Jakub Gierszał: "Ja wcale nie mam na siebie pomysłu"

Jakub Gierszał i nasz redaktor naczelny Marcin Kasprzak spotkali się po latach, by pogadać o rzeczach ważnych. I nieważnych.

Mówią, że nie udzielasz wywiadów.

To nieprawda, udzielam. Wygoogluj sobie.

Mówią, że nie chadzasz na bankiety.

To akurat prawda. Nawet niektórzy przestali mnie zapraszać, bo się nauczyli, że nie chadzam i nie bywam.

Mówią, że nie ma ciebie w social mediach.

To też prawda. Jak zaczął się Facebook, to jakoś tę falę przeoczyłem. A później już nie miałem ochoty się włączać. Tak już jest, że jak nie było cię przy czymś na początku, trudniej w to wchodzić.

Bez przesady, na pewno byś zebrał kilka lajków. Kobiety by szalały.

Nie żałuję. Nie oceniam, jak robią to inni, bardzo mocno wierzę w wolność każdego człowieka, ale często mam wrażenie, że całe te „Fejsy” i „Insta” to świat równoległy. Tworzymy swojego awatara. To nie jesteśmy my. Kreujemy siebie od nowa i włączamy się w konkurencję awatarów. Nie dość, że ścigasz się na poziomie realnego życia, to jeszcze dobrowolnie walczysz na poziomie życia wirtualnego. A może nawet wycofujesz się z prawdziwego, by istnieć głównie wirtualnie? To pozbawienie siebie istoty życia, czyli wymiany z drugim człowiekiem. Ta najpełniej odbywa się w spotkaniu. Social media też mają w sobie coś z chwalenia się. Znajomymi, pieniędzmi, podróżami. Jakie masz poglądy, jaki masz styl życia, czy jesteś już wege, czy jeszcze nie. W zwykłej rozmowie zazwyczaj chcesz się pokazać z najlepszej strony, ale w social mediach to jest wersja podkręcona. Co więcej, potem musisz to utrzymać. To powoduje presję – trzeba utrzymać obraz siebie, który sam wytworzyłeś.

Ale chociaż nad tym panujesz.

Miałem kiedyś przez kilka miesięcy konto na Instagramie, na samym jego początku. Nie pod swoim imieniem, ale po to, żeby wymieniać się zdjęciami ze znajomymi. Miałem dosłownie kilku „znajomych”. Zaprzestałem tego, gdy zauważyłem, że zaczynam robić zdjęcia po to, by dostały lajki, by mieć więcej followersów, którzy nagle zaczęli się mnożyć. Po co? Mój sposób myślenia przy robieniu zdjęcia nie był poszukiwaniem dla siebie, ale dla innych. To oszustwo. Samego siebie i innych. Tworzymy sieć, w której się zaplątujemy.

PRZECZYTAJ TEŻ: Bartłomiej Topa: "Dopiero się rozkręcam!"

Ale biznesowo to może być przydatne dla aktora. Na pewno pada czasem pytanie: „Jakie masz zasięgi w socialach?”.

Zdaję sobie sprawę, że świat wygląda niekiedy tak, że te „soszjale” bywają ważne w rozmowach. To jest złożony temat. Dobrze, że w „Logo” to czasem obśmiewacie i pokazujecie, że jednak lepiej wyjść z wirtualu. Pamiętam taką scenkę na meczu Polska – Macedonia. Przede mną siedziała jakaś rodzina. Kiedy mama wyciągała telefon do zdjęcia, dzieci nakładały sztuczny uśmiech, miały to wręcz wytrenowane. Gdy chowała go do kieszeni, znudzone wracały na swoje miejsca. Te kilkuletnie dzieci są już wyuczone takiego pozowania. Jaki rodzaj społecznych kontaktów będą miały te dzieci, gdy będą starsze?

Przecież ty jesteś właściwie milenialsem.

Nie wiem, czy jestem. Jesteśmy w tym samym wieku, pamiętamy czasy sprzed internetu. Były to czasy większej wolności niż dzisiaj. Na pewno. Mam dobre skojarzenia z dzieciństwem i nie ma w nich jakoś Facebooka. Pamiętam, internet raczkował. Łączyłem się przez modem, biegałem do kafejki internetowej zgrać coś na dyskietkę. Pamiętam pierwsze rozmowy na IRC-u, epokę Gadu Gadu. To moje gimnazjum i liceum. Ale nie przypuszczałem wtedy, że to urośnie do takich rozmiarów, że nie da się spokojnie, normalnie funkcjonować.

Wyrośniemy z tego?

Czy ja wiem? Są takie trendy. Świadome odrzucenie. Stara Nokia 3310 albo brak telefonu. Tryb samolotowy po pracy. W perspektywie wieloletniej wydaje się, że może powstanie jakiś underground. Anarchia, która powie internetowi: „Dość”. Takie anty-online’owe podziemie. Wydaje się to coraz bardziej rzeczywiste.

Byłeś na wakacjach bez aparatu?

Akurat robię za mało zdjęć, potem mam wyrzuty sumienia. Byłem na wakacjach, gdzie mi ukradziono telefon. Pierwsza myśl: „o k…”, a potem i panika. Ale to był świetny czas. Polecam wszystkim cztery tygodnie bez telefonu. To były długie wakacje.

Ponoć ludzie zaczęli chodzić do kina, bo nie mogą w nim korzystać ze smartfonów.

Możliwe. Dostałem jakiś czas temu biografię Marlona Brando. O tym, jakim był symbolem w czasach powojennych, wyrażał pewną postawę całego pokolenia. Ale też było w niej wiele o kinie amerykańskim i jego funkcji i co w tamtych czasach oznaczało bycie aktorem, gwiazdą. Po wojnie, do początku lat 50. Wiesz, ilu ludzi chodziło do kina tygodniowo w Stanach Zjednoczonych?

Nie mam pojęcia. Milion?

90 milionów. Tygodniowo! Byłem pod wrażeniem tej liczby. Dla porównania trzeci sezon „Stranger Things” po pierwszym miesiącu miał oglądalność na poziomie chyba 64 milionów… na całym świecie! A więc ta potrzeba kina się jednak zmniejszyła.

90 milionów bez multipleksów? W latach 90. miałeś w Toruniu trzy kina po jednej sali, dzisiaj dwa kina po naście sal.

Ale wtedy w USA rodzina szła minimum raz w tygodniu do kina. A większość kilka razy. Zbliżała się sobota – to był oczywisty wybór. Jak tylko weszła telewizja, widownia w kinach spadła o 30 milionów tygodniowo. Potem, jak wprowadzili cinemascope [obraz panoramiczny – przyp. red.] do kina, żeby zaproponować większy obraz niż ten, który masz w telewizji, to trochę się odbiło.

A ty jak często chodzisz do kina? Nie jesteś smartfonoholikiem, nie musisz się detoksować.

Nie no, mam smartfona jakby co [śmiech]. Chodzę do kina nie tak często, jakbym chciał. Ale mam takie fazy, w których zdarza mi się chodzić rzeczywiście dużo. Mówiąc o kinie, nie chodzi tylko o nowości i multipleksy, ale też mniejsze kina – ostatnio chociażby na wielkim ekranie oglądałem „Popiół i diament” czy „Mulholland Drive”.

Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo'Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo' SZYMON SZCZEŚNIAK / LAF ARTIST MANAGEMENT, STYLIZACJA: ANNA IMIELA SZCZEŚNIAK; MAKIJAŻ I WŁOSY: JANUSZ KALEJA

Chodzisz sam do kina?

Pewnie. Chodzenie do kina samemu jest super. Tylko to jest trochę jak z muzyką – ludzie, którzy się zajmują muzyką, nigdy nie słuchają jej tak po prostu. Wiedzą, znają się, analizują technikalia. Z filmem jest podobnie – masz świadomość procesu jego powstawania, co trochę może zaburzać odbiór. Jak w „Matriksie” – połykasz niebieską tabletkę i jedziesz. Oglądałem ten film niedawno i dziwnie się do niego wraca. Sam koncept rzeczywistości wykreowanej jakoś jest aktualny, ale forma już się zestarzała.

Za to „Salę samobójców” nadal nieźle się ogląda. Komasa przewidział coś, co teraz mamy w wersji turbo. A ciebie zaszufladkował. No bo ile jeszcze lat będziesz aktorem „do 25 lat”?

Po „Sali” mnie to denerwowało. Nie chciałem grać młodych rozhisteryzowanych chłopaków, a dostawałem właśnie takie propozycje. I to mi przeszkadzało. Taka jest tendencja, że jak coś się zagra, to ludzie cię widzą przez pryzmat tej roli. Może dlatego, że ten film był wyjątkowo nośny? Wielu ludzi się w nim zobaczyło, dlatego wciąż funkcjonuje jakoś w świadomości. Przewidział ten trend, o którym mówiliśmy – niebezpieczeństwa internetu i social mediów, że młody człowiek ze względu na hejt w internecie potrafi się załamać. To wtedy się zdarzało, więc co dopiero teraz.

Dałeś się wtedy poznać szerszej publiczności. Tymczasem przed tobą pierwszy serial.

Tak, w Polsce pierwszy serial. Głównym przyczynkiem jest Łukasz Palkowski, reżyser, którego poznałem przy „Najlepszym”. Zaproponował mi tę rolę. Jak tylko wiem, że będę pracował z Łukaszem, to w to wchodzę. Poza tym dziś raczej trudno zignorować seriale i odmawiać takim propozycjom.

Narzekasz na brak propozycji? Kuba, halo, halo, w poprzednim roku były cztery twoje filmy na jednym festiwalu. Nie lenisz się.

Nie o to chodzi. Pomyślałem, że czas otworzyć się na kulturę bardziej popularną. A postać Langera w „Chyłce” może przynieść ludziom rozrywkę. W końcu od tego też jesteśmy, od dostarczania rozrywki. Celujemy w więcej, ale nie zawsze udaje się to osiągnąć. Co prawda to właśnie Brando mówił, że aktor jest bardziej poetą niż entertainerem, ale mówił to w innych czasach, w innych okolicznościach.

Żałujesz jakiejś roli?

Nie. Choć miałem nominację do Węża w kategorii „za występ poniżej talentu”. Za „Hiszpankę”. Jak przeczytałem ten scenariusz, to byłem zachwycony. Jego pomysłowością i odwagą. Dziś też bym tę rolę przyjął. Widzisz – generalnie jest tak, że aktor ma ograniczoną odpowiedzialność. Możemy uwierzyć w człowieka, historię, ale koniec końców oddajemy władzę. I w tym zawodzie to może budzić frustrację.

Odpowiedzialność za rzeczy, na które się nie ma wpływu.

Dokładnie. Idę za pomysłem. W – za przeproszeniem – pojebany pomysł „Córek dancingu” wszedłem z wielką ciekawością. Przeczytałem scenariusz i zrobiłem wielkie oczy. Potem rozmawiałem z Agnieszką i uwierzyłem w ten kolaż gatunkowy. Ale koniec końców nie wiedziałem, co z tego wyjdzie. Jak się na coś zapisujesz, to musisz założyć, że nie wszystkim ten film będzie się podobać.

A do Vegi byś się „zapisał”?

Widziałem go na okładce „Logo”, więc odmawiam odpowiedzi.

W weekend otwarcia do kina znowu ściągnął milion osób.

W Polsce mamy wiele równoległych światów.

Który wybierasz?

Staram się iść swoją drogą.

Powtórzę pytanie: którą drogę wybierasz?

Ej no, był u was na okładce, odczep się. Powiem tak – nie wszystko, co popularne, musi być dobre.

To lepsza ta twoja nisza, festiwale, kina studyjne? Zagraj epizod w „M jak miłość”, numer by mi się lepiej sprzedał.

Zatrudnij się w „Teletygodniu”, to będziesz miał lepszą sprzedaż. Z tego, co wiem, „Chyłka” ma dużą popularność, więc to nie jest projekt niszowy. Cieszy się dużym zainteresowaniem. Dobrze, że promujecie takie projekty. A praca z Łukaszem jest przyjemnością. Robimy wszystko, by widz został do końca zainteresowany drugim sezonem „Chyłki”.

PRZECZYTAJ TEŻ: Remigiusz Mróz: "Nie zamierzam kończyć z Chyłką"

Zmienił się też status słowa „serial”.

To na pewno. Rozmawiałem z Grażyną Torbicką u niej w programie i wysnuła tezę, że kino będzie elitarne. Ja nie chciałbym, żeby kino poszło do galerii sztuki. Mam nadzieję, że tam nie zmierzamy.

Może ceny biletów to determinują?

Ale jak pójdziesz do mniejszego kina, zobaczysz dobry film. Zresztą na pewno uciułasz te 20 zł na bilet.

20 zł? Chyba 35 zł w multipleksie?

Aha, to dawno nie byłem jednak w kinie [śmiech].

Jak sobie radzisz z popularnością?

Dobrze, dziękuję. Sam nie wiem.

„Młody James Dean”.

To takie pier…enie.

Na sesji też powiedzieli przed chwilą: „O, jaki James Dean”. Choć nie kojarzę ciebie z roli amanta.

No, trochę w „Hiszpance”. Ale dostałem za niego nominację do Węża, więc może jednak się w tej roli nie sprawdzam. Komedii romantycznej nie robiłem. Ale wiesz, James Dean też nie grywał amantów.

Jaki miałeś plan B, gdyby nie aktorstwo?

Aktorstwo nie było wcale moim planem A. Na egzaminy poszedłem z przekonania, że to odpowiedni moment, żeby po prostu spróbować. Wiedziałem, że jak się nie dostanę, to nie będę próbował drugi raz.

Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo'Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo' SZYMON SZCZEŚNIAK / LAF ARTIST MANAGEMENT, STYLIZACJA: ANNA IMIELA SZCZEŚNIAK; MAKIJAŻ I WŁOSY: JANUSZ KALEJA

Taaa, tak mówią wszyscy, którzy dostali się za pierwszym razem.

Myślę, że mi by nie wystarczyło determinacji, żeby próbować jeszcze raz. A ty jaki miałeś plan B?

O tobie teraz rozmawiamy.

Chciałem iść na konserwację zabytków. Ale nie chciałem zostawać w Toruniu, zresztą jak widać – ty też nie. I uznałem, że konserwacja jest nie dla mnie – inni byli bardziej uzdolnieni plastycznie. Szukałem sposobu, żeby się wyrazić. Gazetka szkolna, którą razem robiliśmy, była jednym z tego elementów [śmiech].

To ty napisałeś do niej głośny jak na Toruń tekst o „emerytce w autobusie”, przez który odmówili naszemu liceum patronatu Jana Pawła II.

Napiszesz o tym w „Logo”?

No pewnie, a ty i tak tego nie skreślisz.

To była fajna gazetka, nie ma siary. Licealne czasy, bardzo dobrze je wspominam. Poza tym, umówmy się, ten artykuł w gazetce szkolnej nie był taki ostry!

Nie był? „Najchętniej kopnąłbym ją tam, gdzie ona może mnie pocałować”.

To parafraza z Szekspira… Taki wyraz buntu. Wyrażenie emocji, nastoletnia brawura. Zresztą z facetami jest podobnie. A tak na marginesie. Uważam, że panuje kryzys męskości. Kobiety przejęły wiele uwagi. Mężczyzna z instynktownego poczucia zagubienia, braku celu, nie mogąc się odnaleźć, często się wycofuje. Myślę, że to jest jakiś głębszy problem.

Wycofuje się i gra na komputerze?

Też. Nie wychodzi z inicjatywą, ucieka w pracę, w świat wirtualny. Widziałem stadiony zapełnione graczami, kilka tysięcy osób ogląda, jak ktoś gra w grę – to jakiś przykład izolacji na dużą skalę i to powinno budzić nasz niepokój. Nie mówię tu o kliszy faceta, jakim jest maczo. Chodzi o zdrowe męskie odruchy: branie odpowiedzialności, odwagę, stawianie sprawy jasno, umiejętność rozwiązywania problemów. A dziś przesuwamy granicę naszej beztroskiej młodości.

O! To kiedy zakładasz rodzinę?

W odpowiednim czasie.

Masz 31 lat.

Jay-Z powiedział, że „30 to nowe 20” i coś w tym jest. Nasze pokolenie jest dłużej trzymane w inkubatorze. Dłużej jesteśmy dziećmi, mamy dłuższy rozbieg przed wejściem w dorosłość. Myślę, że to wynika też w dużej mierze z rozbitych rodzin. Kryzys jest realny. Zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Wychowywały nas matki i babcie, jesteśmy ofiarami ich nadopiekuńczości. Nie nauczyliśmy się pewnych wzorów postaw. Nie umiemy nazywać swoich emocji, bo ich nie znamy – takich zdrowych, normalnych. To, że nie umiemy, nie znaczy, że nam nie towarzyszą. Jesteśmy pozornie lekkoduchami, mamy pozorną wolność. Popatrz na nas: siedzimy sobie w knajpeczce, zjedliśmy tajską zupkę, mamy kawunię i cienkie papieroski, a na deser dostaniemy po serniczku.

Brakuje tylko amaretto.

Wiadomo – nie chodzi o to, żebyśmy zsiadali z konia, smażyli na ogniu kawałek mięsa i w południe pili whisky. Chociaż dobrej whisky bym się chętnie z tobą teraz napił. Ale myślę, że jednak naszym obowiązkiem jest zawalczyć o swoją męskość. Nie bać się przejmować inicjatywy i odpowiedzialności, odzyskać męski świat wewnętrzny, utracony.

A faceci potrafią mówić o słabościach?

Trudno mówić o słabościach, zwłaszcza w sposób konstruktywny, kiedy się nie zna swoich emocji. Jeśli te były głównie nazywane przez inne osoby, czyli w pewien sposób anektowane. Jeśli nie zostaliśmy wtajemniczeni w męski świat przez obecny męski wzorzec. Jak mamy odpowiednie męskie wzorce, na pewno łatwiej nam „zbudować” zdrowego mężczyznę wewnątrz nas i powiedzieć o tym też, co go boli, dlaczego popełnia takie, a nie inne błędy. Ostatnio widziałem ciekawy słowacki film o tej tematyce „Let There Be Light”, o kryzysie męskości, rodziny bez ojca.

Chciałbyś mieć chyba już syna, co? Chętna by się znalazła. W liceum dostałeś tytuł „Ciacha roku”.

Wiedziałem, że mi to wypomnisz.

Do usług.

Wiesz, jak jest – trawa jest bardziej zielona…

Wielu na twoim miejscu by korzystało. Znany, przystojny, no która by nie chciała mieć swojego Jamesa Deana?

Wzorcem mężczyzny jest bycie dżentelmenem, a dżentelmen milczy na te tematy.

Spoko wybrnąłeś, ładnie. Ale maile od fanek dostajesz?

Zdarzyło się. To jest wpisane w ten zawód. Dlatego warto zachować zdrowy dystans. Najgorzej uwierzyć w to, co ludzie sobie wyobrażają na twój temat. Jak w to uwierzysz, to jest początek końca. Miałem różne sytuacje, różne propozycje. Jak się jest osobą publiczną, na którą nakłada się własne projekcje – przez role – to ludzie cię tak odbierają.

No, ale wiesz – młody James Dean, ambitne kino, tu bez Instagrama, chce się rozwijać…

Skończ już z tym Deanem. To inaczej wygląda, niż jest. Pamiętam jak były plakaty „Jumy”, na mieście, a ja nie miałem hajsu na koncie.

Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo'Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo' SZYMON SZCZEŚNIAK / LAF ARTIST MANAGEMENT, STYLIZACJA: ANNA IMIELA SZCZEŚNIAK; MAKIJAŻ I WŁOSY: JANUSZ KALEJA

Boisz się o przyszłość?

Oczywiście. Nie jestem inny od wszystkich. Jak mam w perspektywie jakąś pracę, to myślę o niej. Był moment kilka lat temu, gdy nie miałem nic nowego w planach. Coś tam majaczyło na horyzoncie, ale nic nie było klepnięte. W tym zawodzie jest dobrze, jak się pracuje. Jak się nie pracuje, to różnie bywa.

Hazard i panienki?

Mówię o zwykłych emocjach.

Miałeś jakąś wpadkę wizerunkową?

To ty mi powiedz.

Czytasz komentarze na swój temat?

Staram się nie czytać.

Ja o tobie przeczytałem. Nie ma dramatu.

Tak, kilka razy mi się zdarzyło. W internecie można pisać, co się chce. Hejt to oddzielny rozdział.

Jednak z czyimś zdaniem liczyć się trzeba. Mama ci mówi: „Brzydko, Kubuś, zagrałeś”, czy tylko „Pięknie, brawo, synku!”?

Spierdalaj. A poważnie – tak, liczę się z opinią najbliższych, przyjaciół. Ale potrafię skrytykować się sam.

Największy twój sukces?

Mam 31 lat i ciągle żyję.

A zawodowy?

Mam 31 lat i nadal pracuję.

A magazyn „Variety”? Uznano cię za jednego z 10 najbardziej obiecujących europejskich aktorów. To nie wygląda na łapankę.

Byłem tym zaskoczony. Pytałem nawet tego gościa od „Variety” w Berlinie, skąd ten pomysł. Byliśmy w Ritzu na jakieś okropnej imprezie. No i pytam, skąd ten pomysł. Mówił, że po prostu mnie zauważyli na Sundance. To jest miłe. Coś robisz, a nagle ktoś mówi, że to jest okej. No to się cieszysz. Choć te wyróżnienia bywają niewymierne, nie mają przełożenia na propozycje zawodowe.

Jakbyś dostał Oscara, też byś powiedział, że niewymierne?

Nagrody na drodze są oczywiście miłym docenieniem. Ale system nagród, zwłaszcza dzisiaj, jest czymś, czego nie pochwalam.

Zazdrościsz innym?

Staram się nie zazdrościć, ale tak, czasem zazdroszczę. Najczęściej czegoś, czego się samemu nie miało. Pewnie wiele osób mnie tu zrozumie. Czasem też zazdroszczę ludziom, że nie mają jak ja – tego osadzenia w dwóch krajach. Że mają absolutną pewność, skąd są.

„Jakub Gierszał nie czuje się Polakiem” – to by się świetnie klikało, mogę to puścić?

Ja pierdolę. Tego nie powiedziałem. Ale tak, dzisiaj w mediach chodzi o nawalanie się. Jedni dolewają oliwy do ognia drugiego. I tak wszyscy w końcu płoną.

Ile lat mieszkałeś w Niemczech?

Zmuszasz mnie, to wyjaśniam. Byłem na meczu Polska – Macedonia, śpiewałem „Polska gola”.

Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo'Jakub Gierszał - sesja dla 'Logo' SZYMON SZCZEŚNIAK / LAF ARTIST MANAGEMENT, STYLIZACJA: ANNA IMIELA SZCZEŚNIAK; MAKIJAŻ I WŁOSY: JANUSZ KALEJA

W Polsce robi się średni klimat dla filmów.

Obawiam się, że faktycznie nie idzie to w dobrym kierunku i jesteśmy trochę spanikowani. Jest poczucie zawieszenia. Był w filmowym świecie jakiś porządek, który został niepotrzebnie zaburzony. Jak pamiętam imprezę na 10-lecie PISF-u, to naprawdę po dekadzie było widać sporą różnicę. Mogły powstać takie filmy jak „Sala samobójców” czy „Jesteś Bogiem” o świecie młodych i dotrzeć do szerszej publiczności.

Czego najbardziej żałujesz?

Tego, czego nie zrobiłem. Zastanawiam się czasem nad tym. Pożegnałem członka rodziny w zeszłym roku, więc dużo myślałem o schyłku życia i o tym, co na ostatniej prostej okazuje się ważne.

No i co wykminiłeś?

Najbliżsi. Rodzina. Przyjaciele. Własne szczęście. Ważne, żeby słuchać siebie. Jak słyszysz coś, za czym masz iść, to idź, nie wycofuj się, bo możesz później żałować. Staram się w tym życiu iść, robić swoje i być z tego zadowolonym. Żeby tak żyć, by później nie żałować. Ludzie może często wyobrażają sobie świat i swoje życie, że to jakiś model, projekt, koncept. Ja wcale nie mam na siebie konceptu, nie chcę mieć. Po prostu żyję.

Więcej o: