Kłamstwa w mediach społecznościowych, czyli o życiu jak z obrazka

W świecie Kardashianek sztukę prestiżowej mimikry opanowaliśmy do perfekcji. Odkąd za sprawą social mediów tak łatwo kłamać, jakoś trudno nam się oprzeć podkolorowywaniu świata.

Niektórzy mają po prostu w życiu szczęście. Ty pojechałeś na wakacje i siedem dni lało. Oni ledwo wyfrunęli, słońce wyszło zza chmur, a słomki same wskoczyły do kolorowych drinków. Taka na przykład pochodząca z Buenos Aires atrakcyjna podróżniczka Tupi Saravia ma na Instagramie 290 tys. obserwujących i życie jak z bajki. Scrollujesz zdjęcie – Tajlandia. Scrollujesz kolejne – Włochy. Zjeżdżasz jeszcze niżej – Indonezja.

Ale Saravia ma też od końcówki sierpnia mały kłopot. Odkryto, że gdzie by podróżniczka nie poleciała, jakiego kraju by nie zwiedzała, w jakim morzu się nie kąpała i jakich drinków na rajskich wyspach nie popijała, chmury podążają za nią. Takie same i na takim samym, jasnobłękitnym niebie. Jedna wielka photoshopowa ściema. Niebo – dosłownie – jak z obrazka. I to na poście, który zdążyło polubić 30 tys. osób. Jakaś skrucha? Nic podobnego. – To nic wielkiego. Używam programu do lepszej kompozycji swoich zdjęć, gdy rzeczywiste niebo jest przysłonięte lub prześwietlone – wyjaśniła Tupi, dziwiąc się zamieszaniu. Poza tym, na Boga! Przecież w internecie – a tam dziś opowiadamy swoje życie – wszyscy kłamią.

 

Nie wierzycie?

Są na to cyfry. Według badania przeprowadzonego przez HTC w Wielkiej Brytanii aż trzy czwarte wyspiarzy przyznaje się do takiego manipulowania w sieci swoim wizerunkiem, aby ich życie wydawało się bardziej ekscytujące. Żeby wypaść lepiej w oczach bliskich i znajomych, podkolorowują treści i udają wieczne zadowolenie, a aż 6% przyznaje się do fotografowania się z pożyczonymi przedmiotami. Część robi to tylko po to, żeby wzbudzić zazdrość rodziny lub przyjaciół.

Podobny wynik dały eksperymenty przeprowadzane w USA przez Michelle Drouin, specjalistkę od kłamania w necie. Do pełnej szczerości przed obserwującymi i samym sobą przyznał jej się tylko jeden na trzech ankietowanych. Reszta regularnie kłamie w internecie na swój temat. Większość nie ma też złudzeń, co do intencji innych. Zaledwie 2% badanych przyznało się, że w internecie oczekuje jakiejkolwiek szczerości. Na jaki temat – poza kolorem nieba, udanymi wakacjami czy nową torebką – kłamiemy?

Do najczęstszych internetowych ściem należą: relacje (udajemy szczęśliwszych, niż jesteśmy), katorżnicze treningi (wymęczone zdjęcie po zaledwie 10 minutach cardio), nasza pozycja w pracy (zawsze plasujemy się wyżej, niż jesteśmy), zdrowy tryb życia (tylko zielone targi śniadaniowe) oraz macierzyństwo/tacierzyństwo (w social mediach dziwnie wolne od kolek, nocnego wstawania i sosu bolońskiego na ścianach kuchni). Grubi kłamią na temat wagi, chudzi na temat wyników w sporcie. Brzydcy na temat urody, pozbawieni sukcesów na temat awansów w pracy. Czyżby więc internet stanowił po prostu nowe narzędzie do dawnych kłamstw? Nie do końca

Dziś bowiem na udawaniu można zbudować cały, spójny życiowy wizerunek. Jak twierdzi Ralph Keyes, wykładowca i autor książki „Era post-prawdy: nieszczerość i oszustwo we współczesnym życiu” człowiek z różnych, również pozytywnych powodów ma tendencję do kłamstwa. Ale internet sprawił, że jest o nie o wiele łatwiej niż kiedyś. Kłamiemy więc dużo więcej niż nasi rodzice i dziadkowie. Mamy ku temu – choćby z racji relacji, które utrzymujemy, a które wychodzą poza osiedle czy miasteczko – o wiele więcej okazji. Dawne kłamstwa – nawet jeżeli trudne do weryfikacji – miały o wiele mniejszy zasięg rażenia.

Ale ważna jest też tutaj istota social mediów. Facebooka, Instagrama czy Snapchata zaprojektowano w ten sposób, żeby nasza aktywność tam wywoływała reakcję. Serduszko, lajk czy komentarz sprawią nam przyjemność, czujemy się dzięki nim docenieni i interesujący. Za każdym razem, kiedy je dostajemy, nasza przysadka mózgowa zdaje się uśmiechać szeroko i prosi nas o jeszcze. Więc staramy się działać tak, aby tych bodźców otrzymać, jak najwięcej. Co więc robimy? Nawet jeżeli rzeczywistość jest szarawa i skrzeczy – udajemy. Bogatych (biorąc auto w leasing i mieszkanie na kredyt większe, niż potrzebujemy). Popularnych i atrakcyjnych (oznaczając się w barze Studio podczas ostatniego Silent Disco czy na premierze nowej Holland, na którą bilety załatwiła ciotka). No i mądrzejszych albo przynajmniej tak mądrych, jak byśmy aspirowali (oznaczając zainteresowanie nowym wykładem Ledera, podczas gdy ostatnio nawet nie poszliśmy na Szczygła).

No i jest jeszcze jedna sprawa. Kłamstwo nie jest już tak wielkim halo jak kiedyś, szczególnie to drobne. Blagi, które kiedyś zatopiłyby karierę, dziś zdarza się obracać w kiepski dowcip albo tłumaczyć rozkojarzeniem. Do publicznego kłamstwa zaczęliśmy się przyzwyczajać. Dlatego coraz trudniej mu się oprzeć.

Minister alpinista

Udowodnił to na początku sierpnia były francuski minister Eric Woerth – bliski współpracownik dawnego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego. Polityk pochwalił się na Twitterze, że zdobył wysoki na 4810 metrów Mont Blanc, odważnie wspinając się po niemal pionowym, oblodzonym stoku. Jaka była prawda? O wiele mniej spektakularna i o wiele bardziej żenująca. Szybko wyszło na jaw, że minister tylko udawał „pionową” wspinaczkę. Zdjęcie umieszczone w social mediach w sprytny sposób obrócono, podczas gdy w rzeczywistości Woerth szedł na czworaka po poziomej oblodzonej powierzchni. Sprawa wyszła na jaw, kiedy dociekliwi internauci wypatrzyli w dolnym rogu zdjęcia dwie osoby, które szły po lodowej skale, tak jakby nie dotyczyła ich ziemska grawitacja. Niezgodnie z zasadami grawitacji zwisał też jeden z pasków kurtki ministra.

Jakiś kłopot? Niewielki. Woerth przeczekał falę świętego oburzenia i jakby nigdy nic wytłumaczył, że przecież na szczyt i tak wchodził, więc cała reszta to zwykłe czepialstwo.

Złoto dla kłamliwych

W tej pogoni za luksusowym kłamstwem sporo osób zwietrzyło interes – przecież do zdjęcia nie potrzeba drogiego apartamentu czy luksusowego auta na własność. Wystarczy je...wypożyczyć.

W przepełnionej blogerami-influencerami Moskwie działa np. firma Private Jet Studio oferująca sesje zdjęciowe w należącym do niej małym samolocie Gulfstream G650. Rynkowo koszt czarteru takiego samolotu to kilkanaście tysięcy dolarów. Rosyjski cennik jest natomiast o wiele bardziej łaskawy. Wykupienie luksusowego wnętrza odrzutowca na dwugodzinną sesję kosztuje 11 tys. rubli, czyli jakieś 191 dol. Jeżeli chcielibyśmy skorzystać z pomocy profesjonalnego fotografa, dopłacimy 50 dol. więcej. Wideo to podbicie stawki dwukrotnie. Dodatkowo zatrudnić można na miejscu również fryzjera i specjalistę od make-upu. Ale to dopiero początek cennika, z którym trzeba się zapoznać, chcąc kreować swoje życie w wersji pro. Na prawdziwych wyjadaczach zarabia nie rosyjski Private Jet, ale nowojorska firma Village Marketing z penthouse’em w pobliżu SoHo. Mający jakieś 800 m2 apartament kosztuje 15 tys. dol. miesięcznie, ale daje wszystko, czego potrzeba, żeby zaprezentować internetowym zawistnikom swoje życie w wersji glamour. Luksusowa sofa w kolorze „millenial pink”? Jest. Ociekające złotem zdobienia? Są. Monstrualnych rozmiarów wanna, która aż prosi, aby wypełnić ją świeżymi kwiatami? Jest. Do tego kuchnia ze specjalnym drewnianym regałem od podłogi po sufit wypełnionym butelkami najlepszego wina i biblioteczka uginająca się od tomisk oprawionych w świetnie prezentujące się na zdjęciach skóry.

 

Co najlepsze, pomysł na stworzenie zaprojektowanego pod influencerów mieszkania wziął się z… potrzeby chwili. Vickie Segar, szefowa Village Marketing, zdała sobie sprawę, że tłumy nowojorskich instagramowiczów nie mogą znaleźć odpowiedniej przestrzeni w Nowym Jorku, pełnym wąskich, klaustrofobicznych mieszkań. Postanowiła więc taką urządzić. Oprowadzając po niej dziennikarzy „New York Timesa”, nie używała jednak słów typu: „kuchnia:, „łazienka”, „salon”. Mówiła raczej o „chwilach”, „emocjach”, „uczuciach” i „kadrach”. Bo tylko te się liczą podczas kreowania internetowej rzeczywistości.

FEJKOWY ŚWIAT, CZYLI JAK TWORZY SIĘ FIKCJĘ W MEDIACH SPOŁECZNOŚCIOWYCH

To tylko wygłupy influencerów?

Nie, zwykły Jan Kowalski oraz jego żona Janina idą w te same ślady (patrz popularność outletów z markowymi ciuchami). A nawet jeżeli oni nie – to ich dzieci już na pewno. Z dwóch powodów. Po pierwsze, internet jest pełen haseł o tzw. self-brand marketingu. W ślad za influencerami zaczęliśmy postrzegać siebie jako marki. Z równą pieczołowitością zaczęliśmy też więc dbać o swój wizerunek.

Na każdym kroku jesteś brandem – tak atrakcyjnym jak twoje wakacje na Instagramie i tak profesjonalnym, jak twój ostatni wpis na LinkedInie. Nieobecność tam może mieć wymierne, społeczne skutki. Również negatywne. Social media stworzyły też Polakom ciekawą alternatywę. Nasi rodacy – paradoksalnie – nie lubią chwalić się wprost i zbytnio rzucać w oczy. Zdjęcie tropikalnych wakacji czy nowego samochodu stanowi bezpieczną alternatywę. Sąsiad i tak zobaczy: cóż tego, że na ekranie smartfona, a nie na podjeździe? Po drugie, kariera influencera czy youtubera – oczywiście w odpowiednim przedziale wiekowym – marzy się większej liczbie osób, niż można sobie wyobrazić. Na początku lipca głośna była sprawa sopockiej restauracji Cały Gaweł, która przy okazji Open’era dostała istny zalew wiadomości od samozwańczych celebrytów, którzy chcieli zjeść w lokalu darmowy posiłek za wzmiankę o lokalu w mediach społecznościowych.

Lazur w kadrze

W pogoni za życiem jak z obrazka ludzie są w stanie zrobić jednak o wiele więcej, niż wygłupić się przed trójmiejskim restauratorem. Kilka kilometrów od Nowosybirska w Rosji znajduje się jezioro zwane „syberyjskimi Malediwami”. Wszystko dzięki zaskakującej lazurowej barwie, którą nadają mu toksyczne chemikalia spuszczone do wody z pobliskiej elektrowni. W wodzie jest m.in. tak dużo tlenków szkodliwych metali, że samo zanurzenie w niej ciała może skończyć się wizytą w szpitalu.

 

Mimo to chętnych na upolowanie atrakcyjnego kadru nie brakuje. Dziesiątki influencerów pakują się do pontonów i kajaków, byle zrobić sobie zdjęcie z połyskującą wodą. Na brzegu kręcą się pary młode, organizując tam sesje zdjęciowe, po tafli pływają ludzie na deskach i pompowanych jednorożcach.

Rosyjska specyfika? Nic podobnego. Niemal identycznym jeziorkiem może się pochwalić hiszpańska Góre Neme, która stała się celem influencerskich pielgrzymek. Efekt? Na początku lipca do pobliskiego szpitala trafiło kilka osób z reakcją alergiczną po zetknięciu z lazurową, genialnie wychodzącą na zdjęciach, wodą. Okazało się, że swoją barwę zawdzięcza funkcjonującej nieopodal kopalni wolframu. Koszt dobrego zdjęcia? Jak mówi lokalnym mediom miejscowy lekarz: podrażnienia skóry i oczu, kłopoty z układem trawienia, wymioty oraz biegunka. Ale czego się nie robi dla efektownego kłamstwa w necie.

Sława ma jednak swoją cenę

Internetowa mimikra może jednak kosztować wiele, wiele więcej. Wszystko dlatego, że nasze mózgi wcale nie są przyzwyczajone do życia w ciągłym kłamstwie. Łganie – w odróżnieniu od mówienia prawdy – kosztuje nas więcej, generuje więcej stresu, zżera więcej naszych codziennych zasobów. Ciekawie tłumaczył to kiedyś w dzienniku „Polska The Times” neurobiolog Wojciech Glac.

Kiedy kłamiemy, w mózgu generowany jest konflikt, który staje się przyczyną stresu. Stres jest naturalną wskazówką dla mózgu, że zachowanie było błędne. Dlatego kłamanie zawsze przychodzi większości z nas z trudem i dużo kosztuje

– tłumaczył.

Z drugiej strony, życiem w tym fikcyjnym świecie łatwo sami możemy sobie wyrządzić krzywdę. Tali Sharot, badaczka University College London, udowodniła, że mózg umie się uodpornić na stres i emocjonalny dyskomfort, który towarzyszy kłamstwu. Z każdą blagą ciało migdałowe – które odpowiada za przetwarzanie emocji – reaguje słabiej, nawet jeżeli kłamstwa są większe.

Mówiąc krótko: do kłamania – przed samym sobą i innymi – da się przyzwyczaić. A chyba nie ma nic gorszego, niż uwierzyć w swój obrazek, który namalowaliśmy na potrzeby Instagrama.

Więcej o: