Technologie: elektrozłom

Jak co roku szykowałem się do zamiany technośmieci na choinkę. Za 37 cali azjatyckiego ciekłego kryształu sprzed dekady dostałbym pewnie ze dwa metry żywej jodły kaukaskiej.

Zacząłem od porządkowania pokoju dziecięcego. Nadchodziły piąte urodziny córeczki, robiliśmy after party, trzeba było ogarnąć zabawkowy bajzel. Plastikowe do jednego pudła (albo – częściej – do utylizacji), drewniane do drugiego (jakoś tak szkoda wyrzucać), opaski i kokardki osobno, puzzle i gry osobno. Metalowych praktycznie nie mamy, ciekawe. Ja za młodu miałem, pewnie bawiłem się azbestem.

Jest za to elektronika, ja nie miałem. Zabawkowe tablety, zegarki, robociki. Na pierwszym planie chiński piesek. To pamiątka, kupiłem podczas wizyty w Chinach, na targu. Tania chińszczyzna prosto z Chin, jak należy. Potrafi śpiewać w dwóch językach i chodzić na kilka sposobów. Zabawka edukacyjna, dzięki której wiemy, że „sto lat” po ichniemu to mniej więcej: „dziu ni szang ri kuai lo”.

Jak widać, pies już nie chodzi. Teraz dzielnie kuśtyka i wciąż śpiewa. Został nadepnięty, trafił do dzielnicowego elektryka, któremu ufałem, bo wcześniej ożywił mi wzmacniacz, wyjmując zeń monetę. Doprowadziła do zwarcia, skutki zwarcia naprawił. Kiedyś zaniosłem mu nawet mikrofalówkę, lecz nie pomógł. Teraz kuchenka jest pewnie moją jodłą. Psa zreperował, ale zaczął chodzić głównie tyłem (pies) – może jakbym zostawił w warsztacie pilota, zlutowałby to inaczej? Dziś to nasza kochana maskotka, bez nogi, z głową na kablach i słowie honoru. Jest jak upośledzony szczeniak ze schroniska, przecież nie utopisz. Nie wymienisz na choinkę.

Zastanawiam się za to, czy nie pozbyć się wreszcie tego telewizora. Ma 37 cali, 10 lat i całkiem fajną obramówkę. W fazę metafizyczną wszedł jakoś w czwartym roku życia, oczywiście po gwarancji. Emanuje światłem do nieba z kontrastowych elementów obrazu: czerwonych, białych, zielonych, cholera go wie. Najlepiej wygląda to przy piłce nożnej – wybrani przez matrycę zawodnicy są podświetlani. Pomazańcy boga czy trenera, pewnie zaraz strzelą gola. Jak strzałka w starej FIF-ie nad zawodnikiem, nieraz mieliśmy z tego ubaw podczas meczu.

Nie wyrzucę „mopa parowego”, który miał mi opędzlowywać podłogi. Kupiłem po redakcyjnych testach. Po paru miesiącach, owszem, grzał wodę, ale już nie doprowadzał jej do stanu gazowego. Duże bydlę, nie bez wysiłku odesłałem do serwisu (pudło oczywiście wyrzuciłem – i weź tu znajdź równie wielkie zastępcze). Po tygodniu odpowiedź: zwrot kasy. Łączny czas czyszczenia oceniam na pół godziny.

Niedługo też nacieszyłem się elektronicznym fajkiem podgrzewającym tytoń. Nie mylić z waporyzującym glicerynę e-papierosem, ten wynalazek zawsze wydawał mi się podejrzany. W każdym razie jednego elektrofajka zgubiłem, a w jego następcy zapchał się element grzewczy, ponoć z mojej winy. Żeby w tym wieku człowiek się uczył palić, nie rzucać…

W tej chwili potwornie burczy mi w kuchni maszyna do sous vide i albo ona wybuchnie, albo ja wybuchnę. Nie wiesz, co to „sous vide” ani jak to czytać? Ja też jeszcze nie, ale odpowiem w następnym odcinku „Logo”. Jeśli nic mnie nie zabije.

Więcej o: