Kuba Przygoński | Najszybszy Polak

Miał zostać pływakiem, ale dziadek, Władysław Cygan, zaszczepił w nim pasję motoryzacyjną i przez to skończył na Dakarze. Najpierw w roli motocyklisty, później jako kierowca wyczynowego Mini. Teraz ściga się ze swoim rajdowym idolem z dzieciństwa.

Przywozisz z rajdów pamiątki?

Kuba Przygoński: Najczęściej puchary (śmiech). To dla mnie największa pamiątka. Raczej nie przywożę innych, typowo turystycznych suwenirów, bo na zawody jeżdżę z innymi zamiarami. Cel jest czysto sportowy, więc z założenia nawet ich nie szukam.

Czyli jak suwenir od ciebie, to tylko z Egiptu?

Z turystycznych podróży jak najbardziej. Ze służbowych, sportowych wyjazdów przywożę wspomnienia z nowych miejsc. Często te miejsca są niesamowite, bo rzadko zdarza się być np. w górach w Boliwii na wysokości 4700 m n.p.m. czy ścigać się w Patagonii w Argentynie. To wspaniałe doświadczenia, zwłaszcza że raczej nigdy bym tam nie dotarł prywatnie.

Pewnie męczyły cię już pytania o szanse w tegorocznej edycji Dakaru.

Takie przewidywanie jest trudne, bo tu dochodzi element szczęścia, który decyduje o tym, jak będą się układały zawody. To rajd, w którym oprócz trzymania odpowiedniej prędkości, wykwalifikowanej kadry mechaników, zespołu i przeróżnych parametrów technicznych liczy się też szczęście. Dakar tego wymaga i to może często przesądzić o wyniku.

Ten „parametr szczęścia” – ile to jest mniej więcej? 50%, może 30% wygranej?

Na pewno jest to dużo. Powiedziałbym, że 30-40%. I to jest nieprzyjemne, że bardzo dużo zależy od tego, czego nie da się przewidzieć ani przed trasą, ani nawet na niej. Przejeżdżając przez jakąś wydmę czy muldę, muszę dokonać wyboru, czy mijam ją po lewej, czy prawej stronie. Często podejmuję decyzje losowo, więc także losowo się zakopuję. To jest takie fifty-fifty.

A jak z twoją żoną? Bez problemu puszcza cię na najtrudniejszy rajd świata?

Dla mnie to jest pasja, ale po 22 latach to jest też już zawód. Co prawda taki, który uwielbiam, ale wymaga on ode mnie jednak bardzo dużych wyrzeczeń. Przede wszystkim jest czasochłonny – w zeszłym roku byłem poza domem na różnych zawodach przez 27 tygodni. Ale jest też niebezpieczny, choć cała moja rodzina odsapnęła, jak po szesnastu latach i sześciu Dakarach na motocyklu wsiadłem do samochodu. W aucie jest mimo wszystko bezpieczniej. Jest klatka i cała „puszka”, która chroni zawodników.

Kuba Przygoński w akcjiKuba Przygoński w akcji Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta

A nie czujesz, że sprzedałeś duszę diabłu, przesiadając się do auta?

Nie, bo po latach ścigania się na motocyklach i tak je dalej uwielbiam. Wywodzę się z jednośladów, ale to samochód dał mi możliwość dalszego rozwoju. Mam duże perspektywy i szanse, żeby stać się naprawdę superszybkim zawodnikiem. Staram się nie przywiązywać w życiu do jednej dziedziny i nie być zamkniętym na inne opcje, bo to mi pozwala czerpać przyjemność z każdego nowego zajęcia.

To co robisz oprócz jeżdżenia samochodami?

Dużo rzeczy sprowadza się do jeżdżenia nimi i samego motorsportu, ale w wakacje oddaję się kitesurfingowi. To jest coś, co po prostu lubię robić, a fakt, że nie ma tu towarzyszącego mi ciągle silnika, sprawia mi przyjemność. Tu rządzi energia wiatru i cisza. I to jest super. Bardzo lubię tak spędzać czas. Przy wyborze miejsca na wakacje zawsze sprawdzam, czy jest tam jakiś spot, gdzie można popływać.

Nie czujesz, że na „kajcie” też musisz rywalizować? To dla ciebie prawdziwy odpoczynek?

Nauczyłem się już, że nie rywalizuję w dyscyplinach, w których nie jestem specjalistą, i to pozwala mi się nimi cieszyć. Osobom, które nie są sportowcami, może wydawać się to dziwne, że coś mi nie wychodzi, ale mi to nie przeszkadza. Nie zamierzam ryzykować kontuzji, a poza tym chcę po prostu czerpać czystą przyjemność z uprawiania innego sportu.

Jesteś przesądny? Myślisz o tym, co mogłoby pójść nie tak?

To jest trudne, niestety. Wydaje mi się, że każdego sportowca dopada po pewnym czasie wiara w przesądy. Czujesz taką presję i tak bardzo chcesz wszystko dobrze zrobić, że każdy malutki szczegół zaczyna ci się wydawać istotny, bo może mieć w którymś momencie wpływ na twój wynik. Mam kilka takich rzeczy, ale staram się je ograniczać, bo można się w to za bardzo wkręcić i nagle wszystko przynosi ci pecha. Ale jak przebiega zwierzę przed moim autem na trasie…

Czarny kot na pustyni?!

Nawet nie czarny kot, tylko jakiekolwiek zwierzę, bo nie rozpoznaję w tym pędzie, czy jest czarne, czy nie (śmiech). Spluwam przez lewe ramię pięć razy i nie przeszkadza mi, że robię to w samochodzie. Tomowi [Tom Colsoul, pilot rajdowy Kuby Przygońskiego – przyp. red.] tego nawet nie mówiłem. Ukrywam to przed nim, ale to robię. Resztę rzeczy staram się ograniczyć, żeby nie dać się wkręcić w tę spiralę.

Lepiej czujesz się za kierownicą samochodu, czy wolisz jednak pozycję na jednośladzie?

W tej chwili czuję się już bardzo dobrze w aucie, choć jeszcze cztery lata temu to jazda motocyklem była dla mnie naturalna. Mam za sobą tak dużą liczbę kilometrów i jestem tak zaangażowany w te dodatkowe dwa koła, że wsiadam do samochodu rajdowego i czuję się na właściwym miejscu. Straciłem już siłę motocyklisty, bo długo nie jeździłem, ale wciąż mam technikę i prędkość na jednośladzie. Takie rzeczy zostają zupełnie jak umiejętność jazdy na rowerze.

Jakie są największe różnice między autem a motocyklem?

Jazda na motocyklu crossowym jest według mnie dużo trudniejsza od prowadzenia samochodu. W uproszczeniu, jadąc jednośladem, trzeba pilnować pięciu rzeczy naraz - gazu, przedniego hamulca, tylnego hamulca, kierownicy i przesuwającej się masy. W samochodzie jest tylko kierownica, jeden pedał hamulca i gaz. Czyli 5:3 rzeczy, które musisz stale kontrolować i złączyć w ułamku sekundy, żeby to wszystko zadziałało. W samochodzie jesteś na sztywno przyczepiony do fotela i po prostu jedziesz, ale możesz popełnić mniej błędów, bo to wielka bryła i wielka masa, którą trudniej sterować.

Kuba Przygoński był najszybszy na liczącym 250 kilometrów odcinku specjalnymKuba Przygoński był najszybszy na liczącym 250 kilometrów odcinku specjalnym fot. Orlen Team

To w dzieciństwie miałeś na ścianach plakaty z motocyklami czy samochodami? A może z piosenkarzami?

Wtedy była moda na pływanie, więc to pływacy byli moimi idolami. Trenowałem ten sport, jak byłem w podstawówce. Profesjonalnie, bo miałem pięć czterogodzinnych treningów w tygodniu. Ale później dziadek zaraził mnie motoryzacją i już nie było odwrotu. Mam nawet zdjęcie z Carlosem Sainzem, jak przyjechał do Polski z corollą przerobioną na auto rajdowe. Miałem wtedy z 10 lat i dopiero zaczynałem się wkręcać w sporty motorowe.

Carlos Sainz to przecież teraz jeden z twoich rywali na trasie.

Startujemy w tym samym wyścigu i to świetna kontynuacja tej historii, bo to właśnie dzięki niemu zaczął mi trochę imponować motorsport.

Autorytet stał się twoim największym rywalem?

Rywalizujemy ze sobą, ale to nie jest tak, że stajemy wszyscy na starcie i kto pierwszy dojedzie do mety, ten wygrywa. Mamy po drodze dużo przeciwności, które trzeba przezwyciężyć, więc ja innych kierowców nie postrzegam jako konkurentów, których muszę pokonać. Gdybym zobaczył go na trasie, to na pewno byłbym wciśnięty, ale nic bym już na tym nie ugrał, bo to nie jest rywalizacja 1:1, tylko walka rozciągnięta w czasie. Dla mnie to wielka rzecz, że 20 lat temu miałem z nim zdjęcie, a teraz po prostu się z nim ścigam.

To nie jest tak, że Dakar to głównie walka z samym sobą?

Jasne, bo to są bardzo złożone zawody. Jest dużo parametrów, które decydują o wyniku końcowym. W Dakarze nie startuję tylko po to, żeby dojechać do mety, ale to trochę ściganie się z samym sobą, bo często przez pięć godzin jestem z moim pilotem zupełnie sam na pustyni. Sam więc muszę utrzymywać odpowiednie tempo, żeby ostatecznie być jak najszybszym.

Kuba Przygoński w kombinezonie Orlen TeamuKuba Przygoński w kombinezonie Orlen Teamu Fot. Albert Zawada

Więc zapowiadałeś się na pływaka, a przez dziadka skończyłeś za kółkiem. Jak to się stało?

Mój dziadek, Władysław Cygan, był wielkim pasjonatem motoryzacji i zwyczajnie przekabacił mnie na swoją stronę, choć mama chciała, żebym trenował pływanie. Przyjechał ponad 40 lat temu do Warszawy z gór, bo stamtąd pochodził. Założył tu mały warsztat, naprawiał samochody i to później ewoluowało. Był pierwszym dilerem Toyoty, a jak ja trochę podrosłem, to chciał we mnie też tę pasję zaszczepić i to mu się udało. Pojawił się motocykl, zacząłem startować w zawodach z ogromnym wsparciem dziadka. Później już sam wsiąkłem w ten sport i to się przerodziło w mój obecny zawód. Ścigam się już 22 lata.

Dakar, drifting – wszystko na „d”. Przypadek? Czym w zasadzie jest ten drifting?

Drift to całkowicie inna, przeciwna dyscyplina sportów motorowych od rajdów terenowych. Podczas Dakaru jadę bardzo długo po ekstremalnym terenie i na czas, a w driftingu przejazd trwa zaledwie 20-30 sekund. I wszystkie te sekundy pokonuję bokiem, ale za to niezwykle precyzyjnie. Drift to nic innego jak tylko sztuka superprecyzyjnej jazdy samochodem.

Na ile precyzyjnej?

Na tyle, że jestem w stanie przy 180 km/h dotknąć tylnym zderzakiem bandy i zedrzeć z niego tylko folię ochronną. To jest właśnie ta precyzja panowania nad samochodem przy dużej prędkości i na tym polega drifting.

DriftingDrifting Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

W 2013 r. pobiłeś rekord świata, sunąc bokiem prawie 218 km/h!

Poślizg był inicjowany przy 250 km/h, więc to było bardzo szybko. Choć tak po prawdzie w 2016 r. Japończyk Masato Kawabata pobił mój rekord. Pojechał ekstremalnie szybko nissanem GT-R, bo z prędkością aż 305 km/h.

Odbierzesz mu swój tytuł?

Mamy wyliczenia i projekty, które pozwalają przystosować nasz samochód do prędkości 400 km/h, ale jak zaczęliśmy się do tego projektu przymierzać, to po prostu okazało się, że przy tej prędkości bokiem samochód zaczyna się już, niestety, unosić – podrywa się zupełnie jak skrzydło. Pomyślałem sobie, że to jeszcze nie czas na odzyskiwanie tytułu. Wyszedł też inny problem, bo w Polsce nie mamy takiego miejsca, w którym udałoby się ten rekord pobić. Chyba że na otwarciu Centralnego Portu Lotniczego, jeśli dojdzie do tego za kilka lat. Kawabata jechał po naprawdę długim pasie lotniska pod Abu Zabi.

Toyota pokazała wreszcie nową Suprę. Przesiadasz się ze swojej wyczynowej GT86?

Nie mogliśmy się doczekać tego momentu! Toyota Supra nie tylko w świecie motorsportu, ale w ogóle w świecie motoryzacyjnym, to kultowe auto. Marzę, żeby przystosować ją do driftu, choć będzie to wymagało bardzo dużej ilości pracy. Każdy samochód startujący w zawodach driftingowych jest mocno przebudowany.

Rozmawiamy o takich wozach, a ty jeździsz na co dzień… priusem. Nie wstyd ci?

Rozczarowuję wszystkich, jak gdzieś przyjeżdżam, bo zazwyczaj ludzie oczekują, że będę za kierownicą niesamowicie szybkiego samochodu, a nie hybrydy. Z tego miejsca chciałbym przeprosić wszystkich zawiedzionych (śmiech). Tak, jeżdżę priusem, ale oczywiście trochę go zmodyfikowałem wizualnie, bo jest obniżony o 5 cm i ma 19-calowe felgi. Jak na to, co da się zrobić z Priusem, to wygląda zacnie. W trakcie rajdów spalam tyle paliwa, że wydaje mi się, że na co dzień mogę jeździć oszczędnie i spokojnie.

Planeta i aktywiści miejscy na pewno są ci za to wdzięczni.

Podoba mi się technologia łączenia napędów i to, że coraz więcej samochodów jest elektrycznych. Hybrydy to dla mnie taka dobra mieszanka pozwalająca zaoszczędzić trochę paliwa, ale jednocześnie nieograniczająca za bardzo mobilności człowieka.

Dożyjemy czasów, w których auta elektryczne będą na porządku dziennym w zawodach driftingowych albo na trasie Dakaru?

Wyczynowe samochody elektryczne są już testowane w ekstremalnych warunkach i na pewno będą powoli pojawiać się w różnych dyscyplinach motorsportu. Najpierw w tych łatwiejszych z krótkimi trasami i po płaskim terenie. Dakar to jeszcze pieśń przyszłości, bo tam są niewyobrażalnie złe warunki – trudna dostępność miejsc, często brak prądu, grząski teren i długie odcinki po nawet 500-700 km intensywnej jazdy. To na razie nieosiągalne dla elektryków, bo taka eksploatacja zużyłaby cały zasięg w sekundę.

Kuba PrzygońskiKuba Przygoński Fot. Albert Zawada

Co postawiłbyś w swoim garażu marzeń?

Jedno marzenie już spełniłem, bo mam taki „niedzielny” samochód i jest nim porsche 964. Łaknąłem go już w dzieciństwie, bo był to mój ulubiony resorak, którym się bawiłem. W autach można nieskończenie przebierać – trochę ich w końcu jest. W tej chwili najbardziej podobają mi się supersamochody z lat 90., czyli Ferrari Testarossa i stare Lamborghini. Te samochody są wciąż bardzo drogie, ale chciałbym się nimi kiedyś przejechać, a docelowo postawić jeden z nich w swoim garażu.

Twoje największe wyzwanie to…

Osiąganie dobrych wyników sportowych, bo pracuję nad tym permanentnie od ponad 20 lat. Niedawno zdobyliśmy z Tomem Puchar Świata i to jest dla mnie najważniejszy wynik sportowy, będący zamknięciem ponad 20-letniego projektu, który realizowałem swoimi wszystkimi dotychczasowymi działaniami. Moje dalsze poczynania wciąż będą zmierzały do takich sukcesów. W życiu codziennym są nim dla mnie i dla mojej żony nasze dzieci. Dwie wspaniałe córeczki. Wyzwaniem jest, żeby wyrosły z nich fajne i mądre dziewczyny.

Pozwoliłbyś im wystartować w Dakarze, gdyby chciały?

Starałbym się im pomóc i doradzić, jak to zrobić, żeby to zadziałało. Ninka, choć ma dopiero dwa lata, już teraz, jak widzi kask, to go zakłada i wsiada na swój skuter bujany. Zaczyna rozumieć, o co chodzi. Nie będę im ograniczał pomysłów. Kobiet, które się ścigają, jest względnie mało, choć nawet w Polsce mamy kilka, które dobrze się rozwijają. Trzeba po prostu mieć do tego pasję i chcieć to robić.

Już chyba same przygotowania do rajdu mogą do tego skutecznie zniechęcić.

Są one złożone tak samo jak rajd. Oprócz typowo technicznego przygotowania sprzętów, samochodu ważne jest odpowiednie przygotowanie kondycji fizycznej i psychicznej zawodników. Moja taktyka jest prosta – im więcej pracy włożę w trening fizyczny przed Dakarem, tym będzie mi łatwiej na samym Dakarze. Odporność na obciążenia fizyczne pozwala dużo szybciej jechać.

To jak wygląda twój standardowy trening?

Przez cały rok biegam co drugi dzień – nie mniej niż 8 km, ale nie więcej niż 12 km – a przez ostatnie trzy miesiące przed rajdem biegam już pięć dni w tygodniu. Godzina biegu rozszerzona o trening na siłowni. Dzięki temu jestem silnym i mocnym zawodnikiem. Zakładam nawet, że najlepiej przygotowanym fizycznie na Dakarze.

Przełomowy moment w twojej karierze to złamanie kręgosłupa w 2014 r. Co się wtedy dokładnie stało?

To był splot złych wydarzeń. Pierwszego dnia zawodów w Abu Zabi zawodnik przede mną miał bardzo poważny wypadek. Zostałem przy nim i go reanimowałem, ale niestety zmarł w helikopterze. Dla mnie to traumatyczna historia, którą będę pamiętał do końca życia. Następnego dnia wystartowałem, gdyż taki miałem pomysł na przezwyciężenie tej sytuacji i pójście dalej. Jechałem rozkojarzony, mając w pamięci wydarzenia z poprzedniego dnia, i sam uległem podobnemu wypadkowi. Skończyło się to kompresyjnym złamaniem kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Na szczęście nie było zagrożenia przerwania rdzenia, więc perspektywy były pozytywne, ale musiałem przez trzy miesiące leżeć. Pozostała kwestia tego, jak szybko się wygoję i czy będę mógł kontynuować sport.

Kuba Przygoński zatrzymał się, by pomóc Marckowi ComieKuba Przygoński zatrzymał się, by pomóc Marckowi Comie fot. Orlen Team

Paradoksalnie ten wypadek tylko cię wzmocnił?

Właśnie tak. Każdy lekarz ma swoją diagnozę i nigdy nie wiadomo, która jest dobra, ale musiałem wybrać jakiś kierunek, więc zdecydowałem się wrócić. Po trzech miesiącach rehabilitacji wstałem, zacząłem ruszać się, biegać i już po ośmiu miesiącach pojawiłem się na starcie Dakaru. To pozwoliło mi zamknąć rozdział tej kontuzji. Byłem przygotowany maksymalnie dobrze, jednak moja prędkość okazała się gorsza i właśnie wtedy wymyśliłem, że wsiądę do samochodu, żeby kontynuować swoją znajomość i doświadczenia z pustynią.

To pewnie niejedyny uraz, jakiego doznałeś na motocyklu.

Tak szybko licząc, to miałem z osiem różnych zabiegów, bo coś złamałem i trzeba było wstawić blachę albo „łapać” kości. Ciało mam pocięte bliznami dość mocno.

Masz stwierdzony procentowy uszczerbek na zdrowiu? Coś z ciebie jeszcze w ogóle zostało?

Uszczerbek mam, ale to liczy ubezpieczyciel, więc nie traktowałbym tego poważnie, bo oni zawsze robią to z korzyścią dla siebie. Dużo tych kontuzji, a każda z nich sprawiła, że coś we mnie trochę gorzej działa. Bardzo dużo biegam, więc myślę, że i tak jestem dość sprawny jak na to, co przeszedłem.

Co sądzisz o powrocie Roberta Kubicy do ścigania się?

Będę trzymał za niego bardzo mocno kciuki, ponieważ to wielka rzecz, że to doszło do skutku. Kontuzja, której się nabawił, była, jest i będzie, ale Robert Kubica to tak profesjonalny i doświadczony zawodnik, że na pewno wie, co robi i czy może startować nawet z mniej sprawną ręką. Cieszy mnie, że Robert wraca, bo to ważne wydarzenie nie tylko dla niego, ale dla całego motorsportu w Polsce.

Ciebie też ciągnie na tor F1?

Zdecydowanie! Chciałbym wziąć udział choćby w testach, bo marzeniem każdego człowieka, który się ściga, jest możliwość poprowadzenia całkowicie innej maszyny od swojej, czyli np. kosmicznego bolidu F1. Kręci mnie ta niesamowita, nowoczesna technologia, choć pewnie nie potrafiłbym jej odpowiednio wykorzystać, mimo że umiejętności potrzebnych za kierownicą mam już bardzo dużo.

Więcej o: