Jak zostałem przekręcony u mechanika

Artur Włodarski
Fot. Shutterstock

Fot. Shutterstock (Marcin Kasprzak)

Trzeba mieć nie lada szczęście, by kupując i naprawiając kolejne auta, nie nadziać się na oszusta. Los długo mnie oszczędzał, aż w końcu powiedział: teraz ty!

Przez nieuczciwych mechaników samochodowych cierpi cała branża. Fot. ShutterstockPrzez nieuczciwych mechaników samochodowych cierpi cała branża. Fot. Shutterstock Marcin Kasprzak

Było tak: oddałem samochód do warsztatu. Tego samego co zawsze – uprzejmy, wygadany właściciel plus jeden, dwóch pracowników. Pan Krzysiek od lat mnie zna i wie, że siedzę w motoryzacji. Nie sądziłem, że mnie oszuka. Choć słyszałem, że potrafi. Już zraził dwóch znajomych – powiedzieli: nigdy więcej! Pierwszy odkrył, że pan Krzysiek cichaczem wstawił jego auto do warsztatu kolegi i doliczył sobie sporą marżę za naprawę, której nie wykonał. Drugiego krew zalała, gdy zobaczył rachunek za niezapowiedzianą wymianę drogich, ale niewidocznych części.

Pan czeka na telefon
Tak, sygnały ostrzegawcze były. A ja je zignorowałem. Także pustki przed warsztatem, który mijam prawie codziennie, jakoś nie zaświeciły mi czerwonej lampki. Choć powinny. Górę wzięły pośpiech, wygoda i optymizm. Jak zawsze. Kiedy więc przyprowadziłem auto do przeglądu nie sfotografowałem licznika przebiegu ani wskaźnika paliwa. Spisałem tylko rzeczy do zrobienia: głównie wymianę płynów i filtrów.

Na koniec pada standardowe: „Pan czeka na telefon! ”. Mijają trzy tygodnie i nic. Sam dzwonię. Słyszę westchnienie i strapiony głos: „Oj, panie Arturze, żeś pan narobił! Przewody hamulcowe zgnite. Tylne tarcze i klocki też do wymiany, No i sonda lambda. A pan wie, ile ona kosztuje… Jakbym nie liczył, wychodzi 2000 zł”.Już wcześniej mnie olśniło, że co roku płacę tu więcej. W pierwszym było 600 zł, potem kolejno 800, 1000, 1200 i 1400, a teraz bach! Pan Krzysztof przeszedł sam siebie. A ja poczułem, że z siebie wychodzę. Zwłaszcza gdy odebrałem auto.

Na oparach benzyny, choć przysiągłbym, że było jej dużo. Tak mam, że nerwowo szukam stacji, gdy wskazówka poziomu paliwa wchodzi w ostatnią ćwiartkę. I rozglądam się za ładowarką do telefonu, gdy ten ma jeszcze ponad „20 proc.”. Myślę, że ma to związek, skoro ani paliwa, ani prądu nigdy mi nie zabrakło. A teraz? Wskazówka nie żyje, rezerwa miga, a ja jadę poprzez las. Tak jeszcze nie było. Patrzę na przebieg i przecieram oczy: powinno być 169 tys. coś tam, a jest 170 140 km. Staję, dzwonię. „Gdzieś pan jeździł?” – pytam, tłumiąc wściekłość. „No, panie Arturze, do hurtowni po te przewody, coś miał pan zgnite.

Pojechałem dwa razy, bo raz było zamknięte. I jeszcze do drugiego warsztatu, bo mój pracownik się rozchorował, a ja – wie pan – chciałem się wywiązać. A te przewody, to mówię: cud, że nie puściły panu przy hamowaniu, bo – Matko Boska – byśmy teraz nie rozmawiali!”. Nie wiem, co bardziej mnie wkurza: to, że mnie oszukuje, czy to, jak się tłumaczy. Przyrzekłem sobie, że ani moja noga, ani moje koło nigdy więcej u niego nie postaną.

...byliby aż tak bezczelni?
Nie jestem wyjątkiem. Ponieważ aut przybywa, coraz więcej osób pada ofiarami brawurowej bezczelności motoryzacyjnych oszustów.
„Ale te pani letnie opony to przecież do wyrzucenia…” – usłyszała niedawno koleżanka, gdy zadzwoniła do warsztatu wulkanizacyjnego, by umówić się na wymianę.
Oglądam i faktycznie – prawie łyse. Choć samochód ma niecałe trzy lata
i 30 tys. km przebiegu. „Nie ma cudów, zamienili je na stare! I jeszcze policzyli sobie za przechowywanie” – mówię.
„No co ty, myślisz, że byliby aż tak bezczelni?” – niedowierza.
Inna oddała samochód do znanej sieci warsztatów na wymianę tarcz i klocków. Mija miesiąc – silnik nie pali. „Akumulator?” – pytam. „Niemożliwe” – słyszę. „Rok temu kupiłam nowy”.
Przyjeżdżam, zaglądam – możliwe. Akumulator jest, ale inny: stary i mały, bo… motocyklowy. Znajoma mało się nie rozpłakała. Z wściekłości i bezsilności.






Pożyczone nie pali?
Kobieta – wiadomo – łatwa ofiara. W styczniu pewna Niemka zostawiła auto w warsztacie pod Hanowerem na wymianę przepalonej wiązki przewodów. Odebrała je po dwóch tygodniach, a po kolejnym dostała mandat z fotoradaru w Polsce, w której… nigdy nie była.
Za przekroczenie prędkości o 60 km/h. Okazało się, że była to pamiątka po „jeździe próbnej”, jaką urządził sobie mechanik, a która liczyła… 3000 km. Co ciekawe, mężczyzna przed sądem tłumaczył, że… zawsze tak robi.

Skoro „kradzione nie tuczy”, to „pożyczone nie pali”. Albo pali mniej. Najwyraźniej tak myślą niektórzy pracownicy myjni i warsztatów urządzający sobie przejażdżki autami klientów. Skutki bywają opłakane. W maju pewien pracownik myjni w Kaliszu skradł do niej klucze i „pożyczył” sobie porsche 911, którym ruszył w rodzinne strony. Po drodze próbował wyłudzić paliwo. Godzinę później roztrzaskał porsche o betonowy płot.

Zostawił kluczyki i uciekł. A uciekając, wpadł na stację, by wypić piwo.
Przebił go pracownik luksusowego komisu pod Opolem, który „pożyczył sobie” wartego milion złotych mclarena spider 650s. Na pierwszym napotkanym rondzie wymusił pierwszeństwo, uderzył w forda focusa i wpadł na drzewo, dokumentnie rozbijając nieubezpieczone auto.

Mechanizmy hańby
To, że niektórzy dostają małpiego rozumu na widok drogich i szybkich aut, potrafię – od biedy – zrozumieć. Ale oszustw w motoryzacji dopuszczają się całe koncerny z ich wysokokwalifikowaną kadrą. Dieselgate? Takich afer było więcej. Przed Volkswagenem także Ford i Chrysler dopuszczali się fałszerstw spalinowych. W 1972 r. wyszło na jaw, że Ford podmieniał świece i gaźniki na lepsze, dawał rzadszy olej, inny filtr powietrza… w sumie wprowadzał 350 nieautoryzowanych zmian w silnikach po to, by w czasie
testów emitowały mniej toksyn.

Rok później okazało się, że Chrysler w tym samym celu stosował w swych autach jeszcze bardziej wyrafinowane „mechanizmy hańby” – jak to ujął sąd federalny. Prawie 50 lat temu! Normy emisji spalin okazały się największym wyzwaniem dla koncernów, które – z chciwości lub bezsilności – uciekają się do oszustw. Robert Lutz, wiceszef GM i szef Chryslera, porównał presję regulatorów do próby rozwiązania problemu otyłości przez zmuszenie koncernów odzieżowych do szycia mniejszych ubrań. Skutki odczuwamy wszyscy.

To dlatego katalogowe spalanie współczesnych aut bywa nawet o 1/3 niższe od faktycznego. Jedną trzecią! Wyobraź sobie, że kupujesz butelkę wina, z której sprzedawca potajemnie odlał jedną trzecią zawartości. Marynarkę, w której ktoś o tyle samo skrócił rękawy, lub książkę, w której brakuje co trzeciej kartki. Co by to było? Skandal! A w motoryzacji norma. Choć oszustwo mamy tu czarno na białym. I na kredowym papierze.
Bo czym jest cofanie liczników w używanych autach?
Czym wycinanie katalizatorów i filtrów z układów wydechowych?
Czym spawanie jednego auta z dwóch i sprzedawanie go jako bezwypadkowego? Czym, jak nie oszustwem właśnie?


Chcemy wierzyć?
Oszustwo przywarło do motoryzacji niczym rdza. Udajemy, że go nie zauważamy. Dlatego cieszymy się, że kupiliśmy bezwypadkowe auto po niemieckim emerycie, że możemy tanio usunąć kłopotliwy filtr cząstek stałych, że pan Henio przymknie oko na przeglądzie. Dlaczego tak jest? Dlaczego samochód obrósł w tyle patologii? Pewnie dlatego, że to najcenniejsza rzecz codziennego użytku, jaką mamy, najdroższa ruchomość, a do tego – wciąż jeszcze – przejaw materialnego statusu. Sami przyczyniamy się do tego, że motoryzacja jest tak uczciwa, jak gra w trzy karty.

Artur Włodarski - dziennikarz naukowy i motoryzacyjny, entuzjasta nowych technologii, dobrych samochodów i szybkich motocykli. Felietonista LOGO. 

Zobacz także
  • Luksusowy jacht na kołach. California Ocean kosztuje niemało, ale jak wygląda! Dom na kołach | VW California
  • Szarpana wołowina: 3 pomysły Szarpane mięso: 3 pomysły
  • DJI Osmo X3 i Removu K1 Test nowych gimbali
Skomentuj:
Oszustwa mechaników samochodowych
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy