Klub swingersów. Co wolno, a czego nie wolno?

Jak zorganizowane jest takie miejsce? Co tam się robi, a czego się nie robi? I jak to wygląda od strony organizatorów? O wszystko pytamy Piotra Cywińskiego, właściciela Act Club, najnowszego na stołecznej mapie.

Internetowa strona Act Club jest bardzo rozbudowana, natomiast nie ma tam adresu tego miejsca. To świadomy zabieg?

Jak najbardziej. Zależy nam na dyskrecji. Wiadomo, że jeśli ktoś już do nas przyjdzie, adres zna, jest w stanie rozpowiedzieć go wszystkim, natomiast na całe szczęście tak to nie działa. Nasi goście też cenią dyskrecję.

Tak z ulicy nie można tu przyjść?

Nie. Trzeba najpierw się zarejestrować. Ale jeśli ktoś już wcześniej u nas był, to może przyjść bez problemu. Chyba że dostał wilczy bilet, ale to się jeszcze nie zdarzyło. Może zanim usiądziemy i porozmawiamy, oprowadzę pana po klubie?

Chętnie. Pytania same będą się pojawiać.

Pierwsze miejsce, do którego goście wchodzą, to recepcja. Nie różni się od tych w innych klubach, poza tym że mamy – system informatyczny to może zbyt szumnie brzmi – aplikację, która pozwala komunikować się recepcji z barami: jednym obok i drugim na dole. W innych klubach biega się z karteczkami z zamówieniami, a u nas jest to skomputeryzowane. Nowym gościom na wejściu poświęcamy 5-10 minut na wyjaśnienie obowiązujących zasad. Dajemy im też numerek, który jest paszportem po całym klubie.

Wskazał pan na nadgarstek. To taki numerek jak na basenie?

Podobny. Kiedy goście już się rozbiorą, nie mieliby gdzie takiego numerka schować, bransoletka jest więc najwygodniejsza. Planujemy wprowadzenie nowych – z elektronicznym czipem. Na razie to numerek z kluczykiem. I na ten numerek robi się zamówienia w barze. Natomiast kluczyk jest do szafki w szatni, do której teraz zapraszam. Tu różnica z kolei polega na tym, że oprócz szafek jest też przebieralnia zasłonięta kotarą. Debiutanci nie muszą przebierać się na forum publicznym.

Szatnia jest koedukacyjna?

Tak, choć teoretycznie jest możliwość rozdzielenia, bo mamy dwie szatnie – jedna jest dla singli, druga dla par. Różnice między nimi są głównie w wielkościach szafek i takich elementach jak ta toaletka z lustrem, która jest ukłonem w kierunku pań. W innych klubach tego nie ma, już nie wspominając o tym, że tu wszędzie na ścianach jest prawdziwa sztuka. To jest na przykład oryginalna grafika Salvadora Dalego.

[Wychodzimy na korytarz].

Tam jest oryginalny Dwurnik, oryginalny Pągowski i cała galeria prac Janka Kowalewicza, który miał tu swój wernisaż, a nawet rysował na żywo dwie pary. Jedna z jego prac będzie do wylosowania wśród gości najbliższej imprezy.

A ten ogromny obraz, tam dalej, wygląda jak telewizor…

To jest lustro [śmiech].

Weneckie?

Nie! Nie ma tu weneckich luster, w środku nie ma żadnych kamer. Nie ma niczego, co by rejestrowało dźwięk albo obraz. Tam dalej jest palarnia…

Nawet tu dotarły obostrzenia?

Taki klub musi działać całkowicie legalnie i wszystkie przepisy muszą być przestrzegane. Telewizor jest nad kanapą i na nim od początku imprezy lecą filmy erotyczne. Ta część podczas większości imprez jest strefą „tekstylną”, towarzysko-zapoznawczą. Zazwyczaj w klubach jest wymóg rozebrania się już na wejściu – nie ma więc gdzie schować telefonu. My naszym gościom ufamy i zakładamy, że nikt smartfona nie będzie przemycał. Zostawiamy je w szatni. Do tej części można wejść normalnie ubranym i czuć się swobodnie, ale można też wejść nago czy w bieliźnie erotycznej. I kolejna różnica między nami a innymi klubami – większość tych pod hasłem „strój erotyczny” wymaga, aby dżentelmeni zdjęli spodnie. A dżentelmen bez spodni, tylko w butach i koszulce, wygląda mało dżentelmeńsko. U nas panowie mają wybór: jeśli są przyzwyczajeni do tego, jak jest gdzie indziej, mogą zdjąć spodnie, a jak nie, to zdejmują górę i zostają w spodniach. Dżentelmen bez koszuli, ale w spodniach, jednak wygląda jak dżentelmen, względnie jak drwal, ale przynajmniej panie mają na czym zawiesić oko.

Co dzieje się dalej?

Siadamy na kanapach, rozmawiamy. Możemy coś zamówić przy barze. Jeśli chcemy już się bawić, możemy iść na górę i tam strój erotyczny jest obowiązkowy. Ja określam go jako taki, w który nie ubralibyśmy się na rodzinny obiad. Jeśli ktoś zaakceptowałby nasz strój, to znaczy, że nie jest on erotyczny.

[Wchodzimy na górę, wyjątkowo w zwykłych strojach].

Oto miejsce, gdzie już wszystko można i niczego nie trzeba. Pierwszy pokój nazwaliśmy Performance Hall, gdyż ma duże łóżko, które może stać się sceną i rzeczywiście podczas otwarcia występowała tu jedna z bardziej znanych stand-uperek w Polsce. Opowiadała o swojej pierwszej wizycie w klubie swingerskim, więc fajnie nawiązała do tematu.

Obok mamy Mirror Room z lustrami. Charakterystyczną rzeczą dla wszystkich klubów są zestawy higieniczne w każdym pomieszczeniu. To prezerwatywy, żele nawilżające i ręczniczki. Ale tylko u nas są rękawiczki lateksowe, które niestety dla większości naszych gości są nowością.

To proszę powiedzieć, do czego służą.

Jeśli mamy kontakt z więcej niż jedną osobą, to wszelkie infekcje przenoszą się nie tylko przez narządy płciowe, ale również na rękach, więc jeśli mamy chęć dotykać ludzi dookoła, ich stref intymnych, to należy to robić w rękawiczkach. Kiedy pieścimy jedną osobę, zakładamy rękawiczki, a gdy drugą – to je zdejmujemy i zakładamy nowe. Poza tym jest tu też płyn do dezynfekcji rąk i zachęcamy, by po każdym kontakcie z niego skorzystać. Następny pokój jest tylko dla par. Jeśli są imprezy, na które mogą też przyjść single i singielki, to nie mają tu wstępu. Pary mają tu swój azyl. Single, a w zasadzie samotni panowie, to największa zmora takich klubów, bo zwykle są wpuszczani prawie w nieograniczonych ilościach, a nie wszyscy są wystarczająco wyedukowani, jeżeli chodzi o klubowy savoir- -vivre. My natomiast dbamy, aby singli było odpowiednio mało, a każdy z nich był na takim poziomie, by nie sprawiać kłopotu parze, która np. nie życzy sobie takiego towarzystwa.

Następny pokój jest z czeskim „glory hole”, czyli tak skonstruowanymi łóżkami, by partnerzy nie widzieli swoich twarzy.

W drzwiach pokojów widzę zasłonki.

Ich zasunięcie to dla innych sygnał: „chcemy być sami”. Jednak to tylko sugestia i nie jest wiążąca dla gości. W końcu jesteśmy w klubie swingerskim i jeśli ktoś szuka prywatności, raczej polecam pokój hotelowy.

W łazience czeka nas jakieś zaskoczenie?

Są tu trzy w pełni wyposażone łazienki. Zwyczajne, ale zwracam uwagę na bidety, których nie ma w żadnym innym klubie. Mamy przybory higieniczne i jednorazowe szczoteczki do zębów, jeśli zaistnieje taka potrzeba, a już widziałem, że istnieje.

Na strychu jest salon BDSM, który otwieramy w tę sobotę. Na razie jeszcze stolarze pracują nad składaniem specjalnych mebli.

Jak się znajduje stolarzy, którzy robią erotyczne meble?

Nie znajduje się [śmiech]. Idzie się do zwykłego stolarza i mówi mu, jak ma to zrobić. Niby są ludzie zajmujący się produkcją mebli erotycznych, ale są one absurdalnie drogie, bo kierowane na rynki zachodnie. Trzeba więc stolarzowi wszystko rozrysować.

A skąd czerpać pomysły?

Z głowy! To po pierwsze. A po drugie jest portal, który zrzesza rzemieślników robiących takie rzeczy, i tam można szukać inspiracji. Nam zajęło to trzy miesiące.

Widzę głośniki w pokojach. Jaki rodzaj muzyki tu leci?

To zależy od tego, jaki jest rodzaj imprezy, a także – jaka wola gości. Tu zazwyczaj jest muzyka deephouse’owa, lekko chilloutowa, spokojna i dość cicha. Na dole – muzyka taneczna, lata 80., miksy coverów, a jeszcze niżej, w strefie SPA – plażowa. Ludzie w saunie raczej nie chcą słuchać deephouse’u, tylko muzyki relaksacyjnej.

Jest strefa SPA?

Tak, zejdźmy tam. To pomieszczenie nazywamy Whisky Bar. I bar tu jest, whisky także, ale główne miejsce zajmuje stół do bilarda, który goście sobie upodobali.

Tylko do gry?

Nie powiem, że stół służy im wyłącznie do grania. Ale bardzo naciskamy na to, aby te prześcieradła, których w całym klubie porozkładanych jest 150, wykorzystywać tak, aby na suknie nie pozostawały ślady namiętności. I na razie bardzo dobrze nam się to udaje.

Dalej jest sauna. Tam wszystko jest dozwolone?

Tak. Z tym że jest tam 100oC, więc nie wszystko da się robić [śmiech]. Obok jest strefa masażu.

Czy to znaczy, że tu pracuje zawodowy masażysta?

Tak. Masażysta lub masażystka, choć nie na każdej imprezie. Generalnie – w czwartki i niedziele. Natomiast goście lubią też masować się nawzajem.

I stąd mają przejście na spory basen.

Goście spędzają tam większość czasu. Jest przyjemnie, woda czysta. Oczywiście jest zakaz uprawiania seksu w basenie i wnoszenia jakiegokolwiek szkła.

A jak chce się wypić drinka?

Trzeba drałować do baru i nie przychodzić ze szklanką czy kieliszkiem, bo każde szklane naczynie, które wpadnie do wody, to katastrofa.

Rozumiem. Ale zakaz seksu? Bo zabrudzi się woda i jest milion litrów do wymiany?

Nie do końca, bo woda jest cały czas filtrowana. Raczej chodzi o to, że niezbyt miłe jest patrzenie, jak ktoś uprawia seks w wodzie, w której za chwilę chcielibyśmy się wykąpać.

[Wracamy do strefy tekstylnej] Ilu gości mogłoby się pomieścić w klubie?

Myślę, że 200, ale sami przyjęliśmy obostrzenie do 100 osób. Na otwarciu było 130 i wydaje mi się, że było troszeczkę za dużo.

Goście wolą mniej osób czy więcej?

Wszystko zależy od gości. Ci, którzy chcą mieć wybór i w głowie mają to, by uprawiać seks, liczą na większą liczbę osób, natomiast innym zależy na tym, by miło spędzić czas, porozmawiać, popatrzeć. Klub jest nowy, więc na razie przychodzi po 20 osób, wiele z nich na tzw. rekonesans, żeby rozejrzeć się, sprawdzić, czy to, co piszemy na stronie internetowej, to prawda, wypić drinka. I jeśli coś się wydarzy, to fajnie, a jeśli nie, to… też fajnie.

Sam klub jest nowy, ale pan nie jest nowy w branży.

Tematami związanymi z seksualnością zajmuję się od czterech lat, a swingującą branżą od półtora roku. Najpierw pracowałem w klubach LaVa, Euphoria i Prive, a potem dosłownie przez kilka miesięcy w klubie Usta.

Czyli we wszystkich znanych warszawskich klubach dla swingersów.

We wszystkich poza Bizariuszem. Generalnie zawsze byłem zatrudniany po to, żeby coś zmieniać, natomiast nie pozwalano mi zmienić nic. Stwierdziłem więc, że ta zmiana musi nastąpić z zewnątrz i po wielu miesiącach okazało się, że możemy z narzeczoną sami otworzyć klub.

Jaki rodzaj par tu przychodzi?

Nie da się tego uogólnić. Tak naprawdę klub swingerski nie różni się znacząco od dyskoteki, klubu czy pubu. Przychodzą przeróżni ludzie, w przeróżnym wieku, przeróżnych zawodów, w przeróżnych konfiguracjach. W sobotę mieliśmy tu urodziny. Przyszli państwo, którzy stwierdzili, że w ósemkę będą świętowali jubileusz jednej z pań. Absolutnie nie ma reguły.

Jak wygląda selekcja na wejściu?

Któreś z nas stoi w recepcji i najzwyczajniej na świecie przyglądamy się ludziom, którzy wchodzą do klubu. Mamy na tyle dużo doświadczenia, by wiedzieć, że na kogoś, kto nerwowo się rozgląda, nie słucha nas, trzeba zwrócić szczególną uwagę. Ale już po rejestracji przez internet dostaje się maila z ogólnymi wymogami: jak należałoby się ubrać i jak się zachowywać. Gdy ktoś przychodzi tutaj i nie spełnia tych wymogów, jest odsyłany do domu.

Czy musicie zatrudniać ochroniarzy?

Nic nie musimy. Ale owszem, jak są większe imprezy, zatrudniamy ochroniarza, jednak głównie po to, by pokazać wszystkim dookoła, że on jest. Do tej pory jego interwencja nie była potrzebna.

Czy na wejściu jest jakieś kryterium urody, wieku albo wagi?

Absolutnie nie. Jedyną regułą jest, że nie wpuszczamy osób poniżej 18. roku życia, widocznie nietrzeźwych i widocznie pod wpływem narkotyków.

Co jest w cenie biletu?

Wszystko poza barem. I jeśli ktoś ma życzenie, może w naszym sklepiku kupić sobie jakiś strój lub gadżet erotyczny.

Jakie są ceny w barze?

Słyszeliśmy głosy, że jest zbyt tanio [śmiech]. Myślę, że mamy ceny niższe niż w dobrych klubach czy pubach w Warszawie. Nie jest najtaniej, bo w piątki i soboty drinki przygotowują profesjonalni barmani, ale ceny nie są wyśrubowane. Najdroższy drink kosztuje 30 zł. Wczoraj był u nas student i nie narzekał na ceny, a pił whisky.

Jak długo trwają imprezy?

Do drugiej w nocy, a w weekendy do 6 rano.

Czy bywają problemy z gośćmi, którzy nie chcą jeszcze kończyć zabawy?

Jak my byliśmy gośćmi, to bywały takie kłopoty [śmiech]. Proszę zobaczyć, że w całym klubie nie ma zegara i to jest rozmyślny zabieg. Nie dlatego, żeby goście stracili rachubę czasu, zegarki zresztą mogą nosić – żaden problem – poza smartwatchami. Chcemy, aby goście poczuli się tak, jakby czas nie istniał. Ale czas istnieje, więc pół godziny przed końcem robimy obchód i informujemy gości, że wkrótce zamykamy. I raz trafiła się oporna grupa – ta od urodzin – której trzy razy trzeba było powtarzać, że to już koniec, i narzekali, że nie jest czynne do 9 czy 11. Jednak my też musimy spać. To akurat było w sobotę, a w niedzielę zaczynamy o 14, więc 6 rano to już maksymalna granica, bo musimy jeszcze wszystko posprzątać, zdezynfekować kanapy i doprowadzić klub do takiego stanu, by był gotowy na kolejną imprezę.

Skoro imprezy trwają nawet do 6 rano, to można zamówić coś do jedzenia?

Można zamówić każde danie, które przywiozą z miasta, natomiast za każdym razem mamy drobny catering, więc raczej nikt głodny nie chodzi.

Jakie daliby państwo rady osobie, która miałaby pierwszy raz iść do klubu dla swingersów?

Przemyśleć, dlaczego chcemy tu przyjść: czy to jest ciekawość, czy spełnienie fantazji. I zderzyć swoje oczekiwania z relacjami ludzi, którzy już byli w takim klubie.

Od razu powiem, że mamy taką relację na Logo24.pl. [Znajdziecie ją TUTAJ - przyp. red.]

Dla mnie najważniejsze jest, by pamiętać o tym, że nasze wyobrażenie o tym, co tu się będzie działo, może być w 95% niezgodne z rzeczywistością.

Bo wyobrażenia biorą się z filmów.

Głównie niemieckich.

Scena z filmu 'Oczy szeroko zamknięte'Scena z filmu 'Oczy szeroko zamknięte' Supplied by LMKMEDIA

Lub ambitniejszych, jak „Oczy szeroko zamknięte”.

Tak, choć pamiętajmy, że to nie jest film o swingowaniu, tylko o sekcie, która zabijała ludzi. Jednak rzeczywiście ten obraz wielkiej orgii ludziom zostaje w głowach. Więc z jednej strony mamy to, z drugiej filmy pornograficzne, a prawda jest prozaiczna, ale też stymulująca i oczyszczająca. Mianowicie spotykamy się w miejscu, w którym jesteśmy wolni od ocen, przesądów i dziwnych stereotypów. Możemy robić, co chcemy, nikt nam niczego nie każe, nikt nas do niczego nie zmusza, nikt nie jest namolny, nie boimy się jak w każdej dyskotece, że ktoś nas złapie za pupę albo nam twarz obije. Tu wszyscy są uśmiechnięci i przyjaźni. Jak przychodzi co do czego, goście bawią się głośno, mocno i intensywnie, ale dlatego, że tak chcą. Po prostu wszystko tu wolno.

Ale jednak o wszystko trzeba zapytać…

Tak. Jeżeli w tym, co robimy, ma wziąć udział jakaś inna osoba, to musimy zapytać. Zdecydowanie istnieje obowiązek: najpierw pytam, potem robię.

Czy to nie zabija… intymność to nie to słowo, ale podniecenia, gdy muszę pytać?

Jeżeli to w kimś zabija podniecenie, nie jest to miejsce dla niego i swingowanie też nie jest dla niego. Proszę mi wierzyć, że ja wolę 10 razy zbyt dociekliwie zapytać, czy mogę, niż raz nie zapytać i wywołać u kogoś traumę. Narzeczoną na pierwszym spotkaniu zapytałem, czy mogę ją pocałować, i ponoć to był jeden z powodów, że serce jej się rozpłynęło.

Ale zacząłem sobie wyobrażać ten pokój BDSM na strychu. Czy pytanie o wszystko nie psuje fantazji? Za każdym razem pytać, czy mogę dać klapsa, to chyba obłęd?

Ludzie, którzy decydują się na zabawy BDSM, to w 95% są pary. A jeżeli to nie są pary, wówczas pytanie to absolutnie podstawa, bez której w ogóle nie ma mowy o zabawie. Kontrakt, nawet jeśli jest ustny, musi nastąpić. Ale o tych granicach można porozmawiać jeszcze tu, na kanapie, a dopiero potem iść na górę. I pamiętajmy, że każdą zgodę można w dowolnym momencie wycofać.

Co się dzieje, gdy w klubie mężczyzna zrobi coś, czego kobieta nie chce?

Część pań niestety jest mało asertywna i jakoś to znoszą. Inne po prostu mówią jasno i wyraźnie, czego sobie nie życzą, i taki singiel od razu to rozumie, a czasem pani idzie do obsługi, zgłasza to i natręt zostaje wyproszony, zazwyczaj bez możliwości powrotu.

Czyli to, że zamkną nam drzwi na zawsze, dobrze działa jako straszak?

Nie. Moim zdaniem w takim klubie po prostu dużo bardziej się szanujemy nawzajem niż choćby w związkach.

Według badań profesora Izdebskiego 2% Polek i Polaków deklaruje, że preferuje seks grupowy. Czy według państwa to liczba zawyżona, czy zaniżona?

Jeśli pytanie było o ulubiony rodzaj seksu, to myślę, że liczba jest przeszacowana, bo ciężko mi uwierzyć, by preferowany był seks grupowy. Znakomita większość ludzi, którzy do nas przychodzą, kocha się w parach, a seks we trójkę, piątkę czy dziesiątkę traktują jako fantastyczne, czasem wręcz niezbędne im do życia, ale jednak urozmaicenie. Z drugiej strony ludzi gotowych, by spróbować seksu grupowego, jest o wiele więcej. Sądzę, że 15% ludzi w Polsce już uprawiało seks z więcej niż jednym partnerem, a drugie 15% o tym myśli.

Wyobrażam sobie, że do klubu dla swingersów przychodzą ludzie, którzy chcą uprawiać seks z nieznajomymi, tacy, którzy lubią na to patrzeć, oraz ci, których podnieca, gdy są obserwowani. Czy ludzie przychodzą też z innych powodów?

Są pary, które pierwszy raz umawiają się z innymi na wymianę partnerów. Nie chcą ryzykować nieudanego wieczoru, więc umawiają się tutaj. Poznają się, rozmawiają. Jak coś zaiskrzy, to… wychodzą z klubu i jadą gdzieś do hotelu, a jak nie – to zostają i bawią się na miejscu. Jednak ich można zaliczyć do tych, którzy chcą seksu z innymi. Jest jeszcze jedna grupa ludzi – tacy, którzy chcą się pokazać. I to nie podczas uprawiania seksu. Chcą tu być i chodzić nago czy w bieliźnie w miejscu publicznym – bo tak, i koniec. Przychodzą też ludzie tylko po to, by zobaczyć, jak to wygląda. Są również tacy, którzy chcą poprzebywać z ludźmi mającymi podobny pogląd na seksualność. W zeszłym tygodniu w jednym z warszawskich klubów było wielkie spotkanie swingersów na 300 osób, gdzie seksu w ogóle nie było. Zwykłe spotkanie towarzyskie.

Ja wolę pytać o te niezwykłe. Organizujecie tu także imprezy specjalne.

Tak. Sylwester, mikołajki są takimi imprezami. Poza tym na piątki i soboty wymyślamy specjalne atrakcje, tak jak teraz degustację win z sommelierem czy pokaz shibari [japońska sztuka wiązania ludzi – przyp. red.].

Na walentynki będzie specjalna impreza?

Trudno pominąć tak ważny dzień. Zrobimy imprezę wyłącznie dla par, aby mogły swoje związki, a raczej „rozwiązki”, celebrować w gronie osób, które myślą podobnie.

Czy wspólne wyjście do klubu swingersów scementuje związek, czy go rozbije?

Dla par, które mają już jakiś staż, swingowanie może być dodatkiem, ale na pewno nie będzie lekarstwem na spojenie związku. Ono może spoić związek, który jest zdrowy, nadać mu nowy wymiar, natomiast jeśli w związku jest źle, to pójście do klubu swingerskiego jest tak samo złym pomysłem jak zrobienie sobie dziecka, które ma scementować związek. To się nie uda. Pójście do klubu dla swingersów rekomenduję parom, które czują, że ich związek jest na tyle mocny, trwały i dojrzały, że mogą sobie na to pozwolić. A przy okazji, że komunikacja w tym związku jest na tyle szczera i otwarta, że możemy sobie powiedzieć wszystko. I jeśli para idzie do klubu, a jedna osoba zmienia zdanie i mówi: „To jednak nie dla mnie”, to ta druga mówi: „OK, wycofujemy się”.

Nie można powiedzieć: „To ty idź, a ja tu jeszcze zostanę”?

Nie. Choć niektóre pary tak robią, ale dlatego, że tak się wcześniej dogadały.

Mówi się, że szewc bez butów chodzi. Czy państwo bierzecie udział w takich imprezach?

W ogóle tak, ale w naszym klubie na razie nie. Nie mamy czasu. Może nawet byśmy chcieli, ale obłożenie pracą jest tak ogromne, że nawet nie mamy siły o tym pomyśleć. Czekamy na moment, aż sobie nawzajem będziemy mogli poświęcić cztery, pięć godzin, nie zastanawiając się nad tym, co jeszcze trzeba zrobić, by ten klub poprowadzić dobrze. Jak wygospodarujemy czas, to będziemy myśleć o korzystaniu z dobrodziejstw miejsca, jak na prawdziwych swingersów przystało.

Wywiad jest częścią tematu numeru "Seksbiznes" z numeru "Logo" z lutego 2020. Inne materiały z tego cyklu:

Operator seksesemesów. Kto siedzi po drugiej stronie?

Więcej o: