Szybkie randki - jak to działa? Rozmowa z organizatorem speed datingu

Ile to trwa, ile kosztuje, kto przychodzi, o czym rozmawiać, a jakich tematów nie poruszać, jaką taktykę zaznaczania wybrać? No i co się stało z dzwonkiem? O speed datingu rozmawiamy z ogólnopolskim koordynatorem z portalu speed-dates.pl.

Widzę na twoim palcu obrączkę. Czy żonę poznałeś na speed datingu?

Nie. Nie chciałem łączyć pracy z przyjemnością [śmiech], a raczej pracy ze związkiem, gdyż wśród znajomych niekoniecznie to się dobrze kończyło.

Co to znaczy? Związki się rozpadały?

Tak. Tyle że w ich przypadku te pary pracowały ze sobą. U mnie pewnie musiałaby być to jakaś klientka. Wolałem w tę stronę nie iść. Ja, o dziwo, żonę poznałem dzięki – można powiedzieć – konkurencji, bo spotkaliśmy się na Tinderze. Kolega namówił mnie do założenia konta w tej aplikacji, gdyż stwierdził, że to świetne narzędzie do poznawania nowych osób. Prawdę mówiąc, powiedział, że program służy raczej do krótkoterminowych znajomości...

Pewnie wyraził się jeszcze dosadniej?

Tak. Natomiast ja spotkałem się tylko z moją przyszłą żoną, od razu okazało się, że to jest to, i więcej nie używałem aplikacji. Teraz kolega się śmieje, że my nie potrafimy z tego korzystać [śmiech].

OK, ty wybrałeś inną drogę, ale słyszałem, że są małżeństwa, które poznały się na speed datingu.

Tak. Mamy co najmniej osiem takich par, które się pobrały. Mówię przynajmniej, bo zwykle dowiadujemy się o tym z drugiej ręki, sami zainteresowani proszą tylko, by usunąć ich dane kontaktowe z naszej bazy danych. Natomiast w zeszłym roku dowiedziałem się, że mamy pierwsze speeddatingowe dziecko.

To brzmi, jakby poczęcie nastąpiło na pierwszej randce [śmiech].

Może niekoniecznie aż tak. Para, która spotkała się na drugim albo trzecim speed datingu, który prowadziłem jako koordynator szybkich randek, teraz ma dziecko. Zresztą z nimi było fajnie, bo się poznali u nas, potem zaczęli się spotykać, po jakimś czasie zamieszkali razem, następnie wzięli ślub i zawsze nas informowali o tym. Zresztą ich historię można przeczytać na naszej stronie internetowej Speed-dates.pl.

Od kiedy prowadzisz szybkie randki?

Od sześciu lat. Teraz jestem koordynatorem na całą Polskę i wszyscy sądzą, że ja tę firmę założyłem. Niestety nie. Jak byłem na piątym roku socjologii, szukałem jakiegoś dodatkowego zajęcia i trafiłem na ogłoszenie, w którym szukano koordynatora szybkich randek w Łodzi. Trzeba było wysłać CV z listem motywacyjnym. Przyznam, że męczyło mnie już to pisanie, że moje mocne strony to bla, bla. Postanowiłem napisać jak do znajomego, ale skupiając się na tym, co mogę wnieść do firmy. Popuściłem też wodze wyobraźni, przedstawiając swoje wizje na promocję tych spotkań. I chyba miałem dobre pomysły, bo sporo z nich zrealizowałem.

Jakie to były pomysły?

Głównie dotyczące poszukiwania lokalnych partnerów do współpracy. Pracujemy z klubami, restauracjami czy kawiarniami – to jest norma, bo musimy gdzieś robić te spotkania, natomiast ja zaangażowałem do promocji barber shop, zakład kosmetyczny, szkoły tańca...

W jaki sposób barber shop z wami współpracował? Tam odbywały się randki?

Nie. Wisiał tam nasz plakat, pracownicy informowali klientów o spotkaniach i rozdawali zniżki na nie, a z drugiej strony my, jak widzieliśmy kogoś z brodą, to mówiliśmy, gdzie może o nią zadbać profesjonalnie.

Ile randek organizujecie w miesiącu?

To zależy od miesiąca. W wakacje z racji urlopów robimy mniej, ale średnio to jest około pięciu spotkań miesięcznie na miasto.

Mówimy o największych polskich miastach?

Tak, ale nie tylko, bo w naszej ofercie jest Rzeszów, który ma niecałe 200 tys. mieszkańców, czy Tomaszów Mazowiecki, który ma 60 tys.

Jakie są wymagania wobec lokalu, by zorganizować tam speed dating?

Z technicznych? 15 stolików i 30 krzeseł oraz osobna sala lub wydzielenie części dla nas, aby uczestnicy mieli odrobinę intymności, by osoby, które są w lokalu, a nie uczestniczą w spotkaniu, po prostu nam nie przeszkadzały.

Te 30 osób to standard?

Tak. To jest spotkanie, które jest już satysfakcjonujące, a jeszcze nie męczące. Ponad 15 rozmów, kiedy po raz kolejny człowiek mówi, czym się zajmuje, jakie jest jego hobby, może być nużące. Natomiast jeśli ktoś chciałby poznać mniej osób, za to pogadać z nimi dłużej, to mamy long dating, gdzie z każdą osobą rozmawia się minimum 10 minut, zazwyczaj około 15. Grupy są niewielkie – maksymalnie 10 par. Wtedy można więcej przekazać. Pięć minut – jak się z kimś dobrze rozmawia – to jest dosłownie moment.

A zdarza się na odwrót – że ludzie nie mają o czym rozmawiać?

Kilka razy coś takiego się zdarzyło, ale to rzadkość. Taka sytuacja może być spowodowana dużym stresem i jeśli dwie takie osoby się spotkają, może zapanować niezręczna cisza.

I co wtedy? Macie jakieś koła ratunkowe?

Kiedy uczestnicy są już przy stolikach, my nie ingerujemy w to, o czym rozmawiają i jak przebiega ta konwersacja. Ale jeśli nawet ktoś jest zestresowany, to przy drugiej, maksymalnie trzeciej rozmowie ten stan mija, gdyż taka osoba uświadamia sobie, że jest w takim samym położeniu jak cała reszta. I dodam, że choć nikt tego naukowo nie zbadał, z moich obserwacji wynika, że mamy też funkcję terapeutyczną. Pamiętam pewnego mężczyznę z Łodzi, gdzie organizowałem najwięcej spotkań, który za pierwszym razem przyszedł zestresowany, podczas rozmów mówił kobietom, że one go raczej nie zaznaczą, strasznie pesymistycznie do tego podszedł. Jednak dostał jedno zaznaczenie. Spotkał się z dziewczyną. Co prawda nic z tego nie wyszło, ale mocno go to podbudowało. Zaczął bardziej dbać o siebie, ćwiczyć, lepiej się ubierać. Był chyba na 10 spotkaniach i na każdym kolejnym stawał się coraz bardziej otwarty, zaczynał żartować i zbierał coraz więcej zaznaczeń.

Muszę dopytać o te zaznaczenia. Na randce po rozmowie zaznaczam, która osoba mnie interesuje, tak?

Każdy otrzymuje formularz z listą osób, z którymi będzie rozmawiać. Pod koniec spotkania jest krótki czas, aby przemyśleć, kogo chcemy zaznaczyć na TAK, a kogo na NIE i później ludzie oddają nam te kartki. My analizujemy je, ale już po opuszczeniu lokalu...

Czyli bezpośrednio po speed datingu ludzie się rozchodzą?

Nie do końca, bo my zawsze ich namawiamy, żeby jeszcze sobie posiedzieli, porozmawiali, i sporo osób zostaje. Natomiast oni nie wiedzą, kto kogo zaznaczył. Nie chcemy dawać od razu wyników, żeby nie doszło do niezręcznych sytuacji, gdy np. mężczyzna podejdzie do kobiety i zapyta: „Dlaczego mnie nie zaznaczyłaś?”. Ludzie czują się bardziej komfortowo, otrzymując wyniki później na maila.

I co? Dostanę informację po spotkaniu, że np. dwie dziewczyny, z którymi rozmawiałem, były zainteresowane?

Jeśli dwie osoby wzajemnie się zaznaczyły, przekazujemy im ich numery telefonów. Ale musi być to sparowanie. Jeśli ktoś chce, możemy też dać mu informację, ile osób go zaznaczyło, ale tylko liczbę, bez żadnych danych.

OK, ale jeśli mamy sparowanie, to obie osoby dostają numery, więc pierwsza może zadzwonić kobieta?

Może, natomiast z moich rozmów z uczestnikami wynika, że to zazwyczaj idzie konserwatywnym trybem, że mężczyzna musi się pierwszy odezwać. Nawet słyszałem, że niektórzy odczekują trzy dni, żeby nie wyjść na zdesperowanych.

Wspominałeś mężczyznę, który z każdym spotkaniem zyskiwał pewność siebie. To znaczy, że idzie się nie na jedną randkę, tylko na całą serię spotkań?

Zdarzają się osoby, które przychodzą kilka razy z rzędu, są i takie, które kogoś poznają i robią sobie przerwę, bo są z kimś, ale jeśli związek się kończy, to wracają.

Na speed datingu ludzie szukają przygody, związku czy może czegoś jeszcze innego? Przyjaźni chyba nie...

Przyjaźni też. W Warszawie jest sporo ludności napływowej i często ktoś, kto się dopiero przeprowadził, nie ma tu jeszcze wielu znajomych poza ludźmi z pracy. I bywa, że taka osoba przychodzi na szybkie randki, by zawiązać jakieś relacje, nawet niekoniecznie romantyczne. Często zdarza się, że kobiety, które u nas się poznają, zostają przyjaciółkami.

Ale rozumiem, że one rozmawiają już po randkach.

Tak. Standardem jest to, że gdy robimy przerwę, to panie, które przychodzą same, łączą się w grupki i wymieniają uwagi, dopytują się nawzajem o wybranych mężczyzn.

Ile taka randka kosztuje?

Średnia cena to około 30 zł, ale zależy to od eventu, jaki organizujemy, bo np. w Trójmieście robimy szybkie randki dla osób aktywnych pod okiem trenerów personalnych. To zazwyczaj odbywa się na wydzielonej części plaży, ustawione są stacje, gdzie dwie osoby się spotykają, rozmawiają, ale też ćwiczą. To jest troszeczkę droższe, ale też z racji tego, że musimy opłacić trenerów.

To fajne, bo spotykają się ludzie o podobnych zainteresowaniach. Macie inne tematyczne randki?

Mamy np. szybkie randki dla osób z wyższym wykształceniem.

I trzeba przyjść z dyplomem?

Nie. Nie mamy aż takiej władzy [śmiech]. Mamy szybkie randki dla podróżników. Na takim spotkaniu w Warszawie tylko połowę stanowili ludzie mieszkający w stolicy, a reszta przyjechała z odległych miast – Białegostoku, Katowic itd. Były to osoby, które dużo podróżują i szukają znajomych, którzy pojadą z nimi gdzieś dalej. Mamy też szybkie randki taneczne – po trzech minutach rozmowy przy stoliku słychać dzwonek, należy przejść na parkiet z daną osobą i przetańczyć z nią cały utwór muzyczny.

Jaki jest dobór piosenek? Same wolne?

Raczej muzyka taneczna z lat 80. i 90. Ale wolniejsze też się zdarzają, bo po 12 szybkich utworach ludzie byliby wykończeni.

Adam Pawelczyk - organizator szybkich randek, speed-dates.plAdam Pawelczyk - organizator szybkich randek, speed-dates.pl Fot. Jakub Filew / Agencja Gazeta

Czy na speed dating przychodzą „sportowcy”, czyli osoby, które nikogo nie szukają, ale chcą zobaczyć, ile osób je zaznaczy?

Tak, zdarzają się. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Pamiętam takich dwóch chłopaków, którzy przychodzili i rywalizowali ze sobą, kto będzie miał więcej zaznaczeń. Byli na czterech spotkaniach, po czym pojawił się tylko jeden i powiedział, że zepsułem mu kolegę, gdyż się zakochał.

Skończyła się zabawa, zaczęło się na poważnie.

Wiele osób przychodzi z myślą, że nie muszą nikogo poznać, nie napinają się...

I to jest chyba najlepsze podejście?

Tak. Jest taki stereotyp, że „ludzie, którzy przychodzą na szybkie randki, są samotni nie ze swojego wyboru, tylko z wyboru innych”. Ja sam nie wiedziałem, co mam myśleć o speed datingu, zanim nie poprowadziłem pierwszego spotkania. I zostałem megapozytywnie zaskoczony tym, jakie osoby przychodzą. Okazuje się, że ludzie są samotni zazwyczaj dlatego, że dużo pracują i nie mają czasu, by kogoś poznać.

A jeśli chcą poznać kogoś konkretnego? Jeśli ktoś chciałby spotkać 15 dziewczyn, które wyglądają jak modelki...

Nie da się tego zrobić choćby dlatego, że musielibyśmy trafić w indywidualne gusta 15 mężczyzn i 15 kobiet. Na klasycznych spotkaniach bazujemy na podziale na kategorie wiekowe – zapewniamy, że będą osoby w danym wieku. A cała reszta... Cóż, my też nie widzimy tych ludzi, kiedy się zapisują. Nie mamy wpływu na to, kto do nas przyjdzie. Jednak klienci wracają, mamy dobre opinie, więc chyba nie jest najgorzej.

A co jeśli pan po pięćdziesiątce chciałby się umawiać z dwudziestolatkami?

Mieliśmy taką sytuację, że zapisał się mężczyzna i na spotkaniu okazało się, że jest nawet bliżej sześćdziesiątki, a była to grupa do lat 30. Nasz regulamin mówi, że możemy takiej osobie odmówić uczestnictwa i tak się stało. Jednak jeśli różnica jest niewielka, to zdarza nam się przymknąć oko. Kiedyś mieliśmy grupę 30-43 lata, a jedna z pań wyglądała maksymalnie na 20 lat. Jednak pokazała mi dowód i okazało się, że ma 38 lat.

To był chyba najlepszy komplement w życiu?

Ona była do tego przyzwyczajona. Wyjaśniła, że wszędzie proszą ją o dowód. Sytuacja w drugą stronę – w grupie 22-31 był chłopak, który wyglądał na 40, a miał 25 lat.

Rozumiem, że wtedy dowód osobisty załatwia sprawę.

Tak. Staramy się tego pilnować, bo skoro ludzie przychodzą na daną grupę wiekową, to chcą takich ludzi spotykać, a nie dużo starszych czy dużo młodszych. Raz zdarzyło się jednak, że na spotkaniu do 30 lat był mężczyzna po czterdziestce. Wyglądał góra na 30. Pod koniec dowiedziałem się, że ma 41, i później go nie wpuściłem na młodszą grupę wiekową. Poszedł na starszą i można powiedzieć, że dobrze się to dla niego skończyło, bo poznał swoją miłość. Mam nadzieję, że ten związek trwa do tej pory, bo niestety nie mamy kontaktu.

A skąd się dowiedziałeś o jego prawdziwym wieku?

Od uczestniczek, bo jak pytały go o wiek, to mówił prawdę.

I co? Przyszły do ciebie z zażaleniem?

Nie. Panie nawet nie były złe, ponieważ był atrakcyjnym mężczyzną [śmiech].

Czy myśleliście o randkach dla bogaczy? Wystarczyłoby podnieść cenę z 30 zł do 3 tys...

Wiem, że jest firma w Warszawie, która robi spotkania dla osób „o wyższym statusie finansowym”. Słyszałem, że to spotkania dla panów, którzy są bogaci, i dla pań, które chcą być bogate, ale nie chcą pracować. Tam wpisowe to podobno ok. 50-60 zł.

Przejdźmy do twojej roli. Co robi prowadzący?

Jak już dochodzi do spotkania, moim zadaniem jest przygotowanie sali, przywitanie gości, rozdanie zestawów startowych: długopisu, identyfikatora i karty uczestnika. Później proszę panie o zajęcie miejsc przy stolikach. Panowie się dosiadają. Zanim rozpoczną rozmowy, tłumaczę zasady i dzwonię dzwonkiem, co oznacza, że mogą zacząć randkować. Potem podczas całego spotkania moja rola ogranicza się do tego, że dzwonię co 5 minut lub – gdy mamy jakąś dysproporcję w liczbie kobiet i mężczyzn, bo czasem ktoś do nas nie dojedzie – rozmawiam z ludźmi, którzy chwilowo są bez pary.

To dobry moment, żeby powiedzieć o dzwonku, który zgubiłeś, jadąc na naszą rozmowę.

Miałem dzwonek, który był ze mną od pierwszego spotkania. Jadąc tu, wziąłem go, gdyż miał być na zdjęciu, ale zostawiłem go w pociągu i pojechał dalej....

Jeżeli ktoś go znalazł, to prosimy o kontakt z redakcją.

Tak. Czerwony, bardzo wysłużony i obdarty, ale taki dzwonek z duszą. Przejechał ze mną prawie całą Polskę.

Powiedz jeszcze, jakie są taktyki zaznaczania. Słyszałem, że najlepiej odhaczyć wszystkich, by było ewentualnie w kim wybierać.

O, bywa różnie. Średnio przy spotkaniu 15 par każdy zaznacza 3-4 osoby. Natomiast zdarzają się tacy, którym nikt nie przypadnie do gustu, jak i tacy, którzy zaznaczają wszystkich na TAK. Niejednokrotnie po ostatniej rundzie dzwoniłem dzwonkiem i ktoś do mnie podchodził od razu z kartą wypełnioną od góry do dołu.

Na koniec zdradź, o czym najlepiej rozmawiać na speed datingu, a jakich tematów nie poruszać.

Pytania: „Co robisz w życiu? ”, „Gdzie pracujesz? ”, „Jakie jest twoje hobby? ”, „Czy jesteś tu pierwszy raz? ” to sztampa. Można tak zacząć pierwsze trzy rozmowy, ale później lepiej szukać innych tematów, bo jeśli dana osoba słyszy wciąż to samo, to staje się coraz bardziej zniechęcona. Trzeba się zdobyć na coś niestandardowego. Kiedyś przyszła kobieta, która miała na siebie pomysł i naprawdę przyciągnęła wszystkich mężczyzn. Pani pojawiła się w czerwonej sukni balowej i miała długie rękawiczki aż za łokcie. Wyglądała, jakby szykowała się na jakąś galę. Okazało się, że jest aktorką i rozmawiając z kolejnymi mężczyznami, wcielała się w inną rolę. Pod koniec przyznawała jednak, że chciała sprawdzić ich reakcje. Naprawdę zaintrygowało to mężczyzn i większość – chyba 90% – zaznaczyła ją na TAK.

Z drugiej strony mieliśmy też panią, która zachowywała się, jakby miała prowadzić przesłuchanie. Miała swoją tabelę z pytaniami i z punktacją za odpowiedzi. Pytała: „Jaką szkołę skończyłeś? ”. Ktoś odpowiadał: „Jestem po zawodówce”. Wpisywała 0. I to na oczach tej osoby. „A gdzie pracujesz? ”. „Mam własny zakład stolarski”. To już było 10 punktów. I jeśli ktoś zebrał poniżej 50 punktów, to pani nie zaznaczała go. Natomiast to i tak nie miało znaczenia, ponieważ panowie poczuli się jak na rozmowie kwalifikacyjnej i jej nikt nie zaznaczył. Innym razem pewna pani – jak się okazało, antropolog kulturowa – opowiadała o wyzwoleniu seksualnym w plemionach indiańskich albo o kanibalizmie, co z pewnością nie jest dobrym tematem na pierwszą randkę. Najlepszym rozwiązaniem jest po prostu być sobą i specjalnie się nie przygotowywać, nie układać sobie scenariusza rozmowy w głowie, bo to wychodzi sztucznie.

Więcej o: