Techno: oczekiwanie

W każdym wydaniu każdego magazynu jest tak, że któryś artykuł musi być ostatni. Nie chwaląc się: w "Logo" zawsze są to teksty z działu Techno. Ostatnio okazało się, że czekałem na cyberpunka.

Opinie po pierwszym „prawdziwym” („game engine footage”) trailerze „Cyberpunka 77” pokazanym na targach E3 w Los Angeles były mieszane. Na imprezę czeka się rok, by potem czekać kolejny rok na to, co tam pokazali. W 2018 r. nie było bardziej wyczekiwanej pozycji, przynajmniej z patriotycznego punktu widzenia. Oczekiwanie trwało sześć lat. Kiedy premiera? Obstawia się przyszły rok, ale pewniej brzmi 2020.

Bo produkcja CD Project RED bazuje na roleplejowym „Cyberpunku” sprzed trzech dekad, a właściwie na poprawionym wydaniu pt. „Cyberpunk 2020”. Popularnym także w Polsce odprysku ogólnoświatowej fascynacji „Blade Runnerem” (na którego remake czekaliśmy, aż się doczekaliśmy!). „Erpegi” to były takie gry z czasów prekomórkowych dla długowłosych pryszczatych gości, z którymi nikt się nie chciał bawić, a już na pewno nie dziewczyny. Czyli dla mnie. Trzeba było przeczytać grubą knigę wprowadzającą w świat przedstawiony i objaśniającą reguły, rzucać pokracznymi kostkami i używać wyobraźni zamiast procesora. W praktyce księgę przerabiał tylko mistrz gry, czyli narrator, reszta piła piwka i marzyła o niebezpiecznych przygodach na dywanie oraz bezpiecznym nocnym powrocie ulicami między dresiarzami.

W „Cyberpunka 2020” dużo nie grałem (bo wolałem fantasy), od 20 lat w ogóle nie gram w żadne gry, w tym komputerowe, wliczając w to oczywiście „Wiedźmina”, wszystkie części. Na geopolityce znam się jeszcze mniej. Więc się wypowiem na temat dystopijnej wizji świata zawartej w klasycznej produkcji gadanego RPG i tym, co widzimy w zwiastunie studia CD Projekt Red. Miejsce akcji to kalifornijska metropolia Night City. Porównaj: Gotham City czy Sin City, przywróć wspomnienia punków na ulicach i zmieszaj z nocnym klimatem „Drive”, z „Matriksem” itepe.

Mike Pondsmith, twórca oryginału, pracujący oczywiście teraz z naszymi nad wersją „77”, wiele się nie pomylił. Co prawda Stany Zjednoczone i świat jakoś się wylizali ze skutków kryzysu ekonomicznego roku 2008, ale po pierwsze – krach był, po drugie – przy tak chaotycznych ruchach prezydenta ciężko nie myśleć o jeszcze poważniejszej katastrofie, po trzecie – przejdź się ulicami San Franscisco i spróbuj nie nadepnąć bezdomnego.

Dalej – Biały Dom nigdy nie był bliżej związany z biznesem, a wręcz biznesmen jest teraz w Białym Domu (który de facto przeniósł się do drapacza chmur na Manhattanie). Bioimplanty? Jak najbardziej, jakiś czas temu przedstawiliśmy w „Logo” reportaż o transhumanistach – pióra koleżanki z wszczepionym czujnikiem północy. Globalna sieć – oczywista oczywistość. Hologramy 3D na ulicach? Wirtualnie wskrzeszono nawet tęczę na warszawskim placu Zbawiciela (choć to po prostu światło i woda, żadne hi-fi). Wirtualna rzeczywistość? Na razie dzięki goglom, ale rzeczywistość rozszerzona rozszerza się coraz śmielej, więc kwestia przeniknięcia się obu porządków to kwestia czasu.

Co zapowiada „Cyberpunk 2077”? Czego oczekujemy za sześć dekad? Latające pojazdy wszędzie, wiadomo, jak z kreskówki „Jetsonowie”. Mamy Elona Muska, będą latały, spokojna głowa. Okulary AR pomagające przy bilardzie? Są, będą. Walki wręcz z robotami? Spójrz na prototypy Boston Dynamics, ruszają się jak człowiek.

Inteligentne lustro? Do kupienia. Ciekawe że auta trzeba prowadzić samodzielnie. Nie tego oczekuję po 2077 roku. Choć jeśli mam dożyć, to tylko z implantami.

Więcej o: