Dom na kołach | VW California

Luksusowy jacht na kołach. California Ocean kosztuje niemało, ale jak wygląda!

Luksusowy jacht na kołach. California Ocean kosztuje niemało, ale jak wygląda! (fot. Krzysztof Grabek)

A gdyby tak sprzedać mieszkanie, spakować kilka najpotrzebniejszych rzeczy do vana i wyjechać w nieznane? Taka myśl kołacze mi się w głowie po 2 tygodniach spędzonych w Volkswagenie California.

California pojawiła się na rynku w 1988 r. T6 to już jej czwarta generacja.California pojawiła się na rynku w 1988 r. T6 to już jej czwarta generacja. fot. Volkswagen

California w pigułce:

- 30 lat produkcji
- 4 generacje
- 4 miejsca
- 2 "sypialnie"
- aneks kuchenny
- cena od 156 695 zł

Wiedziałem tylko, że w tym roku na urlop wybiorę się samochodem. W zasadzie można by powiedzieć, że domem, bo złoto-biały volkswagen california pomalowany tak na cześć pierwowzoru – zbudowanego na podzespołach Garbusa Transportera T1 z 1950 r. – miał stać się moim mieszkaniem na najbliższe 14 nocy. Pierwszą spędziliśmy w krakowskim mieszkaniu, bo do mobilnej sypialni podchodziliśmy z pewną dozą nieufności. Obawy wzbudzał zwłaszcza komfort snu – przecież to samochód! Wiadomo, nie takie rzeczy robiło się jeszcze kilka lat temu, kiedy idealnym miejscem noclegu wydawała się podstarzała, 3-drzwiowa corolla. Ale teraz czekało nas tych noclegów 14. Californio, przepraszam. Jeszcze zdążymy ci zaufać.

Z Krakowa wyruszamy po godz. 14:00, bo nie wypaliła wczesna pobudka. Ostatnie tankowanie w kraju i na najbliższe 80 l ropy (sic!) żegnamy się ze stacjami paliw. Komputer pokładowy prognozuje zasięg na poziomie niemal 1000 km, a to naprawdę przyjemny widok, bo nie trzeba tak często robić postojów. Choć objuczony biwakowym rynsztunkiem samochód waży prawie 2,4 t, to przy rozsądnej jeździe spalanie nie przekracza 8,6 l/100 km. I jak tu nie lubić diesli?

Kilometry pokonane za kierownicą kamperovana z automatem mijają dość szybko i niezobowiązująco. Samochód przyspiesza, ma dobrą elastyczność (przydatne przy wyprzedzaniu!), jest komfortowy, choć wciąż da się w nim wyczuć dostawczy rodowód – California została zbudowana na bazie Multivana, a to tak naprawdę lepiej wykończona, osobowa wersja upatrzonego przez ekipy remontowe Transportera.

Nocleg w okolicy Matery. Za jedyne 10 euro!Nocleg w okolicy Matery. Za jedyne 10 euro! fot. Krzysztof Grabek

Na początku dziwny może się wydawać sposób, w jaki auto skręca, ale winna jest temu wyłącznie perspektywa – kierowca i pasażer z przodu siedzą prawie nad przednią osią, blisko krawędzi krótkiej maski. Długą na niemal 5 metrów Californią manewruje się tak samo łatwo jak klasycznym autem kompaktowym. Trzeba tylko pamiętać, by trochę później zacząć skręcać, żeby nie skosić bokiem przeszkody. Wysoka pozycja za kierownicą, ogromne szyby i niemałe lusterka boczne zapewniają świetną widoczność, choć przy cofaniu mogą przeszkadzać szafka i garderoba (!) umieszczone przy lewym tylnym słupku. Tak, takich problemów nie ma w tradycyjnych autach. W sukurs przychodzi kamera zamontowana nad rejestracją na ogromnej i ciężkiej klapie bagażnika (szkoda, że nie jest elektryczna!).

Dochodzi północ, a ja i mój kierowca zmiennik czujemy się już zbyt zmęczeni, by ryzykować dalszą jazdę. Senność dopadła nas w Austrii. Zjeżdżamy na rastplatz (tutejszy odpowiednik MOP-ów) i próbujemy rozłożyć dach. W tym celu trzeba skorzystać z pokrętła na konsoli pod sufitem. Bez instrukcji się jednak nie obejdzie, chyba że władacie językiem niemieckim na tyle, by znaleźć opcję „Zarządzanie dachem”, a potem wybrać „Otwórz”. Nie uruchamiałem stopera, ale po 30 sekundach na dachu californii wyrósł pokaźny namiot. OK, może i ten z Decathlonu wystarczy wyrzucić w powietrze, ale nie ma co liczyć w nim na ogrzewanie postojowe. Na pewno próbowaliście też potem taki namiot złożyć… Tu znów wystarczy kilka kliknięć i po sypialni na dachu nie ma śladu. California ma jeszcze jedną przewagę – nie trzeba zamęczać się pompowaniem materaców albo spać na niewygodnych, cienkich karimatach. Kto wybiera namiot?

O 5:00 rano nieplanowana pobudka. Większość tirowców wyrusza wtedy w dalszą trasę, o czym powiadomiły nas dźwięki ociężale budzących się do pracy potężnych diesli. Płachty namiotu to jednak wciąż tylko kawałek materiału, dlatego o pełnej izolacji od świata zewnętrznego nie ma mowy. Co innego na dole – tam „puszka” tłumi dźwięki do pewnego stopnia, jak każdy inny samochód. Inaczej sprawa ma się z wentylacją. Na górze jest lepsza, bo po bokach można rozsunąć materiał, tworząc okna, na dole ciężko o taki przewiew – musi wystarczyć przesuwny lufcik z moskitierą.

Transformacja osobowego vana w sypialnię lub kuchnię (na zdjęciu) zajmuje mniej niż 10 minut.Transformacja osobowego vana w sypialnię lub kuchnię (na zdjęciu) zajmuje mniej niż 10 minut. fot. Krzysztof Grabek

Następnego dnia za punkt honoru postawiliśmy sobie dotarcie do Włoch. Przed przekroczeniem granicy obowiązkowe tankowanie, bo Włosi zaraz po Norwegach i Belgach mają najdroższe paliwo w Europie – prawie 7 zł za litr ropy [red. stan na wrzesień 2018 r.]! Rysujące się za oknami Alpy rozbudziły nasze apetyty. Zjeżdżamy z autostrady i na postoju u podnóża okazałej góry przyrządzamy pierwszy obiad na włoskiej ziemi. Z produktów, które przywieźliśmy ze sobą z Polski (na regionalne specjały przyjdzie pora). Nie było problemu, żeby je zabrać, bo California ma mnóstwo półek, szuflad i skrytek, a także, co nieocenione, gdy nie jedzie się na urlop na mroźną Północ, lodówkę – taki kempingowy bajer, ale dzięki dodatkowemu akumulatorowi chłodzi non stop, nawet gdy silnik jest wyłączony. W każdej chwili można też podładować telefon/aparat z płaskiego gniazda albo skorzystać z LED-owego oświetlenia wnętrza. A muszę przyznać, że inżynierowie Volks-wagena doświetlili auto lepiej niż ja swoje mieszkanie.

Włochy to, niestety, głównie płatne autostrady. Lokalne drogi zapewniają lepsze doznania wzrokowe, ale też znacznie wydłużają czas przejazdu. Zjeżdżamy wschodnim wybrzeżem aż do znajdującego się na włoskim obcasie Lecce uchodzącego za Florencję Południa, zahaczając wcześniej o Castel del Monte – zbudowany na planie ośmiokąta foremnego zamek będący jednym z najdoskonalszych dzieł architektonicznych średniowiecza. Na stałym lądzie zaliczamy jeszcze Materę – miasto wykute w skale, w którym Mel Gibson kręcił „Pasję”, a na koniec malowniczą, choć zapchaną turystami krainę domków trulli w Alberobello.

Do portu w Villa San Giovanni wjeżdżamy prosto z bezpłatnej (o dziwo!) autostrady A3. Kupując bilety na prom, odkryliśmy niespodziewanie największą zaletę kempingowego Volkswagena. California jest trochę jak kameleon i w zależności od sytuacji przybiera inną barwę – raz może być kamperem, innym razem vanem, a jeszcze innym przerośniętą osobówką. Ze złożonym dachem wygląda jak zwykły Multivan – kempingowe przeznaczenie auta zdradza tylko „przytroczona” z lewego boku obudowa na zwiniętą markizę. Pan w okienku policzył nas jak za auto osobowe, a przy bilecie w dwie strony to 26 euro w kieszeni. Californią można też wjechać w miejsca, które dla tradycyjnych kamperów są niedostępne.

Volkswagen California to dziś symbol wolności na czterech kołach.Volkswagen California to dziś symbol wolności na czterech kołach. fot. Krzysztof Grabek

Trasa promu to tylko 8,4 km, ale przeprawienie się przez Cieśninę Mesyńską zajmuje 30-50 minut w zależności od przewoźnika. Mesyna kusi zabytkowymi, lecz obdrapanymi budynkami poprzecinanymi bujną zielenią. Nas wzywa jednak przygoda, zjeżdżamy więc na południe do Giardini Naxos, gdzie rozbijamy obozowisko przy plaży z widokiem na największy aktywny wulkan w Europie – Etnę. Jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy, że czerwona wstęga w oddali, na którą spoglądamy przy obiedzie, to wcale nie ostrzegawcze światła dla samolotów, ale niespiesznie wyciekająca z jednego z ponad 270 pobocznych kraterów Etny lawa. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero następnego dnia, gdy przewodnik wskazał nam na wysokości 2950 m n.p.m. jeszcze stygnące skały wulkaniczne i oznajmił: „O, a to wypluł wczoraj wulkan podczas nocnej erupcji”. Wrażenie niesamowite, gdy człowiek połączy fakty, a potem uświadomi sobie, jak beznamiętnego tonu użył przewodnik. Ale on nie jest na Sycylii od (przed)wczoraj, żeby ekscytować się jakąś tam erupcją.

Po zajrzeniu w krater Etny w zasadzie mogłem już wracać, bo wyjazd był dla mnie kompletny. Syrakuzy? Noto? Caltagirone? Wszystkie te miejsca były wspaniałe, ale już nic mnie tak nie zachwyciło jak wyłaniające się z oparów nieczynne kratery i wulkaniczny przekładaniec z szarych i zabarwionych na czerwono (zasługa żelaza) lub żółto (zasługa siarki) skał magmowych. Jeśli wybieracie się na Sycylię, lepiej zos-tawcie sobie Etnę na koniec.

HISTORIA:

Volkswagen California zadebiutował w 1988 r. jako produkt opracowany przez zewnętrzną firmę Westfalia. Od 2004 r. Volkswagen buduje kamperovany samodzielnie. California zmieniła oblicze karawaningu, udowadniając, że do komfortowego życia nie potrzeba wcale wielkiego kampera ani ogromnej przyczepy. To symbol wolności na czterech kołach zapoczątkowanej w 1950 r. przez tzw. ogórka, czyli Transportera T1. Do obecnej, czwartej już generacji (T6) dołączyła niedawno Grand California, czyli większa kempingowa siostra stworzona na bazie produkowanego w Polsce Volkswagena Craftera.

Zobacz także
  • Widok na placu Dżami al-Fana Top 10 atrakcji: Marrakesz
  • Miasteczko Sambuca di Sicilia Dom na Sycylii za 1 euro. Władze kolejnego miasta walczą o mieszkańców
  • Ważne jest to, żeby samemu zastanowić się nad tym, dokąd zmierzamy, a gdzie chcemy się znaleźć W czym by się tu podszkolić? Kilka słów o studiach podyplomowych

Polecamy