Antoni Królikowski - wywiad dla "Logo"

Nie lubi nudy. Przynajmniej na ekranie. Nie cierpi także klisz i schematów, dlatego w nowym filmie Patryka Vegi gra kibola, który nie jest "dzbanem". Z okazji premiery "Bad Boya" Antoni Królikowski opowiada o tym, jak się bić, by zwyciężać.

No dobra, masz tę rolę, ale wiesz co, nie możesz być sobą. Musisz się totalnie zmienić, bo jesteś pi...dą – usłyszał Piotrek Stramowski z ust Patryka Vegi po tym, jak dostał angaż do „Pitbulla”. Czy przed wejściem na plan zdjęciowy „Bad Boya” dostałeś od reżysera jakąś równie inspirującą poradę?

Po lekturze scenariusza „Bad Boya” wiedziałem, że będzie to największe wyzwanie aktorskie w moim życiu. Pablo różni się diametralnie nie tylko ode mnie, ale także od każdej postaci, jaką miałem dotychczas okazję zagrać. Musiałem się do tej roli przeobrazić, ale przede wszystkim zaufać Patrykowi. On od samego początku miał w głowie bardzo wyraźną wizję tego, jaki powinien być mój bohater. W Patryku fajne jest to, że wierzy w swojego aktora i widzi go w rolach, w których on sam nigdy by się nie zobaczył. To daje dużą siłę i energię do działania. Dziś, kiedy patrzę na siebie na ekranie, czuję po trosze lęk i konsternację – nie wiedziałem, że potrafię być takim dzikusem przed kamerą. Przede wszystkim mam jednak olbrzymią satysfakcję.

Vega słynie z tego, że odsłania w swoich filmach mroczne oblicza różnych środowisk: służb specjalnych, policji, służby zdrowia, polityków. Czy w takim razie włodarze polskich klubów piłkarskich mają się czego obawiać?

Wszyscy ci, którzy łamali prawo pod przykrywką futbolu, powinni odnaleźć się w naszym filmie. Czy mają się obawiać? Nikt tu nikogo o nic nie oskarża. Raczej, jak to zwykle u Patryka bywa, sportretowane są różne patologiczne postawy, których nie brakuje również w świecie sportu.

Ze Stramowskim, który partneruje ci w „Bad Boyu”, znacie się podobno z czasów, gdy jeszcze żaden z was nie występował w filmach.

Nie tylko nie występował, ale nawet nie planował tego robić. Stramek mieszkał wtedy na tym samym osiedlu, co moja ówczesna dziewczyna, do której często jeździłem. Bardzo miło wspominam tamten moment życia – to były piękne, beztroskie czasy.

Jak wyobrażałeś sobie wtedy swoją przyszłość?

Zawsze marzyłem o tym, by robić filmy. Nawet w liceum chodziłem do klasy o profilu filmowym. Trochę czasu zajęło mi jednak zrozumienie, po której stronie kamery chcę się znajdować. Kiedy miałem 15, 16 lat zacząłem dostawać pierwsze role w serialach. Aktorstwo stało się nagle czymś naturalnym. Miałem wtedy sporo szczęścia. Później bywały oczywiście gorsze momenty. Było mniej propozycji zawodowych. No, ale takie są już uroki tego zawodu.

PRZECZYTAJ TEŻ: Maciej Musiał - wywiad dla "Logo"

A jak się czujesz jako „polski Leonardo DiCaprio”?

Ha, ha, ha. Jest mi niezwykle miło, że Patryk mnie tak nazwał. Bardzo lubię DiCaprio. Oczywiście jest to porównanie mocno na wyrost i rozumiem, dlaczego niektóre osoby mogą mieć z niego bekę. Mnie dodaje jednak skrzydeł i zachęca do tego, żeby na planie dawać z siebie 200%.

Vega argumentuje porównanie do DiCaprio w następujący sposób: „Antek posiada niesamowity instynkt, który sprawia, że w sposób totalny wchodzi w postać i gra sceny, mając jakąś niesamowitą czujność”.

Przy „Bad Boyu” rzeczywiście musiałem w ciągu kilku sekund generować w sobie skrajnie różne emocjonalne stany. To, że reżyser to dostrzegł i docenił, bardzo mnie cieszy. Przede wszystkim jednak zależy mi na tym, by zobaczyli to widzowie.

Pod koniec marca Vega zaczyna prace nad kolejnym filmem, w którym również zagrasz główną rolę. Czego tym razem powinniśmy się spodziewać?

Niczego ode mnie nie wyciągniesz [śmiech]. Myślę jednak, że już wkrótce będzie o tym projekcie bardzo głośno. Nie wiem, czy nie będzie to najbardziej kontrowersyjny film w karierze Patryka.

To będzie twój trzeci film zrealizowany do spółki z tym reżyserem. Czujesz się już członkiem jego aktorskiej rodziny? Vega słynie z tego, że lubi pracować ze sprawdzonym zespołem aktorów.

Na pewno czuję duchową sztamę z Patrykiem i jego współpracownikami. Vega zbudował sobie fantastyczną filmową rodzinę i to w każdym pionie: od kostiumów i charakteryzacji po techników. Dzięki temu na planie zdjęciowym jest świetna atmosfera. Każdemu chce się pracować. Dla mnie to podstawa w tym zawodzie. Odkąd pamiętam, nie traktowałem aktorstwa jako roboty, którą trzeba odwalić i iść do kasy. Mam autentyczną satysfakcję z tego, że możemy kreować na ekranie nowe filmowe światy. Nieważne, czy występuję w serialu czy filmie, zawsze chcę mieć z tego frajdę. Grając kibola, nietrudno było pójść w stronę karykatury, stereotypu.

Tobie udało się jednak uwiarygodnić tę postać. Twój Pablo to ktoś pomiędzy Ryanem Goslingiem w „Fanatyku” i Leonardem DiCaprio w „Wilku z Wall Street”.

Wiedziałem, że nie mogę zrobić z tego chłopaka – jak to się dzisiaj popularnie mówi – dzbana. Nie chciałem powielać klisz i schematów związanych ze środowiskiem kibolskim. Wszystko, co udaje się mojemu bohaterowi osiągnąć – wielkie pieniądze, rząd dusz – pokazuje przecież, że Pablo ma w sobie wrażliwość i determinację. Zdawałem sobie również sprawę z tego, że po premierze wielu widzów będzie doszukiwać się podobieństw między fabułą filmu a sytuacjami w krakowskiej Wiśle albo warszawskiej Legii. Dlatego pragnąłem stworzyć postać, o której nie będzie można wprost powiedzieć, że ma swój odpowiednik w rzeczywistości. To jest bohater filmowy i wierzę, że tak zostanie odebrany.

Piłka nożna pochłania cię nie tylko na ekranie, ale również w prawdziwym życiu.

W piłkę gram od dziecka. Wychowywałem się na boiskach. Byłem nawet zawodnikiem dwóch piłkarskich klubów: KS Piaseczno i LKS Jedność Żabieniec. Do dziś grywam, jeżeli jest jakaś okazja, głównie z chłopakami z RAP-u [Reprezentacja Artystów Polskich – przyp. red.]. Kibicować najbardziej lubię jednak przed telewizorem, szczególnie gdy gra Liverpool. Jestem fanem Premier League.

Na jakiej pozycji grałeś?

Byłem napastnikiem. Zawsze na szpicy. Co ciekawe, mój najmłodszy brat Ksawery gra dziś w tym samym zespole, w którym ja zaczynałem i kończyłem swoją przygodę z zawodową piłką nożną.

PRZECZYTAJ TEŻ: Remigiusz Mróz: "Nie zamierzam kończyć z Chyłką"

Dlaczego nie zostałeś piłkarzem?

Chyba doszedłem do wniosku, że co innego sprawia mi większą radochę. Futbol zawsze był dla mnie ważny. Kiedy jednak zaczęło się robić coraz poważniej i nadszedł moment, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie „co dalej?”, pojawiły się wątpliwości. Gra w piłkę wiązałaby się m.in. z przeprowadzkami do innych miast, rozłąką z bliskimi. Postawiłem na aktorstwo i nie żałuję.

W jednym z wywiadów wspominałeś o tym, że w twoim życiu był moment, gdy miałeś sporo wątpliwości co do dalszej kariery aktorskiej. Dziś nie masz już tych rozterek. Co na to wpłynęło?

Myślę, że przełomowy w tym względzie był rok 2016. Premierę miał wówczas serial „Bodo”, który był dla mnie bardzo ważnym przedsięwzięciem. Spędziłem też wtedy miesiąc z TVN-em w Afryce na planie programu „Agent - Gwiazdy”, który szczęśliwie udało mi się wygrać. Wspominam tę przygodę w RPA niezwykle miło. Jednocześnie było coś niemalże nieludzkiego w tym, że każdy twój ruch był obserwowany przez kamery, a życie stawało się grą. Pod względem emocjonalnym całe to doświadczenie okazało się arcywyczerpujące, a zarazem dużo mnie nauczyło. Dziś już wiem, że nie odważyłbym się ponownie wystąpić w reality show.

Kto wygra tegoroczne piłkarskie mistrzostwa Europy?

Faworytem jest znowu Francja. Groźne będą też Belgia, Anglia i Hiszpania. Wierzę w naszych piłkarzy. Polska stoi przed szansą historycznego wyczynu. Mamy w składzie bramkarza Juventusu Turyn, a nasi napastnicy na czele z Lewandowskim strzelają gole w Lidze Mistrzów. Kiedy, jak nie teraz?

Nie będę polemizował. Po tym, jak zobaczyłem twoje sceny bijatyk w „Bad Boyu”, wolę się z tobą nie sprzeczać. Styl walki Pabla dobrze oddaje jego życiową filozofię – na ostro i cały czas do przodu.

Spędziłem dużo czasu na siłowni i jeszcze więcej w towarzystwie kaskaderów. Wiedzieliśmy, że na planie zdjęciowym będziemy musieli się streszczać. Patryk pracuje bardzo szybko. Dlatego liczne sceny kaskaderskie trzeba było przygotować z odpowiednim wyprzedzeniem. Kiedy wchodziliśmy przed kamerę, mieliśmy dopracowaną choreografię – każdy wiedział dokładnie, co i kiedy robi. Nie wyglądam w tym filmie jak Dolph Lundgren. To nie jest wcale oczywiste, że ktoś o mojej posturze i wzroście kładzie większych od siebie kolesi. Bardzo więc dbaliśmy o to z kaskaderami, by każdy wyprowadzany przeze mnie cios był w stanie położyć przeciwnika. I to widać w tym filmie. Z tego miejsca dziękuję chłopakom za to, że pomogli mi uwiarygodnić zachowanie Pabla w walce.

Są w „Bad Boyu” sceny, w których ma się wrażenie, że zupełnie zatracasz się w swojej postaci. Czułeś, że Pablo chwilami przejmuje nad tobą kontrolę?

Takich postaci jak Pablo – niezważających na przeszkody ludzi czynu – brakuje w polskim kinie.

Dzięki, coś w tym jest, ale ja bym aż tak nie marudził… Nasze kino robi się coraz ciekawsze!

Nie robimy złych filmów?

Są po prostu filmy na różną okazję [śmiech]. Każdy ma prawo do wybrania sobie własnego kina. Produkcja filmowa w Polsce rośnie z roku na rok, i bardzo dobrze. Jeśli chodzi o mnie, cieszę się, że spotkałem na swojej drodze Patryka. Niezależność, którą wypracował sobie przez lata, sprawia, że może kręcić dowolne rzeczy. Nie jest przez nikogo sterowany. Już przy „Polityce” wiedziałem, że udział w tym filmie może mieć konsekwencje dla mojego życia i tak zwanej kariery. Zaryzykowałem i nie żałuję.

No właśnie, co się działo po premierze „Polityki”? Biorąc udział w tym wywołującym olbrzymie emocje filmie, wykazałeś się nielichą odwagą.

Nie będę udawał, że występ u Patryka nie miał żadnych reperkusji. Nie wszędzie jestem przyjmowany z otwartymi ramionami… Kiedy jednak dziś o tym myślę, widzę wyłącznie same plusy. Po pierwsze, dowiedziałem się, z kim trzymać, a z kim nie, a także na kogo w moim otoczeniu mogę naprawdę liczyć. Po drugie, udowodniłem, że potrafię grać nie tylko malowanych chłopców jak w „Bodo” czy „Mieście 44”. Część rodziny nie była początkowo zachwycona tą wizerunkową woltą. Powiedziałem im jednak: „Sorry, od teraz wkraczam na nową zawodową ścieżkę. Chcę, żebyście to zaakceptowali”. W tej profesji potrzeba swobody i wolności, jeśli chce się uczciwie opowiadać ciekawe historie. Jeśli się boimy, stajemy się niewolnikami.

PRZECZYTAJ TEŻ: Jakub Gierszał: "Ja wcale nie mam na siebie pomysłu"

Lubisz grać postacie będące twoim zupełnym przeciwieństwem?

Na tym polega cała frajda bycia aktorem. Nigdy nie byłem politykiem, kibolem ani ojcem i mężem, co nie przeszkodziło mi ostatnio w zagraniu takiej postaci. Granie na kontrze do własnej osoby pozwala zbierać doświadczenia na różnych polach.

Skoro mowa o zbieraniu doświadczeń: pamiętasz swoją pierwszą bójkę?

Parę bójek w życiu przeżyłem, ale to dawno temu, szczenięce lata…

Halo, to rozmowa do magazynu dla mężczyzn! Gdzie jak nie tutaj można wspominać swoje pięściarskie wyczyny? I to jeszcze z okazji premiery filmu pt. „Bad Boy”.

Racja. Na pewno zaliczyłem jedną bardzo spektakularną bójkę barową. Dostałem też niezwykle efektowny łomot w klubie. Do dziś trzymam w szafie skórzaną kurtkę, którą mi podarli ochroniarze w jednym z warszawskich lokali.

O co poszło?

Pobili mojego kumpla. Wstawiłem się za nim i dostałem... Miałem dawniej kilka ekstremalnych przygód, których dziś unikam.

A jak się czułeś, żyjąc przez lata z łatką bad boya polskiego show-biznesu?

Wszystko zaczęło się od tej głupiej historii sprzed niemal dekady… Po kilku głębszych próbowałem złapać taksówkę w centrum Warszawy. Nagle podszedł do mnie policjant i kazał zejść na chodnik. Odpowiedziałem mu wówczas w bardzo nieparlamentarny sposób. Ani się obejrzałem i już byłem na dołku, a potem w izbie wytrzeźwień… Myślałem, że nikt się o niczym nie dowie, a dowiedziała się cała Polska… Całe to doświadczenie sporo mnie nauczyło i od tamtej pory staram się uważać trzy razy bardziej, żeby nie wchodzić sobie w szkodę. Kiedy po jakimś czasie spotkałem się z policjantami, którzy mnie zatrzymali, usłyszałem od nich tekst, który mnie rozwalił: „Panie Antku, gdyby pan nie miał tak na nazwisko, toby nie było sprawy”. Spoko, fajnie wiedzieć… [śmiech].

Dziś masz do tego dystans, ale wtedy…

Na pewno nie miałem z tym luzu. Zrobiono ze mnie czarną owcę w szanowanej rodzinie, zdemoralizowanego dzieciaka. Kompletna bzdura. Postanowiłem wówczas, że nie będę chował głowy w piasek, tylko stawię czoła błędom młodości. Mam wrażenie, że się udało. Dziś mam 30 lat i wiem, kim jestem. Wiem, czego chcę. Z ciekawością czekam na to, co przyniesie jutro.

Czujesz, że magiczna trójka z przodu coś zmieniła?

Zdecydowanie. Trzydzieste urodziny były dla mnie okazją do przewartościowania pewnych spraw i relacji. Pozwoliły zrozumieć, kim jestem, czego pragnę i co tak naprawdę mogę osiągnąć. Chcę, żeby trójka z przodu była nie tyle zwieńczeniem pewnego etapu, co raczej otwarciem nowego – zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Staram się obecnie częściej zachwycać światem niż na niego narzekać. Wolę widzieć, że szklanka jest do połowy pełna.

Przypuszczam jednak, że nie podskakujesz z radości, gdy plotkarskie media kolejny raz biorą na celownik twoje życie prywatne. Zwłaszcza że sam nigdy nie zabiegałeś o ich zainteresowanie.

Nawet gdy teraz rozmawiam z tobą, nie chcę mówić o pewnych rzeczach. Nauczyłem się już, że im więcej oddajemy światu – to czasem może być nawet głupie zdjęcie na Instagramie czy zdanie wypowiedziane w wywiadzie – tym większe mogą nas czekać nieprzyjemności. Mogę sobie istnieć w świadomości opinii publicznej jako bad boy czy inny bon vivant. Nie walczę ze swoim wizerunkiem, staram się go raczej używać, rozwijać, zmieniać... W pewnym wieku zrozumiałem, że nie muszę się nikomu tłumaczyć z tego, kim jestem. Istnieje garstka ludzi, którzy znają prawdziwego mnie, i to w zupełności wystarczy.

PRZECZYTAJ TEŻ: Bartłomiej Topa: "Dopiero się rozkręcam!"

Czytasz opinie na swój temat w internecie?

Masz na myśli coś konkretnego?

Ciekawi mnie raczej, co działa na ciebie bardziej motywująco: pochwały czy krytyka?

W obu przypadkach jest podobna presja. To jest tak jak z tym porównaniem do DiCaprio. Wiadomo, daleko mi do niego, ale jeśli chodzi o to, że potrafię grać, to chcę to udowadniać za każdym razem i robić to jak najlepiej. Z kolei, jeżeli ktoś po mnie jedzie, to włącza się ambicja, by przy kolejnej roli udowodnić mu, że nie ma racji. Koniec końców te wszystkie komplementy i negatywne opinie nie mają jednak większego znaczenia. Są ulotne, chwilowe. Raz cię ludzie lubią, raz nie. Trzeba robić swoje i nie oglądać się na zdanie innych.

Zdarza się, że jesteś mylony z inną znaną osobą?

Najczęściej ludzie biorą mnie za ojca albo stryja.

I co wtedy robisz? Wyprowadzasz ich z błędu?

Zostawiam to tak, jak jest. Jeśli dla kogoś jestem Rafał lub Paweł, to się uśmiecham i mówię, że bardzo mi miło.

Swój pierwszy film, krótkometrażową „Noc życia”, wyreżyserowałeś w wieku zaledwie 20 lat. Muzykę do niego napisał twój młodszy o trzy lata brat.

Zrealizowałem ten film na podstawie swoich prywatnych doświadczeń. Najlepiej jest przecież opowiadać o tym, co zna się najlepiej. Mam w planach powrót na drugą stronę kamery, ale się z tym nie spieszę. Na razie najlepiej czuje się przed kamerą. Każdy film to kolejna lekcja i kontakt ze świetnymi ludźmi, uwielbiam to!

Trzymasz w szufladzie jakieś scenariusze?

Trochę tego jest. Czasem wracam do nich z uśmiechem. W niektóre teksty cały czas wierzę. Może kiedyś usiądę i spiszę historię błędów swojej młodości w podobnym klimacie, w jakim zrobiła to Greta Gerwig w „Lady Bird”.

Masz czworo młodszego rodzeństwa. Czy jako najstarszy brat czujesz się w obowiązku strzec pozostałych?

Zwłaszcza dla najmłodszego brata i sióstr, dużo ode mnie młodszych, zawsze byłem tym starszym, trochę szalonym bratem, który w razie czego wkraczał do akcji. Trudno jest być najstarszym z rodzeństwa: świecić przykładem, wyznaczać pewną drogę, unikać kłopotów. Ostatnio spędzamy razem coraz więcej czasu i bardzo się z tego cieszę.

Przeglądając twój Instagram, można dojść do wniosku, że na pewno nie unikasz podróży do egzotycznych zakątków. Czego szukasz, wyjeżdżając z Polski? Spokoju? Anonimowości? Sympatyczniejszych ludzi?

Może cię zaskoczę, ale szukam bardzo prozaicznych przyjemności: słońca i wysokiej temperatury. Staram się wyjeżdżać w styczniu, aby naładować baterie i podwyższyć poziom witaminy D w organizmie. Jeśli chodzi o ludzką mentalność, zawsze szukam otwartości, poczucia humoru i luzu, a w tym akurat wygrywają Polacy. Ja naprawdę lubię Polskę i wbrew pozorom niechętnie zapuszczam się gdzieś dalej. Lubię tu wracać. Lubię ludzi, chociaż wiem, że nie wszyscy lubią mnie. Ale chyba tak już musi być. Nie jestem pomidorówką, nie muszę smakować wszystkim.

Dzisiaj czujesz się jeszcze Antkiem czy już raczej Antonim?

Jestem Antonim, ale wiem, że jak trzeba, to mogę być Antkiem. Ten drugi na pewno tak łatwo ze mnie nie ucieknie [śmiech]. Antek sparzył się jednak nieraz i wie już doskonale, czego na pewno nie chce Antoni. I to jest chyba najważniejsze w dojrzewaniu.

Wywiad pierwotnie ukazał się w numerze "Logo" z marca 2020 roku.

Więcej o: