Hej, Gugel, sam se pobruszę!

aplikacje urządzeń kompatybilnych z systemami Google Home i Amazon Alexa

aplikacje urządzeń kompatybilnych z systemami Google Home i Amazon Alexa (screenshot)

Zmarnowałem trzy dni na podpinanie urządzeń do systemów Google Home i Amazon Alexa. Gadałem ze sztuczną inteligencją z telefonu po polsku i angielsku. I mam dość! ENOUGH!

Głośniczki i wieże stereo, odkurzacze i żarówki, gniazdka i routery, słuchawki i kamerki, czujniki tego i owego. Nawet telewizor. Dobrze, że powstrzymałem się przed sprowadzaniem lodówki. Akcja ma miejsce w naszym studiu fotograficznym – sesja w „Logo”.

To betonowa piwnica, solidne ściany, sygnał z biurowej części budynku dochodzi na słowo honoru. Za słaby, żeby parować urządzenia z telefonem. LTE dociera, ale przecież nie mogę zrobić hotspota ze swojej komórki, skoro jest elementem parowanym. Ratuje mnie fotograf, lecz to końcówka miesiąca, więc oczywiście skończył mu się szybki net i zostało tylko takie kropidło, że zwykłe logowanie stanowiło problem, o ściąganiu aktualizacji i aplikacji nie wspominając.

No bo nie jest tak, że włączasz telewizor czy odkurzacz, a on radośnie wita się z systemem. Co to, to nie! Zaczynam od gniazdka. Gniazdko wkładane do gniazdka nawet ma sens – możesz w ten sposób za pomocą komórki odpalić np. czajnik (kontrolować energię itp., ale o tym więcej za miesiąc). Po kwadransie wkładania i wyjmowania ratuje mnie telefon do przyjaciela: trzeba kliknąć taki mały pipsztyk, by się zresetowało.

Następnie wieże i głośniczki. Po Blue-tooth wszystkie śmigają, ale żeby je włączyć do systemu, trzeba a) zainstalować apkę, oczywiście do każdej inną; b) połączyć je z wi-fi. Takie urządzenia najczęściej wysyłają jeszcze własną sieć w celu połączenia i autoryzacji, więc łączysz się z ich siecią, by połączyć je z siecią zewnętrzną. 10 minut klikania, ciśnienie rośnie.

Albo i 20, jeśli 15-znakowe hasło wprowadzasz guzikiem. Swoją drogą zabawne, że a) ktoś jeszcze robi wieże CD, b) ktoś je kupuje, c) mimo zachowania interfejsu z lat 70. można to połączyć z wi-fi i powiedzieć do telefonu czy wprost do głośnika: „OK., Google, włącz Abba na Deezer”. W mianowniku, by zrozumiał.
Ale już komenda: „Odtwarzaj YouTube na Sexytime” – jak nazwałem swego Chromecasta przekazującego obraz „z komórki” na telewizor – nie zadziała. Zadziała po angielsku, gdy zmienisz język w telefonie. W ogóle wprowadzony w połowie stycznia polski Google Asystent przynosi na razie więcej frustracji niż radości, hulają tylko niektóre funkcje, najbezpieczniej mieć „language” zamiast „języka”. Lecz wtedy wszystkie apki też zaczynają się z tobą komunikować po angielsku, a przecież miało być łatwiej.

Takich dylematów nie ma z Alexą – ona na razie nie zamierza mówić po naszemu. Za to tu większość urządzeń dodajesz przez aplikację jako „skillsy” – umiejętności. To najczęściej operacja kilkustopniowa. Najpierw sprawdzasz instrukcję urządzenia. Dajmy na to, drukarki. Potem przeklikujesz się przez jej menu na obudowie, rejestrujesz się w systemie danego producenta. Potem przechodzisz na telefon – wyszukujesz „skillsa”, logujesz się w systemie producenta, logujesz się w Amazonie. Jezu! A wszystko po to, by zadziałało: „Alexa, print my to-do list”.

Konfiguracja Chromecasta jest łatwa, bo to towar Google’a, ale z samym telewizorem z systemem Android TV jest trudniej. Tu znów ratuję się rozmową z ekspertem, który wyjaśnia, że należy zmienić język systemu, a potem wysłać żądanie kodu aktywacyjnego. Co oczywiście przy słabym necie nie jest możliwe. Zresztą sterowanie podstawowymi funkcjami za pomocą głosu jest możliwe i bez Alexy, więc po co i o co ten cały zgiełk?

Robię przerwę, idę na siłkę – mamy na miejscu. Biorę trzy pary słuchawek, by pogadać sobie z Alexą na ławeczce, romantycznie. Dwie łączą się bezproblemowo, ale i tak muszę non stop podchodzić do telefonu, bo Bluetooth nie daje rady, para komend idzie w gwizdek. Trzecie słuchawki aktualizują się 30 minut. Wcześniej wracam do studia, bo muszą już pozować.

Żarówki – mam kilka, każda z innej firmy, więc kolejne aplikacje. Idzie gładko, bo interfejsem żarówki jest włącznik. I resetowanie to np. trzy razy szybko włączyć i wyłączyć. Ale jedna ma nadsystem i nie działa bez stacji nadawczej. A stacja nadawcza nie działa bez kabla ethernetowego… Bez jednostek zarządzających nie ruszają mi też systemy kontroli domu (wewnątrz i na zewnątrz): mierniki stanu powietrza, termometry, kamerki, deszczometry. Czyli telefon staje się trzecim urządzeniem w łańcuchu, w którym musi być jeszcze puszka pośrednicząca. A ta może wymagać internetowego podłączenia kablowego.

Telefon. Biedny telefon. Przez trzy dni instaluję 15 aplikacji, które potrzebne mi są do tego, bym mógł obsłużyć urządzenia głosem. Supersmartfon to udźwignie, ale komórka ze średniej półki ugięłaby się pod tym ciężarem.

Hej, Gugel, weź już poczywaj!

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Łukasz Myszyński i jego 'dziecko' na targach Poznań Motor Show Łukasz Myszyński zdradza nam, jak stworzyć wymarzony samochód
  • Matura z zegarków Wielka Matura z Zegarków - informacje dla uczestników
  • Baby Blocker - wtyczka do przeglądarki Google Chrome Ta wtyczka sprawi, że zdjęcia dzieci znikną z Facebooka

Polecamy