Jak wyglądać gorzej? Protest ubiorem, antymoda i oszpetniki

Prezentujemy fragment książki "Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku" autorstwa Przemysława Bociągi.

Gwóźdź w nosie. Ucho przekłute agrafką. Krowi łańcuch zamiast dewizki. Świat jest dziś nastawiony na optymizm i podkreślanie wartości. Optymiści wydają więcej pieniędzy i chętniej chodzą do pracy, a ludziom z depresją każemy się rozchmurzyć i przestać mazać.

Wszystkie funkcje ubrania, które już znamy – wyrażanie emocji, wpisywanie się w grupę, podkreślanie cech osobowości – wydawały się skierowane na jakiś rodzaj afirmacji: wspólnotę z ludźmi, eksponowanie cech własnej cielesności, których pożądają inni, czy, by użyć jednego z wielkich słów, człowieczeństwo. A co, jeśli to tylko wycinek szerszego spektrum? Co z tymi, którzy chcą wyrazić ostry nonkonformizm, rzucić wyzwanie człowieczeństwu, zwyczajnie się postawić?

Różne miała przygody estetyka z pokazywaniem brzydoty. Choćby napięcie między realizmem, naturalizmem i turpizmem: gdzie kończy się pokazywanie świata jakim jest naprawdę, a zaczyna jego deestetyzacja, kładzenie akcentu na paskudną stronę życia?

Brutalizm, popularny trend w architekturze połowy minionego wieku, potrafił budzić grozę, pozostając jednocześnie finezyjnym: taki był na przykład dworzec w Katowicach, zanim – w imię optymizmu konsumenckiego – zmieniono go w galerię handlową, na myśl o której chce się, kurwa, przeklinać.

Jest różnica między niedoskonałością i przemijalnością, opisanymi w poprzednim rozdziale, a zjawiskiem antymody. Dziś, kiedy dżinsy i pozbawione konstrukcji okrycie górnej partii ciała stanowią globalny strój ludowy, trudno myśleć o nich jak o wyrazie buntu – co najwyżej w tym sensie, w jakim komunistyczne uniformy ludu pracującego były wyrazem rewolucji w kraju, w którym rewolucję popierała planowo całość społeczeństwa.

Jednak z dżinsami na Zachodzie było trochę inaczej. Pamiętajmy, że pojawiły się jako prawdziwa odzież robocza: szyte z surowego drelichu, twardego, niemal sztywnego, który dosłownie łamał się przy pierwszym założeniu. Drelich pofarbowany był na ciemny kolor, żeby nadmierne zaplamienie nie sprawiało kłopotów, a spodnie szyto wyraźną, grubą nicią o podwójnym ściegu, zaś miedzianymi nitami zapożyczonymi z końskich popręgów dodatkowo wzmacniano je na łączeniach, gdzie narażone były na rozchodzenie się. Marki budujące swoją legendę chcą, by dżinsy kojarzono ze złożami złota w dolinie Jukonu. Łączyłoby to zastosowania heavy duty z mitycznym poszukiwaniem przygód i skarbów. Oczywiście poszukiwacze złota i kowboje, czyli poganiacze bydła, chętnie je nosili, ale w ciągu kolejnych dekad od wynalezienia (a mamy do czynienia z Ameryką, która ze wszystkiego czyni towar konsumpcyjny) dżins stał się obowiązkowym ubiorem dziennym mechaników samochodowych, budowlańców i pracowników stacji paliw.

Robocze dżinsy w XIX wieku były raczej miksem fartucha z ogrodniczkami. Musiało upłynąć kilka dziesięcioleci, zanim zaczęły się redukować do postaci spodni, jakie zakładamy dzisiaj na spotkania z ludźmi. Owszem, sto lat temu znano już dżinsy (i, owszem, były to lewisy), ale wyrażanie za ich pomocą siebie zaczęło się dopiero w latach pięćdziesiątych.

Wcześniej można było nimi zakomunikować co najwyżej: „Jestem mechanikiem i naprawię ci gaźnik”. Dżinsy stawały się popularne wśród młodzieży jako typowy casual wear, co nie podobało się pokoleniu ich rodziców. Fabrykanci wykorzystali ten fakt, tworząc ostry podział na fajoską młodzież i dziadów, którzy nie rozumieją nowych czasów. Tu szukać należy autentycznej rebelii, a nie w „rebelianckich” wizerunkach ówczesnych aktorów: Jamesa Deana, Marlona Brando i Paula Newmana.

Niemniej – ich ubranie szokowało: robocze spodnie, podkoszulek (dziś nazywamy go po prostu T-shirtem), czyli bielizna noszona na wierzchu, oraz kurtka skórzana, doskonale pasująca do stylu życia „w drodze”. Jednak czy w takim – radykalnym na owe czasy – dress down (ubieraniu się „poniżej” okazji) warto doszukiwać się znamion „odpiększania”? Była to niewątpliwie antymoda, czy raczej antystyl, a więc działanie wbrew ustalonym kanonom, zresztą celowe, służące ich zakwestionowaniu. Jeszcze ciekawszy jest kolejny rozdział tej historii: w kilku źródłach znajdujemy wzmianki o prasowaniu dżinsów. Dokładnie zaprasowane w kant nosił podobno Andy Warhol, co wszyscy powtarzają, ale bez wyraźnej próby zrozumienia. Jakim gestem jest prasowanie dżinsów, by upodobnić je do „poważnej” garderoby, o którą się dba? Dla artysty – gestem dadaistycznym? A może Warhol – było nie było orędownik pop-artu, czyli stawiania produktu na równi z dziełem sztuki – przenosił dżinsy do kanonu elegancji, tak jak puszkę zupy w koncentracie, namalowaną i powieszoną w galerii, przenosił do kanonu sztuki?

Adaptacja odzieży roboczej jako symbolu młodzieżowego luzu była czymś szerszym, niż tylko wyrazem rodzenia się subkultury. Być może w dżinsach demokratyzacja stroju miała swoją pierwszą masową manifestację. Styl zawsze dotyczył tych, którzy są na górze: albumowe pozycje o historii mody przegląda się jak herbarz, pełno tam arystokratów, książąt, królów i wyniesionych na piedestał bohaterów zbiorowej wyobraźni, jak Oscar Wilde, Frank Sinatra czy Audrey Hepburn. Kiedy klasa próżniacza nosiła marynarki frakowe, robotnicy zakładali garnitury robocze, jak na ironię pochodzące od leisure suits, stroju do wypoczynku.

Jest też jednak w ludziach coś, co każe im poszukiwać granicznych doświadczeń, włóczyć się po złych okolicach i pić cienkie piwo w zakazanych barach, innymi słowy: szukać dna. Plan B, piwna spelunka przy warszawskim placu Zbawiciela, pozostaje mekką ludzi, którzy na co dzień mogliby się bawić w najbardziej wystawnych knajpach. Przychodzą tam, bo chcą znaleźć się trochę bliżej swojej pierwotnej natury, niżej. Piwo z plastiku cenią zaś wyżej od negroni z kryształu. To też narracja tożsamościowa, ich własna lifestyle’owa opowieść.

„Hipster zaistniał jako nowoczesny mit w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Znaczył wtedy tyle, co Biały Murzyn i w tym wcieleniu stał się szarą eminencją przemian w XX-wiecznej kulturze Zachodu” – pisze Rafał Księżyk, wyjaśniając, że słowo to pochodzi z języka plemienia Wolof, w którym oznacza „ten, który ma oczy otwarte” – oświecony czy wtajemniczony. Kerouac, autor W drodze, żałował, że nie jest czarny, bo świat białych nie miał dla niego „dość ekstazy”. Z przemianami, których symbolem jest adaptacja dżinsów i podkoszulka na potrzeby mody, uwidoczniła się po raz pierwszy bodaj tak wyraźnie amerykańska forma miłości do parobka – która kazała nie tylko się z parobkiem bratać, uciekać do niego, ale parobkiem się stać.

Potem poszło już łatwo. Dwudziesty wiek to korowód subkultur, chociaż subkultury nie wymyśliły się same. Wymyślił je główny nurt społecznych zmian, reprezentowany przez media. Z początku styl subkultur wyrażał tożsamość rozmaitych grup – rasowych lub klasowych – które stopniowo się emancypowały. Tak wyglądało to w wypadku amerykańskich zoot-suitersów lat trzydziestych: grup młodych czarnoskórych, a w Kalifornii także Meksykanów, które upodobały sobie niezwykle obszerne, luźne garnitury o przerysowanym kroju. Zoot-suitersi nosili marynarki tak wielkie, że wyglądały jak płaszcze, długie i rozchodzące się – powiedzieć o tych marynarkach luźne, to nic nie powiedzieć. Spodnie zoot-suitersów zwisały luźno, tak że w ogóle nie było widać zarysu nóg, a szerokie nogawki możliwe były dzięki głębokim, zebranym w pasie fałdkom. Do tego dłuższe włosy, precyzyjnie zaczesane na brylantynę.

W latach trzydziestych taki strój wyrażał tożsamość, w czterdziestych – zaczęły się problemy. Zoot suits popadły w niełaskę, kiedy w okresie „wysiłku wojennego” rozpoczęło się racjonowanie tkanin. W głośnych zamieszkach 1943 roku żołnierze na przepustce brutalnie ścierali się z zoot-suitersami, w ich hojnych krojach marynarek dopatrując się niepatriotycznej postawy i nadmiernej konsumpcji.

Istotne jednak, że to media wyodrębniły i wskazały grupę „winowajców”. W latach pięćdziesiątych badacze społeczni Ralph Turner i Samuel Surace systematycznie przejrzeli gazety w poszukiwaniu wzmianek o zoot-suiterach. Z kwerendy wynikło, że o ile zjawisko istniało na kilka lat przed wybuchem wojny, gazety nie pisały o nosicielach zoot suits jako grupie. W Kaliforni stanowili ją Meksykanie, których wzmiankowano raczej pochlebnie – doceniano, że pielęgnują pewną odrębność – i odmalowywano z dozą romantyzmu. Słowo „zoot-suiter” zaczęło funkcjonować w prasie dopiero w latach czterdziestych, wraz z nasilającym się trendem pisania o mniejszościach w negatywnym kontekście. A kiedy gazety zaczynają pisać o wojnie, wojna w końcu musi wybuchnąć – najwyraźniej tak też jest z zamieszkami. Zoot suit riots wybuchły w roku 1943.

Styl zoot-suitersów w Europie zaadaptowali francuscy protohipstrzerzy zwani zazous. We Francji trend wygasł podobno naturalnie, kiedy znany z konserwatywnych zapatrywań estetycznych nazistowski reżim zaczął wysyłać zazous do obozów koncentracyjnych, jako element gorszy i podlegający eksterminacji.

W Wielkiej Brytanii tuż po wojnie pojawił się styl oparty na podobnej zasadzie: ostentacyjnej konsumpcji. Teddy Boys, nazywani tak zdrobniale od imienia Edward, ironicznie przejęli proponowany wówczas przez Savile Row styl neo-edwardiański (okres edwardiański to czasy panowania znanego nam już Edwarda VII). Czy styl ten wymyślili krawcy, czy młodzi buntownicy, trudno powiedzieć. Może to branża krawiecka próbowała wstać z kolan w czasach powojennej nędzy, proponując ekstrawaganckie kamizelki, wąskie klapy marynarek z kontrastowym kołnierzem czy wąskie nogawki spodni. Do tego z czasem doszły ozdobne, kontrastowe lamówki lub kołnierze wyłożone brokatem, a sprawę ułatwił rok 1955 i import rock and rolla do Anglii. Wszystko było gotowe na Beatlesów.

Owi protohipsterzy wciąż jednak byli przykładem pewnego karykaturalnego kopiowania wzorców z góry na dół drabiny społecznej, a Teddy Boys interpretuje się dziś nie jako subkulturę, ale zaledwie nową grupę konsumentów: młodzież. Dopiero bitnicy przewrócili w Ameryce ten porządek, wyrzekając się burżuazyjnego społeczeństwa i jego „stylów” na rzecz beretów, podkoszulków i innych nieklasycznych elementów. Tak przeciwstawili się mieszczaństwu: wyruszyli w drogę, ćpali, gadali o filozofii, odrzucali mieszczańskie wartości stabilizacji i tak zwanego uczciwie wypracowanego zarobku.

Kiedy w 1956 roku wyświetlono w Londynie film Blackboard Jungle, młodzież dała się unieść jego szałowi. Popęd zmienił się w agresję. Młodzi zdemolowali kino i zostali z niego wyrzuceni, więc zniszczyli herbaciarnię w pobliżu. Potłukli filiżanki i czajniczki. „To były bardzo brytyjskie zamieszki” , notuje jeden z najbardziej znanych badaczy subkultur Dick Hebidge. Ubrani wtedy zapewne w ciuchy Teddy Boys chłopcy i dziewczęta dali znak, że w Europie pojawiła się nowa jakość: szukanie kłopotów stało się formą rozrywki. A że znaleźli je wśród swoich, podzielili się na dwa wrogie obozy: modsów i rockersów. Ich starcia w latach sześćdziesiątych były prawdziwym początkiem „kultury subkultur” na Wyspach . Bójki w angielskich miastach wybuchały między grupami definiującymi się przez odmienne style ubioru.

Rockersi byli fanami rock and rolla, podczas gdy modsi to zwolennicy modern jazzu.

Ci ostatni prezentowali w ubiorze rodzaj konserwatyzmu – chodzili pod krawatem, w prostych marynarkach o wąskich klapach, czasem w sweterkach, jeździli też skuterami – ot, „grzeczni chłopcy” z klasy średniej. Ciuchy, skutery i odtwarzane płyty definiowały ich, bo coraz wyraźniejsze stawało się dla wszystkich, że to, co kupujemy, może określać naszą tożsamość, może też stanowić narzędzie do określania przynależności i wyłączenia z grupy.

Ciuchy na modsa. Fryzura na modsa. Papierosy modsowskiej marki. Nawet własny, unikatowy sposób trzymania rąk w kieszeniach tak, żeby nie zaburzyć modsowej sylwetki. Rockersi manifestowanie poglądów odzieżą rozumieli jeszcze bardziej dosłownie – wypisywali hasła na swoich kurtkach i dodawali im znaczeń przez groźne emblematy. Przy modsach wyglądali na prawdziwych bandytów – skóry, drelichy, podarte dżinsy – to wszystko elementy wyrażające niedbałość, brak przywiązania. Bo rockersi w ten właśnie sposób rozumieli wolność. Stąd motocykle zamiast skuterów. Różnica jest taka – wytłumaczył mi pewien motocyklista – że masz coś między nogami. „Masz jaja” znaczy w tym wypadku: masz w sobie dość niezależności, by w każdej chwili oderwać się od wszystkiego dokoła – gnębiącego szefa, złych relacji z rodzicami, dziewczyn, które nie szanują twoich uczuć (bo mają swoje…). Dlatego tak ważny w narracji rockersów był motocykl, skórzana kurtka o sportowym pochodzeniu i podarte robotnicze spodnie, demonstrujące niezależność od pieniędzy, które trzeba by wydać na nową odzież.

Pięćdziesiąt lat kończy właśnie Mechaniczna pomarańcza, film Stanleya Kubricka, który starcia modsów z rockersami pokazuje w postaci baletu, dosłownie umieszczając je na deskach teatru. Modsi przyszłości Kubricka, w genialnych kreacjach kostiumografki Mileny Canonero, cofają się nie zawsze do stylu Edwarda VII, ale niekiedy wręcz do czasów Brummella, z przylegającymi do ciała spodniami z wysokim stanem, szelkami, melonikiem i laską. Modę rockersów Kubrick i Canonero skrytykowali, pokazując jej nawiązania do nazistowskiego uniformu. Te dwa bieguny kiedyś faktycznie się pojednają: gdy wyłoniona z grupy modsów odmiana skinheadów zaadaptuje w końcu bardziej dosadną, rockerską stylówę, a w miejsce insipracji Jamajką przyjmie neonaziolskie poglądy.

Tak, tak. Pierwsi skinheadzi w latach sześćdziesiątych wywodzili się od modsów. Ich „twarda” odmiana składała się z młodych ludzi, którzy w mniejszym stopniu skupiali się na wyglądzie. Nosili się prościej, strzygli krócej – być może dlatego, że byli robotnikami i włosy stanowiły zagrożenie BHP, a z czasem może także dlatego, że dłuższe włosy to coś, za co można boleśnie wytargać w trakcie bójki.

Chłopaki z robotniczych dzielnic wcale nie byli takimi ksenofobami. W tych samych, „gorszych” dzielnicach osiedlali się imigranci, także ci z Jamajki, skinheadzi przyjęli więc ich styl. Słuchali jamajskiego ska oraz nosili klasyczne kapelusze typu pork pie, wśród skinheadów byli także czarnoskórzy. W jaki sposób subkultura ta wyewoluowała w bardziej rockerskim, stylistycznie rzecz biorąc, kierunku? Być może nastąpił tu rodzaj sprzężenia zwrotnego: skinowski styl, ostentacyjnie antysystemowy, był swego rodzaju wyzwalaczem prasowej paniki, a skini oczywiście dawali podstawy, by krytykować ich za nadmierną przemoc. W latach siedemdziesiątych określenie „skinhead” funkcjonowało już w Anglii jako synonim stadionowego chuligana. A gdzie pomeczowe zamieszki, tam zwykle ksenofobia. Po dwudziestu latach była wciąż żywa, ale w nowym wcieleniu zainteresowana głównie rasistowskimi ekscesami. Dzisiejszy styl skinheadów ma jednak dużo z klasycznej męskiej elegancji. Nie w rozumieniu doboru garderoby, ale ubierania destruktywnych żądz w pancerz dopasowanych do figury, sztywnych, jakby naciągniętych ubrań.

Punk wszedł mocno w połowie lat siedemdziesiątych i wkrótce okazał się kulminacją oszpecających ideałów stroju. Kryzys, który nastał po wcześniejszej optymistycznej dekadzie, kazał odwrócić oczy od przyszłości. No future! – krzyknął zespół Sex Pistols, a jego fani nazwali się punks – śmieciami. Skoro nikt o nich nie dba, a rodzice nażarli się wcześniej i zostawiają im gówniany świat, odpowiedzią jest obalić hierarchię. Klasyczny strój razem z nią. Subkulturowa moda, wypracowywana już co najmniej od dwóch dekad, skręciła więc w stronę estetyki DIY (do it yourself, czyli zrób to sam), z jej symbolem – agrafką, która świetnie nadaje się na kolczyk, będąc ostentacyjną nie-biżuterią. Dziury wydzierane w dżinsach i swetrach nie były już tylko oznaką zużycia. Zużycie jest akonsumpcyjne, ma do kupowania stosunek neutralny: „Nie kupuję, bo nie. Bez szczególnego powodu”. Celowe niszczenie spodni, rozciąganie swetrów – to prawdziwa antykonsumpcja, rewolta wobec systemu opartego o podaż.

Bazą dla takich działań mógł być zarówno edwardiański garnitur ze spodniami rurkami, jak i rockerska kurtka, bo DIY opiera się również na bricolage’u, czyli zestawianiu elementów o różnym pochodzeniu, często znalezionych, wyszperanych. Jak stwierdzono już pół wieku temu, bricolage jest świetnym synonimem naszej kultury, w której wszystkie elementy są już na miejscu, można tylko zmieniać ich zestawy. Stąd dekorowanie spodni zwykłym łańcuchem, który stanowi karykaturę dewizki. Stąd oszpetniki kojarzące się z erotycznymi ekscesami albo sklepem zoologicznym, jak obroże czy pieszczochy. W pewien, całkiem perwersyjny sposób, strój ten jest też niezwykle racjonalny. Używanie rzeczy tańszych zamiast droższych, i znalezionych lub w inny sposób zrecyklingowanych zamiast kupionych, to przecież najwyższa forma gospodarności.

Dlatego można powiedzieć, że początek masowej mody punk był zarazem końcem prawdziwego punku. W połowie lat siedemdziesiątych Malcolm McLaren, manager Sex Pistols, i projektantka Vivienne Westwood, bardzo zainspirowani nowojorską modą punkrockową, wprowadzili w swoim butiku asortyment inspirowany sado/maso, fetyszyzmem i pornografią. Ich działania uzupełniają punkowy styl, który dzisiaj świetnie odnajduje się nawet w biurach. Dziewczęta w zwiewnych tiulowych sukienkach i skórzanych ramoneskach często nie wiedzą, ile zawdzięczają punkowej kulturze bricolage’u.

Główny obieg dzisiejszej mody, od projektantów po sieciówki, jest jak czarna dziura. Przyciąga wszystkie tendencje kontrkulturowe z taką siłą, że żadnej nie uda się uciec. Czy to „normikowy” styl ulicy, czy ekstrawagancja festiwalu Burning Man, prędzej czy później trafi do kosza z wyprzedażami w supermarkecie. I kolejne formy protestu trzeba będzie wymyślać od nowa.

Najciekawszym aspektem przenikania się mainstreamowego stylu i mód subkulturowych jest współczesne odwrócenie. Pierwsze subkultury przejmowały klasyczny strój opresywnego więziennego strażnika, z którym trzeba walczyć, albo tyrana, którego karykatury trzeba. malować na murze. Dziś – być może za sprawą punkowego bricolage’u – to nasz styl głównego nurtu przejmuje subkulturowe elementy.

Przyjęły się casualowe rozwiązania: połączenie „dobrze skrojonych” (cokolwiek to znaczy w ich wypadku) dżinsów z marynarką z leisure suit (ale niepochodzącą od garnituru), a także swetry i ich pochodne – bluzy, czyli adaptacja najprostszych, najstarszych form odzieży do najnowszych technologicznych rozwiązań. Wciąż jednak obowiązują zasady: sprezzatura, która każe nam nosić ubrania w sposób modny, wystudiowany i niedbały zarazem; a także zasada, że stare jest piękne, a zużycie ciuchów świadczy o ich bogatej historii. Nic więc dziwnego, że ikoną stylu może stać się każdy. Na przykład Cheng Guorong.

W 2010 roku pewien mieszkaniec chińskiego Ningbo wyszedł na ulicę, by „przestrzelać” nowy obiektyw do aparatu. Wypróbował go na przechodniu – bezdomnym ubranym tak, jak ubierają się bezdomni. To właśnie Cheng. Kiedy jego zdjęcia pojawiły się w sieci, kloszard zrobił gwałtowną karierę. Przystojny trzydziestoczterolatek miał na sobie wszystko, co mogło zmylić automaty do rozpoznawania hipsterów w tłumie: szerokie dżinsy przepasane improwizowaną szarfą, buty wzorowane na kochanych przez kobiety, kożuchowych emu czy ugg, a na górze pięć warstw – koszulę, sweter, skórę, polar, płaszcz. Na dodatek dopalał peta. Jego wyszperane w śmieciach kreacje nie tylko doskonale przypominały styl ulic Nowego Jorku, lecz także łamały zasady, jak choćby podział na kobiece i męskie. Dopiero później ujawniono, że za bezdomnością stoi historia wykluczenia i choroba psychiczna.

Nie pierwszy raz czyjaś tragedia wydała się branży modowej atrakcyjna. Weźmy Johna Galliano. To syn angielskiego robotnika z Gibraltaru, który został dyrektorem kreatywnym domu mody Christiana Diora. Galliano leczył problemy osobiste (piętrowe uzależnienie od wódy i leków) tak zwanym wzięciem się za siebie – jogą i, między innymi, joggingiem po ulicach Paryża. Wypuścił więc kolekcję inspirowaną ubiorem bezdomnych, których oglądał podczas swoich przebieżek. Jej pokaz okazał się jednym z najbardziej kontrowersyjnych w historii Diora. Artystę ewidentnie fascynowały dziury, przetarcia i wszystko, co się kojarzy z ulicznym życiem. Ale jest i druga strona medalu: stylistyczny synkretyzm, do którego bezdomnych popycha konieczność, a który w naszej kulturze słusznie się ceni. A przede wszystkim – niezwykła praktyczność ich ubiorów. Ludzie z tej grupy zawsze noszą ze sobą cały swój dobytek. Uciekają się do najrozmaitszych praktycznych rozwiązań, żeby mieć przy sobie tyle rzeczy, ile w każdej chwili potrzebują. I niezależnie od „zawłaszczania” trudnej sytuacji bezdomnych – choć przyznać trzeba, że jest to etyczny problem – warto spojrzeć na ich sposób życia z tym rodzajem zrozumienia. Co ciekawe, pokaz Diora odbył się na dziesięć lat, zanim świat poznał Chenga Guoronga. Bo styl na kloszarda wraca w modzie regularnie co jakiś czas, sprzedawany w ten albo w dowolny inny sposób – na przykład dużo mniej rażącym słowem „bohema” (stąd dzisiaj popularny styl boho) albo pojemnym hasłem street style’u. Filarem tego ostatniego jest na przykład amerykański fotograf Scott Schuman, znany jako TheSartorialist.

Uliczny fotograf z okiem do mody, który już we wczesnych latach nowego tysiąclecia genialnie portretował dobrze ubranych mieszkańców Nowego Jorku, a z czasem także innych miast. Wiele wypatrzonych na ulicy stylizacji obejmowało ciuchy robocze, kombinezony lotnicze i inspiracje ze wszystkich epok i kultur. Schuman zrobił tak zawrotną karierę, że – jak przyznał w jednym z wywiadów – reklamodawcy przenieśli jego budżet z rubryki „bloger” do czasopiśmiennej, żeby móc płacić mu tyle, ile oczekiwał.

Oko Schumana wyławia ekscentryków – ubranych poza modą, ale zgodnie ze stylem, który jest ekspresją własnej osoby. Ubranych właśnie na zasadzie bricolage’u, zestawiania znalezionych obiektów w nowe treści. Kiedy w 2017 roku dom mody Balenciaga wypuścił skórzaną torebkę, będącą kopią sławnej niebieskiej brezentowej torby na zakupy, Ikea odpowiedziała rewelacyjną kampanią, pouczającą jak odróżnić oryginał za złoty dziewięćdziesiąt dziewięć od francuskiej podróbki. Chyba nic lepiej nie oddaje skomplikowanej relacji, jaką mamy z utowarowionymi marzeniami z jednej strony, a potrzebą wyrażania siebie z drugiej. Ale tylko jedna składowa tej alternatywy jest względnie nowa – bo potrzeba luzu i manifestacji ubiorem swoich poglądów oraz statusu społecznego to śpiewki stare jak świat.

Potężny paradoks tkwi również w wyrażaniu ubraniami tożsamości płciowej. Kiedy kobiety sto lat po mężczyznach przeszły ten sam proces aktualizacji ubioru, sięgnęły po prostu do mody męskiej i zaadaptowały jej rozwiązania. Podział na ubranie damskie i męskie został wtedy zachwiany, ale ruszał się tylko w jedną stronę. Kobiety mogą ubierać się jak mężczyźni, jednak strój, który pozwalał mężczyznom ubierać się na wzór kobiet, pojawił się dopiero z ruchem hippisów, ci zaś zanegować próbowali cały kulturowy aspekt ubrań, a nawet ich potrzebę. Mężczyźni z powrotem zaczęli nosić kwieciste wzory i jaskrawe kolory, wróciły też długie włosy – jako symbol związku z naturą i zatarcia granic między tym, co męskie, a tym, co kobiece.

Androgyniczny styl – ale w szykownej, a nie pierwotnej formie – przyjął też glam rock. Była to kolejna, kto wie czy nie najbardziej kontrkulturowa w dosłownym znaczeniu, gałąź stylu subkultur. Ciekawe jednak, że ikona glamu na jednym ze swoich najsłynniejszych zdjęć – Freddie Mercury podczas koncertu Queen na Wembley – prezentuje… bluzę mundurową w osiemnastowiecznym kroju: ze stójką, klamrami nawiązującymi do szamerunku, pagonami i haftowanymi mankietami. Jest to, co więcej, strój w kolorze bardzo lubianym przez Beau Brummela – żółcieni. Do tego Mercury dobrał białe spodnie, z fałdkami jak garniturowe, mankietem o nieekstrawaganckiej szerokości i doskonale dopasowanym do bluzy, żółto-czerwonym lampasem. Echa postedwardiańskiego stylu Teddy Boys są widoczne, choć nieco mniej wyraźne, również w naszywanych cekinami, wydekoltowanych overalls z wcześniejszego okresu działalności Queen.

W głównym nurcie stosunkowo niewiele przetrwało z epoki glamu. Mężczyźni łagodnie wrócili do normcore’owej mody: swetrów, bluz i wąskich spodni, a także marynarek czy nawet garniturów. Nikt też się dzisiaj nie upiera, że spodnie dzwony czy kołnierz z brokatu są równie dobrym jak każdy inny wyborem na ważne spotkanie czy rozmowę kwalifikacyjną.

To, co zostaje z rozmaitych subkultur, realizuje postulaty od dawna stawiane choćby przez Mens Dress Reform Party: dzięki odzieżowym protestom ubieramy się coraz wygodniej, coraz bardziej demokratycznie, sportowo, w mniejszym stopniu różnimy się od siebie nie tylko w obrębie klas (skoro Dior projektuje styl kloszardów), lecz także płci czy zawodów. Częściej doceniamy też nową kategorię ciuchów: DGAF (don’t-give-a-fuck-wear, czyli strój z gatunku mam-to-w-dupie), co może mieć znaczenie dla naszego zdrowia psychicznego. Kto wie, czy nowym wcieleniem punku po kryzysie 2008 roku nie jest „modern gentleman”. Pierwotny punk podsumował pewną ekonomiczną rzeczywistości hasłem NO FUTURE, a jego ostentacyjna antymoda wyrażała ówczesny brak perspektyw. Dzisiejszym wyrazem podobnych uczuć byłby przede wszystkim akt głębokiej nieufności wobec marek oraz imperatywu wyrzucania, żeby szybko kupić nowe. Jak lepiej przeciwstawić się tym pomysłom, niż zamawiając u krawca garnitur, którzy przetrwa lata? Krawiectwo męskie jako punkowa rewolucja – to bardzo kusząca teza.

Nienaganny. Biografia męskiego wizerunkuNienaganny. Biografia męskiego wizerunku materiały prasowe

"Nienaganny. Biografia męskiego wizerunku" Przemysława Bociągi to pozycja, która pokazuje ciekawe, socjologiczne ujęcie tematu, opowiadając, jak na przestrzeni wieków przełamywano konwencje w modzie, jak rodziły się poszczególne części męskiej garderoby, jak ewoluowały w kolejnych latach i w jaki sposób wpływają na dzisiejsze trendy - zarówno uliczne, jak i te na wybiegach. Jest to błyskotliwa opowieść o tym, jak formował się współczesny wizerunek mężczyzny, zapisany w krojach, ściegach i proporcjach oraz w tym, jak się nosimy.

Więcej o: