Co mówią tablice rejestracyjne?

Samochód zabytkowy, a więc na żółtych blachach, badanie techniczne przechodzi tylko raz (do momentu - odpukać - uczestniczenia w kolizji). Aut zagranicznych nie trzeba dostosowywać do polskich wymogów.

Samochód zabytkowy, a więc na żółtych blachach, badanie techniczne przechodzi tylko raz (do momentu - odpukać - uczestniczenia w kolizji). Aut zagranicznych nie trzeba dostosowywać do polskich wymogów. (Shutterstock)

Niby tylko kawałek blachy z kilkoma literami i cyframi, a może nam dużo powiedzieć nie tylko o aucie, ale i o człowieku. W Moskwie określa status samochodu, w Dubaju jest wyznacznikiem bogactwa, a w Polsce.

Obowiązek montażu tablic rejestracyjnych pojawił się w naszym kraju dopiero w 1922 r., czyli prawie 30 lat po tym, jak wprowadzili je Francuzi i Amerykanie. Obecnie w Polsce mamy kilka rodzajów blach – najczęściej spotykane są oczywiście te klasyczne białe z dwiema lub trzema literami na początku (pierwsza oznacza województwo, kolejna lub dwie kolejne powiat) oraz ciągiem liter i cyfr. Wyjątkiem jest tu Warszawa, gdzie z tablicy możemy odczytać też, w jakiej dzielnicy zarejestrowane jest auto – wskazuje na to druga litera po W lub ostatnia, jeśli początek to WW, czyli np. WUxxxxx to Ochota, a WWxxxxW – Wilanów.

Kolejne dwa rodzaje to tablice tymczasowe i – niemal bliźniaczo do nich podobne – badawcze. Obie od standardowych odróżnia jedynie czerwona czcionka. Tymczasowe blachy wydaje się na 30 dni (można przedłużyć o 14). Najczęściej potrzebne są, by sprowadzonym z zagranicy autem pojechać na badanie techniczne. Tablice badawcze są dla pojazdów testowych – takie auto musi dodatkowo mieć z przodu i z tyłu czerwone tabliczki z napisem „Jazda próbna”.

Dla kogo żółte blachy?

Do zupełnie innej kategorii zaliczają się charakterystyczne żółte tablice z symbolem starego automobilu, przeznaczone dla aut zabytkowych. Ich posiadanie wiąże się z kilkoma przywilejami – oprócz prestiżu (maluch na żółtych tablicach to już youngtimer, a nie stary grat) zyskujemy też możliwość nabycia taniego OC i to tylko na wybrane miesiące, np. tylko na czas, kiedy udajemy się na zlot podobnych freaków jak my.

Jednak otrzymanie żółtych blach wcale nie jest takie proste. Nie wystarczy, by nasz samochód miał ponad 25 lat, a produkcja tego modelu została zakończona co najmniej 15 lat temu. Auto musi być w przynajmniej 75 proc. złożone z oryginalnych części i podzespołów. Ocenia to certyfikowany rzeczoznawca, za którego opinię zapłacimy od 300 do nawet 800 zł.

Kryterium wieku możemy obejść tylko w dwóch przypadkach – modelu wyprodukowanego w bardzo krótkiej serii, który charakteryzuje się unikalnymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi, lub w przypadku auta należącego kiedyś do znanej osobistości albo związanego z jakimiś istotnymi wydarzeniami historycznymi.

Tak czy inaczej w kolejnym etapie musimy odwiedzić wojewódzkiego konserwatora zabytków, który wyda zaświadczenie i wpisze nasz pojazd do wojewódzkiej ewidencji zabytków. Dopiero z tym dokumentem udajemy się do okręgowej stacji kontroli pojazdów na badanie techniczne (inne niż standardowe), za które zapłacimy 200 zł. I z kompletem papierów idziemy do urzędu, gdzie zostanie nam wydana specjalna tablica rejestracyjna.

Osobną grupą są tablice służb bezpieczeństwa i wojskowe. Te pierwsze zaczynają się od litery H (np. HBxxxx to Służba Ochrony Państwa), te drugie od U. W wojsku rejestracje mają nie tylko samochody, ale wszystkie pojazdy, i tak UAxxxxT to czołg, a UHxxxxT – działo samobieżne, gdyby ktoś miał problemy z rozróżnieniem po wyglądzie.

I na koniec mamy blachy niebieskie – stosunkowo rzadko spotykane, bo wydawane tylko dla pojazdów należących do ambasad i konsulatów. Co ciekawe, wszystkie auta, bez względu na to, w którym mieście znajduje się placówka, zarejestrowane są w Warszawie. Poza literką „W” tablice składają się z ciągu sześciu cyfr – pierwsze trzy pokazują państwo pochodzenia dyplomaty lub instytucję, dla której pracuje (np. 001 to USA, 067 – Czechy, a 056 – Bank Światowy), a pozostałe – przeznaczenie samego auta. Przykładowo ambasadorzy wożeni są samochodami z rejestracjami kończącymi się na 801, a numerami od 001 do 099 oznaczane zostały pojazdy prywatne personelu dyplomatycznego.

Tablicę ministra kupię!

Auta z konsularnymi blachami rzadko nękane są policyjnymi kontrolami, bo paszport dyplomatyczny daje kierowcy immunitet zarówno w przypadku banalnych wykroczeń (np. parkowanie w niedozwolonym miejscu), jak i znacznie poważniejszych – nawet jazdy pod wpływem alkoholu. Dlatego tablice dające podobne przywileje w niektórych krajach są prawdziwym obiektem pożądania. Chociażby w Rosji, gdzie wcale nie trzeba być dyplomatą, aby zdobyć rejestrację, dzięki której na drodze można więcej. Rosyjscy policjanci wiedzą, że zatrzymanie limuzyny z tablicą zaczynającą się na AO 077 (urzędnicy Kremla), AAA99 (służby specjalne) czy SSS77 (ministerstwo komunikacji) może skończyć się dla nich ostrą reprymendą, a nawet degradacją. Dlatego takie tablice są szczególnie cenione przez nowobogackich Rosjan, którzy chętnie sięgają głęboko do portfela, aby je dostać.

Według nieoficjalnego cennika „załatwienie” blach Urzędu Celnego kosztuje równowartość ok. 3 tys. amerykańskich dolarów, a za coś bardziej szpanerskiego (np. rejestrację służb specjalnych) trzeba zapłacić ponad cztery.

Są też tacy, który chcą wyróżnić się jeszcze bardziej – i to bez żadnych idących za tym przywilejów. Chyba dla takiej grupy kierowców wymyślono tablice spersonalizowane, obecne także w Polsce. Za niewiele ponad 1100 zł można stworzyć swoją indywidualną rejestrację – numer składa się z litery i cyfry oznaczających województwo oraz dowolnych trzech do pięciu liter, z czego maksymalnie dwie ostatnie mogą być zastąpione cyframi. Z tej możliwości skorzystali właściciele blach „G0 HOME” czy „W1 MISI0”. Treść tablicy nie może też być obraźliwa ani wulgarna, ale to oceniają urzędnicy, którzy niekiedy okazują się dość pobłażliwi, więc zdarzają się żartownisie zamawiający blachy „S1 CHWDP”, „L0 VE69”, czy… „D0 BUZI” (pozdrawiamy Wrocław!).

Numer za miliony

Jak widać, urzędnicy dosyć liberalnie podchodzą do pomysłowości polskich kierowców, ale za granicą zbyt kontrowersyjne pomysły nie przechodzą. W kanadyjskiej Nowej Szkocji nawet odmówiono jednemu z mieszkańców wyrobienia tablicy ze swoim nazwiskiem. Powód? Według urzędników z Halifaksu byłoby ono „społecznie nieakceptowane”, bo mężczyzna miał na nazwisko Grabher, co oznacza „Łap ją”. Z kolei w arabskim emiracie Szardża jednemu z kierowców nie pozwolono wyrobić tablicy z cyframi 666.

Co ciekawe, to właśnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich z możliwości nabywania personalizowanych rejestracji uczyniono doskonale funkcjonującą maszynkę do robienia pieniędzy. Jak? Za pomocą licytacji. W 2016 r. padł rekord i niejaki Arif Ahmad Al Zarouni za blachę z numerem 1 zapłacił prawie 5 mln dolarów! To nawet więcej niż za auto, do którego tablica została przypisana, choć i to nie zalicza się do tanich modeli, bowiem mowa o pagani huayrze. – Cena nie miała żadnego znaczenia – powiedział szczęśliwy nabywca…

Ta tablica nr 1 (z I na przedzie) kosztowała właściciela 2,3 mln dol., inny za tablicę 'D0 BUZI'. nr 1 (z 3 na przedzie) zapłacił 4,9 mln. W Emiratach każda jedynka jest na wagę złota.Ta tablica nr 1 (z I na przedzie) kosztowała właściciela 2,3 mln dol., inny za tablicę 'D0 BUZI'. nr 1 (z 3 na przedzie) zapłacił 4,9 mln. W Emiratach każda jedynka jest na wagę złota. Shutterstock

O wyjątkowość tablic rejestracyjnych w niektórych krajach dbają same urzędy. W USA każdy ze stanów opracował swój unikalny wzór – Floryda chwali się grafiką pomarańczy i napisem „Sunshine State”, Illinois wizerunkiem pochodzącego stamtąd Abrahama Lincolna, a Arizona przypomina, że to tam znajduje się Wielki Kanion rzeki Kolorado. Ale nawet za oceanem znajdziemy tablice z serii „przeciętne cele w życiu” – na rejestracjach z Idaho widnieje dumny napis: „Famous potatoes”. Może to jakiś pomysł dla Wielkopolski?

Mało kto wie...

...ale za Odrą z myślą o tablicach rejestracyjnych wymyślono specjalną czcionkę. Faelschungserschwerende Schrift charakteryzuje się nieregularnym kształtem liter, dzięki czemu trudno je sfałszować za pomocą doklejania lub zamalowywania poszczególnych elementów – niemożliwe jest np. przerobienie I na T czy F na E. Czcionkę sprawdzono w latach 70., kiedy RFN wstrząsały zamachy terrorystyczne Frakcji Czerwonej Armii, której członkowie często posługiwali się autami z podrobionymi numerami. Poniżej przykad przeróbki PBF na R3E. Na górze i na dole napisy oryginalną czcionką.

Czcionka Faelschungserschwerende SchriftCzcionka Faelschungserschwerende Schrift materiały prasowe

Zobacz także
  • Unold 58915, 48040 i Sam Cook PSC-20, PSC-30 Zdrowe gotowanie z nowoczesnym AGD
  • Tysiąc dolarów za obejrzenie wszystkich filmów Marvela
  • Miasto staje się smart Miasto staje się smart

Polecamy