Jeden dzień w Ameryce

Ford Mustang 2018

Ford Mustang 2018 (fot. Dominik Kalamus)

Wcale nie trzeba płacić za wizę, spotykać się z konsulem, wydawać kroci na zakup biletów lotniczych i wreszcie lecieć 14 godzin, by poczuć się jak w Stanach Zjednoczonych. Wystarczą odpowiedni plan dnia i kluczyki do Forda Mustanga.

Punkt pierwszy: śniadanie. Spotkaliśmy się na jednym z najwyższych pięter w hotelu Hilton w Warszawie, gdzie po posiłku z widokiem na panoramę miasta (do widoku na manhattańskie drapacze chmur trochę jednak brakuje), otrzymaliśmy kluczyki do amerykańskich rumaków. Tu wizualnie wszystko się zgadzało – uwydatnione nadkola, potężne, 20-calowe alufelgi, wielkie „nozdrza” układu chłodzenia i smukła linia zakończona klapą bagażnika układającą się w naturalną lotkę. Najbardziej ucieszył mnie jednak emblemat „5.0 V8” na przednim błotniku mojego egzemplarza, bo zwiastował udaną (i szybką) podróż. Let’s go!

Ford Mustang 2018Ford Mustang 2018 fot. Dominik Kalamus

Po wyjeździe z parkingu podziemnego dach obowiązkowo powędrował w dół – trafił nam się kabriolet, czyli wersja, w której jeszcze lepiej słychać ryk, płoszący w promieniu kilkunastu kilometrów ekologów, wykonanego po amerykańsku, 5-litrowego silnika z ośmioma cylindrami ułożonymi w układzie „V”. Klasyka! Poranny deszcz nie zniknął jeszcze z ulic miasta, więc już na pierwszym skrzyżowaniu przekonałem się przy lewoskręcie, że z wędrującą w całości na tylną oś mocą 450 KM należy obchodzić się ostrożnie. Jeśli - rzecz jasna - chce się pozostać na swoim torze jazdy. W przeciwnym wypadku można wciskać gaz do oporu, co zakończy się spektakularnym obrotem.

Pierwsze wrażenie? Ekstaza. Nie przesadzam, bo już samo uruchomienie takiego auta dostarcza prawdziwej przyjemności. To jak w filmach Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi (silnik budzący się z letargu), a potem napięcie już tylko rośnie, choć można je dozować stopniem wciśnięcia pedału przyspieszenia. Dopiero po kilku kilometrach człowiek zauważa, że plastiki nie urzekają jakością, a ergonomia nie grała pierwszych skrzypiec przy projektowaniu wnętrza (kto jeszcze dziś umieszcza tak nisko ekran systemu multimedialnego?). Ale… Po chwili o tym zapomina, bo niby jakie to ma znaczenie w tym samochodzie? Zresztą najtańszy, 290-konny Mustang z silnikiem 2.3 EcoBoost kosztuje tylko 170 300 zł – to niewiele więcej niż hot hatch o podobnej mocy. Klienci jednak znacznie częściej decydują się na dopłatę 15 000 zł do wersji GT z prawdziwie amerykańskim 5.0 V8 pod długą maską. Rozumiem to w każdym litrze pojemności! W GT wszystko wydaje się bardziej naturalne i właściwe.

Jedyna właściwa jednostka w tym aucieJedyna właściwa jednostka w tym aucie fot. Dominik Kalamus

Tu doszliśmy do istotnej przewagi Mustanga nad innymi amerykańskimi wozami – jest w oficjalnej sprzedaży na Starym Kontynencie, więc można nim przez przypadek wyjechać z salonu, do którego przyjdzie się po jakieś bardziej racjonalne europejskie auto. Każdemu przynajmniej przez chwilę pojawi się w głowie taka myśl na widok kultowego, sportowego fastbacka ze stajni Forda. Przecież równo 50 lat temu Steve McQueen gonił mafiosów właśnie ciemnozielonym mustangiem. Nie uwierzę, że ktoś może nie znać słynnej sceny pościgu z „Bullitta”. Z okazji jubileuszu powstała nawet limitowana edycja o tej samej nazwie co tytuł filmu. Cechy wyróżniające: ciemna zieleń pokrywająca karoserię, 19-calowe alufelgi z polerowanymi rantami, osłona chłodnicy pozbawiona emblematów i do tego kilka oznaczeń „Bullitt”.

Organizatorzy wytyczyli trasę po Autostradzie Wolności (przypadek?) i po lokalnych drogach przecinających bezkresne pola, aby łatwiej było wczuć się w klimat leniwego roadtripa przez amerykańskie prerie. Chyba dałem się temu porwać, bo nastawiłem rockowe radio i z głośników zaczął sączyć się „Roadhouse Blues” The Doorsów. Idealnie!

Polska 'Droga-Matka'?Polska 'Droga-Matka'? fot. Dominik Kalamus

Pierwszy przystanek na naszej „Route 66” to foodtruck i klasyczny, amerykański posiłek – hamburger popity coca-colą. Następny punkt to stajnia Bobrowy Staw mieszcząca się w Sowiej Woli. Nasze „rumaki” zostały tam wpuszczone do hali ćwiczeniowej, gdzie mogły odetchnąć znanym im powietrzem. Ja wziąłem udział w turnieju rodeo na maszynie wprost z wesołego miasteczka, ale szybko okazało się, że znacznie lepiej radzę sobie z trzymaniem w ryzach Mustanga niż byka.

450 koni mechanicznych vs. 1 koń tradycyjny450 koni mechanicznych vs. 1 koń tradycyjny fot. Dominik Kalamus

Kolejną atrakcją na trasie przejazdu była strzelnica. Nie trzeba mówić, że zabawy z bronią to typowo amerykański sport. Po opróżnieniu wszystkich magazynków w kilku rodzajach broni spełnieni udaliśmy się do kasyna. Obstawiliśmy stół, a krupier wprawił w ruch koło rulety i rzucił w przeciwnym kierunku kulką. Po kilkunastu minutach było już wiadomo, że obstawiłem złego konia – musiałem oddać kluczyki do mustanga i wrócić do domu piechotą. Zupełnie jak w Las Vegas w jednej chwili z króla życia zamieniłem się w bankruta...

Jak Mustang, to z silnikiem:
Zobacz także
  • Dr Sylwia Spurek, zastępca rzecznika praw obywatelskich Co jest molestowaniem? Wywiad z dr Sylwią Spurek, zastępczynią rzecznika praw obywatelskich
  • Mój pierwszy raz: golf Mój pierwszy raz : golf
  • Bosch Unlimited Bosch Unlimited: odkurzanie bez granic
Skomentuj:
Jeden dzień w Ameryce
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy