Czy da się pojechać w trasę elektrykiem?

"Odważnie!" - Tak większość osób kwitowała mój zamiar dotarcia samochodem elektrycznym z Warszawy do innego miasta. A ja, na przekór niedowiarkom, zrobiłem to już dwukrotnie. I przekonałem się, że w jednym mieli rację - to wymaga cierpliwości.

Najpopularniejsza wśród dziennikarzy trasa do testowania aut z napędem elektrycznym to odcinek autostrady A2 łączący Warszawę z Łodzią. Nieco ponad 130 km to bezpieczny dystans, który powinno pokonać każde auto – nawet zasilane prądem, choć przykładowo zasięg Smarta EQ Fortwo z niewielkim akumulatorem (17,6 kWh) pozostawia w sprzyjających warunkach zaledwie 30-kilometrowy zapas.

Wycieczka autem elektrycznym do Łodzi mogła imponować 10 lat temu, gdy na światowych rynkach debiutowało pokraczne i horrendalnie drogie Mitsubishi i-Miev (za te same pieniądze można było kupić najbogatszą wersję Passata). Od tego czasu technologia pogalopowała naprzód, akumulatory stały się pojemniejsze i wydajniejsze, deklarowane przez producentów zasięgi elektryków zbliżyły się do poziomu konwencjonalnych aut spalinowych, a to sprawiło, że o samochodach elektrycznych zaczęto myśleć już nie tylko w kontekście środka transportu do miasta.

Hyundai Kona ElectricHyundai Kona Electric fot. Hyundai

„Samochodem elektrycznym w trasę?! Dobre sobie!” – myślałem na prezentacjach prasowych, gdy kolejni producenci zapewniali mnie, że bez trudu dojadę ich autem nad morze lub w góry. Aż w końcu stwierdziłem, że ten ich tupet musi być czymś poparty, a jeśli stanę rozładowany na poboczu, to na pewno wyślą po mnie lawetę, żeby jak najmniej osób było świadkami wielkiego blamażu napędu elektrycznego. Niech będzie! Nie mam nic do stracenia – no, może poza honorem uciekającym z każdym mignięciem świateł awaryjnych. To w drogę!

Trasa 1: Nowy Dwór Maz. - Nasiłów - Lublin

Jeśli nie Łódź, to może oddalony o 180 km od Warszawy Lublin? Też blisko, ale do pomysłu wyrwania elektryka z jego naturalnego habitatu – miasta – podchodziłem z dużą rezerwą, więc wolałem nie ryzykować. Zwłaszcza że wyruszałem spod Nowego Dworu Mazowieckiego (dodatkowe 30 km), a po drodze musiałem wstąpić do Nasiłowa koło Janowca po… oliwnik. Krzew w samochodzie elektrycznym! Bardziej eko już się nie da. Poważnie.

Wyświetlacz pokazuje 100%, a to oznacza, że auto jest już gotowe do drogi. Prognozowany zasięg? Aż 300 km! Odłączam kabel, chowam go z kilkoma innymi rzeczami do bagażnika niebieskiego ZOE i z duszą na ramieniu wyjeżdżam z bramy, starając się nie dotykać pedału przyspieszenia, wszak teraz każde muśnięcie go może być dla mnie zgubne. Perspektywa utknięcia bez prądu na poboczu motywuje mnie do eko jazdy.

Wtyczkę ukryto pod ogromnym znaczkiem Renault z przodu samochoduWtyczkę ukryto pod ogromnym znaczkiem Renault z przodu samochodu fot. Krzysztof Grabek

Pierwsze kilometry są ekscytujące, bo mam poczucie misji – dojechać. Toczę się w absolutnej ciszy (nie licząc szumu opon), staram się przewidywać, gdzie może zatrzymać mnie „czerwone” i odpuszczać z wyprzedzeniem gaz, a na trasie ekspresowej nawet nie zbliżam się do ograniczenia prędkości. W trybie Eco wyprzedzają mnie wszyscy poza traktorzystami i budowlańcami w koparkach. Nawet pies biegnący poboczem wydaje się mnie doganiać, choć jadę przecież 80 km/h. To wciąż mniej od tira, który podjechał pod tylny zderzak malutkiego, bezemisyjnego renault, próbując mnie w ten sposób popędzić. Prędkość maksymalna ZOE pozwoliłaby mi przed nim uciec, ale razem z tirem zostawiłbym za sobą marzenia o dotarciu do celu – powyżej 100 km/h znika średnio kilometr zasięgu na sekundę!

Wreszcie mijam tabliczkę z nazwą miejscowości – Lublin. Jeszcze nigdy się tak nie cieszyłem, że udało mi się osiągnąć cel podróży. Uśmiech z mojej twarzy zszedł w jednej chwili, gdy po podłączeniu ZOE do ładowania zobaczyłem na wyświetlaczu prognozowany czas „karmienia” – prawie 20 godzin! Kto ma go aż tyle? Odpalam więc w telefonie aplikację PlugShare, by sprawdzić publiczne stacje szybkiego ładowania. W Lublinie były wówczas tylko dwie – pod Ikeą i w Tarasach Zamkowych, do których się skierowałem. Pozostały czas ładowania? Dwie godziny trzydzieści pięć minut. I tak to powinno wyglądać od początku!

Trasa 2: Warszawa - Kraków

Kona Electric pozwala poczuć się prestiżowo, choć w zasadzie to zwykły koreański crossover. Prestiż wynika tu z ekskluzywności – Kony wciąż nie ma w oficjalnej sprzedaży w Polsce [artykuł był pisany do lutowego numeru papierowej wersji "Logo" - przyp. red.]. Zainteresowani zakupem (a kilku takich zaczepiło mnie na stacjach ładowania) są odsyłani z kwitkiem – „wkrótce w sprzedaży”.

A jest na co czekać, bo Hyundai obiecuje maksymalny zasięg na poziomie 470 km! Czas więc zapuścić się gdzieś dalej niż ZOE i to zweryfikować. Mój wybór padł na Kraków, ponieważ chciałem wczuć się w rolę przedstawiciela handlowego kursującego między dwoma największymi miastami w Polsce. Ostatnia szybka ładowarka w stolicy (umownie) znajduje się pod CH Janki, gdzie zatrzymuję się na dwie godziny, by uzupełnić poziom energii do 100%.

Szybkie ładowanie zajmuje 2-4 godziny. Z domowego gniazdka nawet ponad 20 godzin...Szybkie ładowanie zajmuje 2-4 godziny. Z domowego gniazdka nawet ponad 20 godzin... fot. Krzysztof Grabek

Odłączam Konę od prądu, załączam tryb Eco+, komputer pokładowy informuje mnie o 363 km zasięgu wyliczonego na podstawie zapamiętanego stylu jazdy kierowcy, aktualnych warunków atmosferycznych i poboru prądu z urządzeń. Bufor bezpieczeństwa jest duży, bo do przejechania mam już tylko 279 km. Jest zimno, więc włączam ogrzewanie i z miejsca żegnam 25 km zasięgu. Przerażony tym faktem rezygnuję z ciepła – zakładam kurtkę, naciągam czapkę i jadę dalej. Po 20 minutach temperatura w środku zaczyna wyrównywać się z tą na zewnątrz – nie mam wyjścia, więc niechętnie uruchamiam ogrzewanie, ustawiając je na niższą temperaturę niż zwykle (każde pół stopnia w dół to dodatkowe kilometry zasięgu!). Przycisk „Driver Only” na panelu klimatyzacji ogranicza użycie nawiewu, skupiając się na kierowcy i oszczędzając w ten sposób kolejne 5 km zasięgu. Na szczęście jadę sam, więc mogę z niego skorzystać.

Pamiętałem z poprzedniej podróży, że eko jazda zaowocowała dużym wzrostem zasięgu, więc teraz postanowiłem utrzymywać na trasie 90 km/h. Dwa razy puściły mi nerwy i wdepnąłem gaz, przyspieszając w ciszy do 130 km/h, żeby uciec przed popędzającymi mnie długimi światłami tirowcami. Zapomnieli, że mają jeszcze lewy pas? Poza tym elektryczną Koną jeździ się niemal tak samo jak zwykłym autem spalinowym. Jest komfortowo, dynamicznie (7,6 s do 100 km/h!) i bezpiecznie, a przy tym oszczędnie, bo w mieście samochody elektryczne stosują sztuczkę obcą autom spalinowym - potrafią „wyhodować” dodatkowy zasięg, odzyskując energię z hamowania. W Konie są cztery poziomy rekuperacji, które można ustawiać łopatkami za kierownicą.

Naprawdę dojechałem do Krakowa. Dowodem niech będzie pamiątkowe zdjęcie pod Galerią Bronowice.Naprawdę dojechałem do Krakowa. Dowodem niech będzie pamiątkowe zdjęcie pod Galerią Bronowice. fot. Krzysztof Grabek

Zatrzymuję się na stacji paliw (ach, przyzwyczajenia!) i kieruję się prosto do ekspedientki. Wtem do moich uszu dociera pytanie: „Który dystrybutor?”, a ja uśmiecham się pod nosem i mówię, że będzie tylko kawa i hot dog. Mimo wszystko do Krakowa dojeżdżam zrelaksowany. Dumę z wykonania misji pompuje dodatkowo pozostały zasięg – aż 96 km! Może wcale nie musiałem jechać tak oszczędnie? Sprawdziłem to w drodze powrotnej, zwiększając prędkość na drogach ekspresowych do 110-120 km/h. Efekt? Trochę wyższe zużycie energii, które spowodowało, że po dojeździe do stolicy zostało mi 45 km zasięgu mniej niż w Krakowie. To wciąż dobry wynik pozwalający na „normalne” korzystanie z samochodu, choć na wakacje trzeba wypożyczyć auto spalinowe, bo wciąż słabo rozwinięta infrastruktura i niekrótki czas ładowania dyskwalifikują auta elektryczne na naprawdę długich dystansach.

Pamiętaj:

1. Naładuj samochód do 100%.
2. Zabierz kable.
3. Włącz tryb Eco i jedź eko.
4. Nie stresuj się tirami.
5. Zapomnij o stacjach paliw.
6. Podłącz auto po przyjeździe.

Więcej o: