maskotek z NBA.

Na której się wzorowałeś?

Na maskotce Chicago Bulls. Byczek Benny jest według mnie nie do pobicia. Świetnie tańczy, doskonale czuje się na parkiecie, widać, że ma dobry kontakt z sędziami, zaczepia zawodników drużyny przeciwnej. Mój ulubiony trik Benny’ego: gdy cały sektor ma popcorn, w pewnym momencie Benny idzie i zaczyna go wysypywać – cały sektor sypie popcornem.

Taka popcornowa meksykańska fala?

Tak. Raz na meczu Benny niósł telewizor i chciał go komuś podarować, ale idąc, zahaczył o barierkę i 50-calowy telewizor spadł z czterech czy pięciu metrów.

To było wyreżyserowane?

Tak sądzę. Tam budżet na pomysły jest sporo większy niż u nas, ale i tak próbuję od niego czerpać inspiracje. Najczęściej jednak podczas meczu daję się ponieść chwili – nagle „dobrze się poczuję” i wskakuję na stolik sędziowski albo zauważę jakiś wózek i już nim jeżdżę lub po prostu tańczę.

Chodziłeś na kurs tańca?

Nigdy nie brałem lekcji tańca, ale znajomi mówią, że mam poczucie rytmu. Czasami przed meczem przygotowuję się wspólnie z cheerleaderkami do wspólnego występu. Natomiast podczas meczu tańczę spontanicznie. Zdarza się, że trener bierze czas, a nasze cheerleaderki w tym momencie zmieniają stroje i parkiet zostaje pusty. Wtedy wpadam, pokazuję do didżeja: „Muzyka dla mnie” i coś improwizuję. Jak muzyka jest wolniejsza, to chwytam mopa do wycierania parkietu i tańczę z mopem.

Kto wymyślił, że to ma być Rycerz Piernisław, a nie np. jakieś zwierzę?

Rzeczywiście w PLK większość maskotek to zwierzaki. U nas nie wiem, kto dokładnie wpadł na pomysł z rycerzem, ale zarząd myślał, by nawiązać do tego, że to gród Kopernika, że Krzyżacy, że pierniki…

A kto stworzył kostium?

Był zrobiony, że tak powiem, bez mojej wiedzy. Gdy przyszedłem, już był gotowy i wszyscy się modlili, żeby na mnie pasował. Ale on jest dość uniwersalny – głowa pasuje na każdego, a w strój zmieści się osoba i 10 cm wyższa lub niższa.

Czy to nie stwarza pokusy, aby w Rycerza Piernisława wcielało się więcej osób?

Były takie pomysły, aby inne osoby ze mną konkurowały lub mnie zmieniały, ale zarząd i kibice widzą, że jestem niepodrabialny. Mam swoje charakterystyczne triki.

Jakie?

Pompki na jednej ręce. Gdy zaczynałem je robić, to wykonywałem 10-20, a teraz na ostatnich meczach robiłem prawie 60.

Pompki na jednej ręce to specjalność Piernisława.Pompki na jednej ręce to specjalność Piernisława. materiały prasowe

Rozumiem, że to nie zasługa superkostiumu?

Nie [śmiech]. I prawdę mówiąc, w kostiumie jest to o wiele większy wyczyn.

Której maskotce z polskich drużyn zazdrościsz kostiumu lub umiejętności?

Pod względem umiejętności najlepszy jest chyba Tygrys z Gdyni – widziałem, jak szaleje na trybunach. A kostiumów zwierzakom nie zazdroszczę – zwykle są jednoczęściowe z materiału z wycięciem na głowę. Mój jest bardziej zabudowany, więc z jednej strony jest mi się trudniej poruszać, ale z drugiej – mogę sobie pozwolić na różne akrobacje czy upadki, bo mam dużą głowę z pianki i gruby tułów, które amortyzują wszelkie uderzenia.

Z kimś konsultujesz swoje triki?

Nie. To moja inwencja. Kiedyś mieliśmy chłopaka, który skakał, robił salta w przerwach meczów, ale robił to w stroju sportowym. Poprosiłem go, by ukląkł pod jednym z koszy. Ja chciałem odbić się od jego pleców i zrobić wsad. Na treningach to się udawało. Na meczu, nie wiem, czy się źle odbiłem, czy zdeprymowało mnie, że było tylu ludzi i tyle świateł, ale nie trafiłem piłką. Ledwo co wylądowałem, ale było więcej śmiechu niż przy udanej akcji. Dlatego niektóre triki robię raz i już do nich nie wracam – nawet jak się nie uda, to i tak wszyscy myślą, że tak miało być.

Czy przez te osiem lat kostium ulegał jakimś modyfikacjom?

Na początku jeszcze było czuć klej i na pierwszych meczach właściciele klubu mówili: „Olek, jakby ci się robiło słabo, to śmiało, schodź z parkietu”. Dopływ powietrza też był ograniczony – wpadało tylko od dołu i co chwila musiałem odsuwać kołnierz, aby zaczerpnąć powietrza. Potem została zrobiona wentylacja w głowie. Teraz jest pomysł, aby zmodernizować strój jeszcze bardziej – aby głowa byłaby nieco krótsza i umożliwiała mi wykonywanie większej liczby ewolucji.

W kostiumie jesteś zasłonięty jak Stig z „Top Geara”. Czy twoja tożsamość była tajemnicą?

Na początku większość publiczności nie wiedziała, kto się kryje pod kostiumem, bo po meczu przebierałem się i znikałem, ale odkąd bardziej zżyłem się z kibicami, jeżdżąc z nimi na mecze, to już mnie znają jako Piernisława i gdy wyskoczymy gdzieś na imprezę czy na grilla, to mnie pokazują swoim znajomym i mówią: „A wiesz, że to jest Piernisław?”.

Czyli zostałeś lokalnym celebrytą.

Niestety, stałem się rozpoznawalny.

Dlaczego niestety?

Czasami wolałbym zostać gdzieś w cieniu, w ukryciu. Z drugiej strony jednak lubię te fety na koniec sezonu i spotkania z koszykarzami.

Czy to praca na pełen etat?

Nie. Pojawiam się tylko na naszych meczach i na różnych eventach promocyjnych klubu, na spotkaniach z kibicami. Z samymi meczami różnie bywa – mogą być cztery w ciągu miesiąca, a może być tylko jeden, bo pozostałe są wyjazdowe.

Czyli masz płacone od spotkania?

Tak, od każdego eventu. Ale wyłącznie z tego nie dałoby się utrzymać, dlatego na co dzień pracuję w innej branży – przy budowie jachtów z włókna szklanego.

Czy jako maskotka klubowa masz dodatkowe benefity?

Znam wszystkie cheerleaderki. I kiedyś mieliśmy wspólną szatnię [śmiech]. Teraz mam osobną, tuż przy drużynie przeciwnej, więc słyszę trenerów gości, jak krzyczą na swoich zawodników podczas przerwy.

To możesz też podsłuchiwać, jaką ustalają taktykę!

Takich szpiegowskich akcji nie ma. Raczej trenerzy skupiają się na własnej taktyce.

Jakie masz inne benefity poza szatnią?

Mam opłaconą siłownię, aby ćwiczyć te pompki. Do tego jakieś lody…

Jak to lody?

Mamy różnych sponsorów, między innymi lodziarnie, cukiernie. Pewna restauracja dawała drużynie bony na jedzenie, więc dostawałem, bo jestem częścią drużyny.

Czy zawodnicy traktują cię jako swego rodzaju talizman?

Tak. Z każdym z nich mam inne przywitanie – z jednym przybijam piątkę, na innego się rzucam, a jeszcze z innym witam się normalnie, żeby go nie dekoncentrować.

Czy był mecz, na którym nie mogłeś się zjawić?

Tak. Wypadł mecz w środku tygodnia, a w pracy nie miał mnie kto zastąpić. Wówczas Kuba Konieczka, dyrektor marketingu, który czasem zakłada strój Piernisława na eventach, wziął to na siebie. Kibice jednak zorientowali się, że było zastępstwo. Oni wszystko widzą. Są bezlitośni.

Wiesz, jak przekręcają twoje imię?

[Śmiech] Różnie bywa. Najśmieszniej mówią dzieci: „Piedzisław” albo „Lycerzu”.

A kibice drużyny przeciwnej podczas meczów w Toruniu zaczepiają cię?

Raczej nie. Po meczu podchodzę pod ich sektor i dziękuję za doping, za to, że chciało im się ruszyć i przyjechali.

Rycerz Piernisław przed rozpoczęciem meczuRycerz Piernisław przed rozpoczęciem meczu materiały prasowe

Naprawdę? A oni co mówią? „My też dziękujemy”? [śmiech]

Tak, jak najbardziej. Raz była sytuacja, że robiłem pompki i kibice Anwilu poprosili, żebym podszedł do nich pod sektor i tam je robił. Zrobiłem dla nich 30 czy 40 pompek, a oni klaskali i podziękowali.

Czy postać Piernisława wykorzystywana jest marketingowo?

Jak najbardziej. Są maskotki rycerza i wiele dzieci przynosi je na mecze. Opowiadają: „Pienisławie, śpię z tobą”…

A zdarzają się fanki 18+?

Zdarzają, zdarzają, najwięcej jest jednak dzieci.

Czy Rycerz Piernisław jest zapraszany na jakieś prywatne imprezy?

Mamy w planie umożliwić to naszym kibicom, bo wiele osób pytało, czy Piernisław mógłby przyjść i rozdać prezenty… na Gwiazdkę.

Nie Mikołaj?

No właśnie nie. Mamy wielu kibiców, których dzieci naprawdę żyją tą koszykówką i wolałyby dostać prezenty od Piernisława. Może też będą urodziny z Piernisławem, kiedy rycerz zjawi się z tortem.

A kiedy Piernisław wsiądzie na konia?

Był pomysł, aby kupić mi konia – takiego mechanicznego, poruszanego siłą własnych mięśni. Być może przerobimy jakiś pojazd elektryczny na wierzchowca. Na razie na boisko wjeżdżam na składanym rowerku, pożyczam elektryczną hulajnogę od jednego z zawodników albo sunę przez parkiet w wózku sklepowym.

Czy wyobrażasz sobie pracę dla innej drużyny? Czy w świecie sportowych maskotek zdarzają się „transfery”?

Nie. Jest się tylko z jedną drużyną. I jak już ktoś zostaje maskotką, to jest nią przez długi czas, bo to naprawdę wdzięczna praca.

Teraz masz 25 lat. Jak długo będziesz to robić?

Znajomi mnie pytają: „Olek, czy ty nie jesteś za stary na maskotkę, na takie wygłupianie się? ”. A ja odpowiadam: „Dopóki kolana mi się zginają i dopóki robię pompki, nie zamierzam z tego rezygnować”.

Więcej o: