"Denerwuje mnie, gdy widzę stuningowanego passata" - wywiad z Rafałem Collinsem

Bracia Collins

Bracia Collins (FiIip Klimaszewski)

Bracia z Legnicy tuningowanie aut zaczynali w Londynie. Teraz mają warsztaty w czterech miastach. My odwiedzamy warszawski.

Tuż przed wejściem stoi zabytkowy rolls-royce, a kilkanaście metrów dalej mercedes klasy S w wersji coupé. Jego kolor płynnie przechodzi od chromowanego srebra, poprzez złoto i czerwień, aż do czerni. Jeszcze dalej zaparkowanych jest kilka kolejnych aut, które cierpliwie czekają na swoją kolej. W podwarszawskim oddziale firmy braci Collins praca wre – podobnie jak w pozostałych, zlokalizowanych w Gdyni, Londynie i katarskiej Ad-Dausze.

Po przestąpieniu przez próg warsztatu zostałem powitany przez Rafała Collinsa, który wskazał mi miejsce na kanapie w sąsiedztwie sporego stolika, któremu za podstawę służył silnik – zupełnie jak w słynnym „Top Gear”. Temat owego programu miał się zresztą pojawić w dalszej części rozmowy, jednak pierwsze pytanie nie mogło brzmieć inaczej…

A gdzie Grzesiek?

W Londynie, zajmuje się tamtejszym oddziałem naszej firmy. Ma niezłego farta, bo mówił mi, że klient właśnie oddał swojego veyrona. I powiedział Grześkowi, że może sobie nim trochę pojeździć.

Macie oddziały w Polsce, w Wielkiej Brytanii i Katarze. Jak się to wszystko zaczęło?

Kiedyś siedziałem w swoim sklepie komputerowym i zobaczyłem w niemieckiej telewizji program o oklejaniu samochodów. Usłyszałem, ile to kosztuje, i stwierdziłem, że można dobrze na tym zarobić, więc zadzwoniłem do Grześka i przedstawiłem mu ten pomysł. Kupiłem trochę folii, jakieś podstawowe narzędzia… Odkręciliśmy zderzak od jego laguny, położyliśmy na stole w jadalni i zaczęliśmy go oklejać, ucząc się z tutoriali na YouTubie. Przez pół roku łączyliśmy oklejanie z naszymi dotychczasowymi zajęciami, ale w końcu je rzuciliśmy. Nawet nie dlatego, że tak super nam się zarabiało – to po prostu było dużo ciekawsze i bardziej emocjonujące.

Na czym konkretnie polega wasza działalność w ramach „Odjazdowych bryk braci Collins”?

Zajmujemy się tym, żeby fajnie nagrać program, żeby dobrze się to później oglądało. Robimy, co możemy, żeby wszystkie oddziały naszej firmy generowały tę samą jakość. A konkretnie – różne modyfikacje, nie tylko oklejanie, ale też plasti dip, szeroko pojęty detailing, pranie tapicerki, przyciemnianie szyb, montaż body kitów… Generalnie wszelakie wizualne modyfikacje samochodów. W silnikach nie grzebiemy – nie jesteśmy mechanikami.

Co daje największą frajdę w takim biznesie?

Fajna jest możliwość pojeżdżenia różnymi autami – tak jak w przypadku wspomnianego veyrona – jeśli przyprowadzają je do nas zaprzyjaźnieni klienci. Ale to tylko dodatek. Niesamowitą radość sprawiają inne rzeczy. Na przykład kilka miesięcy temu zajęliśmy się upiększeniem oddziału chirurgii dziecięcej w szpitalu w naszej rodzinnej Legnicy – nic specjalnie trudnego, zwykłe naklejki. Wszystkie akcje charytatywne, które realizujemy w ramach Fundacji Braci Collins, dają satysfakcję – niedawno wyremontowaliśmy mieszkanie byłej więźniarce obozu Auschwitz. Gdy przyjeżdża do nas veyron albo inne lambo… Spoko sprawa, ale robię je od 10 lat, takie auta już tak mnie nie jarają jak kiedyś.

Wyszliście ze swoją działalnością daleko poza samochody. Co będzie można zobaczyć w kolejnej serii „Odjazdowych bryk braci Collins”?

Między innymi helikopter, ale też mały jachcik… Dookoła tego dzieją się różne śmieszne przygody, trochę się powydurnialiśmy z chłopakami.

Co się tuninguje trudniej – jacht czy samochód?

Jacht jest zdecydowanie łatwiejszy. Inna sprawa to helikopter – jakiś czas temu zgłosił się do nas klient z projektem, którego nikt w Polsce nie chciał się podjąć. Praca wymagała cięcia na lakierze, a mówimy o zupełnie nowym śmigłowcu prosto z fabryki. Mamy jednak doświadczenie i swoje sposoby, bo w przeszłości robiliśmy kilka helikopterów, więc daliśmy radę.

Jakie projekty były najbardziej wymagające i najtrudniejsze do realizacji?

Najtrudniejsze są zawsze auta klasyczne, te starsze. Jak chociażby ten rolls-royce, który tu stoi [Rafał wskazuje na samochód wspomniany we wstępie – przyp. red.], chłopaki męczą się z nim już chyba drugi tydzień – i to żeby w ogóle przygotować go do właściwego zabiegu. Ze starymi samochodami nigdy nie wiadomo – na przykład wyciąganie lampy, które w normalnym aucie trwa 30 sekund, tu może zająć cztery godziny. Śruby nie chcą się wykręcić, więc trzeba je rozwiercać, stare kable się łamią… Nie lubimy robić „klasyków”, ten rolls jest wyjątkiem – zresztą też pojawi się w programie. Najlepiej czujemy się w tuningowaniu nowych samochodów. Idziemy na łatwiznę – wolimy zrobić ferrari niż poloneza (śmiech). Bo to naprawdę jest łatwiejsze!

Bracia CollinsBracia Collins FiIip Klimaszewski

Czy są samochody, których modyfikacji byście się nie podjęli?

Passata byśmy nie zrobili. I teraz powiem tylko za siebie – denerwuje mnie, gdy widzę stuningowanego passata. Nawet nie dlatego, że ktoś sam sobie go stuningował, bo rozumiem, że każdy kiedyś stawiał pierwsze kroki. Ale kiedy widzę 40-letniego faceta w passacie, który ma LED-y i jakieś inne bajery… Tak sobie myślę – gościu, wydałeś 10-15 tys. zł na tuning passata, a mogłeś za te pieniądze zabrać rodzinę na wakacje. Każdy samochód służy do czegoś innego – dostawczak do przewożenia rzeczy, kombi do jazdy rodzinnej, a sportowy kabriolet do tuningu. Nie możesz mieć łazienki w kuchni – tak samo głośny wydech w passacie jest bez sensu.

Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby coś u was zrobić?

Niewiele. Już za kilkaset złotych można coś zmienić w wyglądzie samochodu. Na przykład zdjąć wszystkie elementy chromowane i przerobić je na czarny połysk. Można okleić dach i lusterka na czarno – to kosztuje u nas 400 zł, a już zmienia wygląd auta i się fajnie komponuje. Można przyciemnić szyby, wypolerować lakier i w ten sposób nadać mu świeżości, możemy wyprać ci cały środek i ogólnie zająć się samochodem w taki sposób, że będzie sprawiał wrażenie nowego z fabryki. Będziesz zadowolony i będziesz miał wrażenie dobrze wydanych pieniędzy.

Dolna granica to kilkaset złotych. A górna?

Górnej nie ma. Są klienci, którzy mają bardzo wybujałą wyobraźnię. Gdy siadamy i zaczynamy dyskutować o projekcie, to czasami kończy się to na naprawdę absurdalnie wysokich kwotach. Ale jeśli ktoś sobie życzy… My jesteśmy tu po to, żeby spełniać życzenia klientów – zarówno tych sławnych i bogatych, jak i tych mniej wymagających.

Częściej ludzie przychodzą do was z własną wizją czy raczej zdają się na was?

Około 9 na 10 klientów to ci, którzy przychodzą do nas i pytają, co można zrobić. Rzadko jest tak, że ktoś ma swoją własną, konkretną wizję i oczekuje jedynie jej realizacji. Zdarzają się też sytuacje, w których odmawiamy klientom i nie robimy tego, czego chcą.

Co to na przykład może być?

Jakieś tribale na całą maskę… Ogólnie projekty, które mogą zepsuć nam reputację. Takie pomysły wyjęte żywcem z gry „Need for Speed: Underground”.

Jacy klienci są najtrudniejsi?

Polacy. Bo są bardzo wymagający. Wynika to z zarobków – żeby w Polsce kupić Ferrari, trzeba na nie pracować ciężej i dłużej niż w Anglii. Jeśli ktoś u nas odkłada na wymarzone auto, to wie o nim wszystko – zna każdą jego wersję i każdy detal. I gdy przychodzi do nas, to najczęściej doskonale wie, czego chce. Jeśli chce folię, to od razu mówi jakiego producenta i jaki model. On nie dzwoni i nie mówi: „Ja chcę fajnie okleić auto”. Polscy klienci to perfekcjoniści, których trudno zadowolić.

Nie wszystkim podoba się to, co robicie…

Fakt, nieprzychylnych komentarzy nie brakuje, ale cóż, w takim żyjemy kraju. Też nad tym ubolewam i nawet nie chodzi o to, że podchodzę do tego personalnie, tylko smutne jest to, jak bardzo może kogoś kłuć w oczy czyjś sukces lub to, że dobrze się komuś powodzi. A ten ktoś ciężko na to pracuje.

W którym miejscu przebiega granica pomiędzy dobrym a wiejskim tuningiem?

Na pewno ta granica jest bardzo cienka. To zależy od kraju – co innego podoba się w Polsce, a co innego w Anglii, a jeszcze co innego w Niemczech. To zresztą kwestia mody, która przychodzi i odchodzi – kiedyś popularne były neony pod samochodem, potem zaczęto je uważać za wieśniackie, a teraz znów wracają.

Gdybyś miał wymienić pięć waszych najciekawszych projektów – to które by to były?

Na pewno mustang Popka, w którym pocięliśmy maskę siekierą na wzór jego skaryfikacji na twarzy. Pagani huayra, którą zrobiliśmy na niebiesko z włoską flagą – później David Beckham wiózł tym samochodem królową Elżbietę II. Dla prezentera „Top Gear” Rory’ego Reida, który zresztą jest naszym dobrym kumplem, przerobiliśmy auto marki Rover – zainstalowaliśmy na dachu toaletę, a na podłodze płytki, to był śmieszny projekt. Dwa miesiące robiliśmy karetkę dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – to rekord w historii firmy. Piąty to ta S-klasa, która stoi przed wejściem – bardzo nam się udała. Trudno wybrać, bo było tego mnóstwo – od początku firmy można to liczyć w tysiącach.

Zobacz także
  • Sony PlayStation Classic PlayStation Classic - jak retro konsola sprawdza się w akcji?
  • Nowe BMW serii 8 Coupé Nowe szaty króla | BMW serii 8 Coupé
  • Jak przejść na ty ze współpracownikami Najlepsze sposoby przechodzenia na ty
Komentarze (3)
"Denerwuje mnie, gdy widzę stuningowanego passata" - wywiad z Rafałem Collinsem
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: Ronnie

    0

    A mnie denerwuje gdy ktos sie wp...a w nie swoje sprawy - ocen najpierw swoje podworko. Twoj Passat ? No wlasnie nie, wiec i nic Ci do tego. Zajmij sie swoim cyrkiem. BTW: jesli nie widziales nigdy lazienki w kuchni, to jeszcze malo w zyciu widziales...

  • avatar

    Gość: Alan

    Oceniono 1 raz -1

    A co powiecie o RS6? Rodzinne kombi jak kibel w kuchni? Jeżeli kabriolet jest do tuningowania, to z jakiej racji tuningujecie limuzyny, suv-y? Słyszeliście może o Passacie W8? Litości! Znawcy tuningu haha 😂😂😂 dobry tuner z każdego pojazdu zrobi świetny projekt. Pozdrawiam

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy