Jak jeździć ekonomicznie samochodem? Mnie nie pytajcie.

Moja załoga zwyciężyła w 'kategorii T-Roca'. I tylko w niej.

Moja załoga zwyciężyła w 'kategorii T-Roca'. I tylko w niej. (fot. Mariusz Barwiński)

Przedstawiciele Volkswagena zaprosili nas na drugą edycję ekorajdu. Jazda "o kropelce" nie wydawała mi się trudna, więc liczyłem na zwycięstwo. I rzeczywiście, dojechałem jako pierwszy, ale nie tak to miało wyglądać.

Dlaczego? Powód jest prosty – w tym wyścigu „pierwszy” nie równa się „najlepszy”. Nie przewidziano, jak w grze na konsoli, punktów premii za najkrótszy czas przejazdu. Tu gra toczyła się o inną stawkę i liczył się każdy centylitr paliwa. Odprawa na starcie w Centrum Olimpijskim w Warszawie była krótka, a przekaz klarowny: „Macie zmieścić się w wyznaczonym czasie i spalić po drodze jak najmniej paliwa”. Dokładnie chodziło tu o uzyskanie niższego wyniku niż katalogowe spalanie policzone według nowej procedury WLTP. To ona zatrzęsła w zeszłym roku motoryzacyjnym światem, „wycinając” z oferty sporo modeli i wersji silnikowych, które nie spełniały surowych norm.

W ekorajdzie wystartowało 8 modeli VW - od miejskiego Up!a po wielkiego TouaregaW ekorajdzie wystartowało 8 modeli VW - od miejskiego Up!a po wielkiego Touarega fot. Mariusz Barwiński

Przed budynkiem stoi osiem modeli Volkswagena (od Up!a po Touarega) w różnych konfiguracjach – diesle i benzyniaki, z automatycznymi lub manualnymi skrzyniami biegów. Szanse są więc nierówne, dlatego przydział samochodów dla 2-osobowych drużyn nastąpił drogą losowania. Wyciągam karteczkę – złoty T-Roc z 4-cylindrowym silnikiem 1.5 TSI o mocy 150 KM, napędem na przód i 6-biegową, manualną skrzynią biegów. Wbrew pozorom to dobra informacja, bo choć malutki Up! ma najmniejszy apetyt na paliwo, to trudno ten apetyt jeszcze bardziej ograniczyć. Idealnie byłoby trafić na jednostkę wysokoprężną TDI z automatyczną skrzynią DSG – takie auto łatwo przechodzi w stan „żeglowania”. Wystarczy odpuścić gaz w trybie Eco, a skrzynia załącza luz, redukując tym samym zużycie paliwa.

Wsiadam za kierownicę t-roca i myślę o tym, co ja tu właściwie robię. Do „eko” nigdy nie było mi po drodze. Nie jestem przecież emerytem. Zadanie utrudniał fakt, że nigdy wcześniej nie startowałem w podobnych zawodach, a ekojazdę uprawiam tylko, gdy prowadzę samochód elektryczny. Z przymusu, bo inaczej mógłbym nie dojechać na miejsce. Kolega z załogi zauważył, że do najlżejszych nie należymy i to na pewno nas zgubi. Żarty żartami, ale tu naprawdę może liczyć się każdy kilogram. Wybieram na pokrętle położenie Eco. Wyłączam klimatyzację (to podstawa ecodrivingu, to wie każdy). Wrzucam pierwszy bieg i delikatnie wciskam pedał przyspieszenia. Wytaczamy się powoli na drogę, z której od razu włączamy się do, o zgrozo, szybkiego ruchu na Wisłostradzie. Potem postój na kilku „czerwonych”. Ruch umiarkowany i żadnego zatoru – na szczęście!

Volkswagen T-Roc wygrany na loterii! Na mecie jednak trzeba go było zwrócićVolkswagen T-Roc wygrany na loterii! Na mecie jednak trzeba go było zwrócić fot. Mariusz Barwiński

Choć jedziemy niespiesznie, mijamy dwie drużyny – w passacie i tiguanie. Myśl, że oni jadą wolniej, więc na pewno spalają mniej paliwa, nie daje mi spokoju przez następne 3 km. W końcu ustalamy, że jedziemy „w miarę normalnie”, pilnując na liczniku prędkości 70-80 km/h, bo chcemy sprawdzić, czy da się wygrać ekorajd bez nadmiernych poświęceń. Wyświetlany na komputerze pokładowym zasięg rośnie z każdym kilometrem (zupełnie jak przy hamowaniu elektrykiem!), a to podbudowuje morale. Jedziemy oszczędnie, czyli będziemy mieć mniejsze spalanie od katalogowego (dla tej wersji T-Roca to 6,7 l / 100 km w trybie mieszanym).

Staram się utrzymywać stałe i niskie obroty, komputer silnika odłącza wtedy bowiem dwa z czterech cylindrów jednostki TSI. Za Modlinem zjeżdżamy z dwupasmowej „siódemki” i dalej jedziemy już po drodze z jedną jezdnią. „Cierpliwość jest cnotą, pamiętaj, cierpliwość jest cnotą” – powtarzam sobie, gdy w lusterku widzę kolejnego tira niebezpiecznie zbliżającego się do tylnego zderzaka naszego crossovera. Wreszcie przyjmujemy, że będziemy jechać z prędkością ciężarówki przed nami, bo to nam (i innym kierowcom na drodze) oszczędzi nerwów, a przy tym skorzystamy na jeździe w wytworzonym przez nią tunelu aerodynamicznym. Kilka kilometrów dalej wpadamy na dość głupi pomysł złożenia lusterek bocznych, żeby obniżyć opór stawiany powietrzu przez karoserię t-roca. W końcu czego się nie robi dla cennych centylitrów paliwa? Rozczarowani brakiem oszczędności w chwilowym spalaniu rozkładamy lusterka z powrotem – bezpieczeństwo przede wszystkim.

Złożone przez chwilę lusterka nas nie uratowałyZłożone przez chwilę lusterka nas nie uratowały fot. Mariusz Barwiński

Przed nami Wzgórza Dylewskie. Po zjechaniu z głównej drogi zostały nam do pokonania tylko 3 km krętymi, wijącymi się w górę i dół asfaltowymi nitkami. „Tylko” i „aż” 3 km, bo teraz trzeba naprawdę uważać, by nie zepsuć osiągniętego z tak dużym poświęceniem na wcześniejszym odcinku trasy wyniku. Na ostatnim odcinku czujemy już smak zwycięstwa i zaczynamy zgadywać, co może być nagrodą za pierwsze miejsce w zawodach. Wreszcie, po dokładnie 222 km, naszym oczom ukazuje się cel – hotel. Przed wejściem czekają już organizatorzy gotowi do spisania danych z naszego przejazdu.

Rezultat? Średnie spalanie na poziomie 4,6 l na 100 km. O 2,1 l mniej, niż obiecuje producent! To dla nas zaskoczenie, bo na trasie kontrolowaliśmy tylko spalanie chwilowe. Chyba chcieliśmy tym jeszcze bardziej podkręcić atmosferę towarzyszącą rajdowi, który sam w sobie był nie mniej emocjonujący od walki o setne sekundy na torze wyścigowym.

Wynik końcowy był dla nas zaskoczeniem, bo po drodze kontrolowaliśmy tylko spalanie chwiloweWynik końcowy był dla nas zaskoczeniem, bo po drodze kontrolowaliśmy tylko spalanie chwilowe fot. Mariusz Barwiński

Gdy wyjeżdżaliśmy, komputer prognozował 500 km zasięgu. Po przejechaniu całej trasy na wyświetlaczu pojawiło się 840 km (a przecież przejechaliśmy ponad 200 km!) – musimy być pierwsi. Nastroje zepsuł nam przyjazd kolegów z touarega z 286-konnym silnikiem 3.0 V6 TDI. Mieli taki sam wynik: 4,6 l na 100 km. Musieliśmy zadowolić się więc „pierwszym miejscem w kategorii T-Roca” (jedynego w wyścigu) i sromotną klęską w postaci ostatniego, 9. miejsca. Pocieszaliśmy się tylko, że zrobiliśmy to w imię nauki, bo udowodniliśmy tym, że nie da się być eko i przy tym nie cierpieć.

Zobacz także
  • Cupra Formentor Cupra Formentor to prawdziwy, hiszpański "toro bravo"
  • Laptop Lenovo ze składanym wyświetlaczem Oto pierwszy laptop ze składanym ekranem
  • Porsche Type 64 To może być najdroższe Porsche w historii

Polecamy