Lekcja szwedzkiego, czyli Volvo na torze

Polski importer Volvo zorganizował nam lekcję historii. Praktyczną i z rekwizytami, bo tak łatwiej zapamiętać. Okres? Lata 1927-1995. Oto mobilne muzeum, którego eksponatami jeździliśmy po. torze.

Każdy z nas ma wśród swoich znajomych fanatyka aut z Północy. Moi znajomi mają mnie. Zaczęło się od Saaba, jeszcze gdy byłem nastolatkiem. Potem, już po pierwszym wąsie, przeszło jednak na Volvo. Nie żeby to miało coś wspólnego z bankructwem tego pierwszego – co to, to nie. Po prostu poczułem, że w głębi duszy bardziej jestem „volviarzem” niż „saaboholikiem”. A może zwyczajnie dojrzałem, by wstąpić do nieco nobliwego, hermetycznego klubu fanów kanciastego szwedzkiego metalu?

Jazdy klasycznymi volvo
odbyły się na Torze Modlin oddalonym
o 40 km od Warszawy.Jazdy klasycznymi volvo odbyły się na Torze Modlin oddalonym o 40 km od Warszawy. Dominik Kalamus

„Cześć, Krzysiek. Nie chciałbyś wpaść na Tor Modlin? Będziemy tam mieli kilka klasycznych modeli. Taki nasz pomysł na przyjemny początek tygodnia”. Poniedziałek spędzony w towarzystwie moich ulubionych aut – to brzmiało rewelacyjnie. Naturalne, że się zgodziłem. Co może być bowiem lepszego od klasycznego Volvo? Chyba tylko sześć takich samochodów, czyli dokładnie tyle, ile dzięki uporowi polskiego importera Volvo udało się zgromadzić na torze.

Stare Volvo na torze?! Małe sprostowanie – nie w celach wyścigowych. Po prostu na torze można było w kontrolowanych warunkach przeprowadzić testy klasyków. Nikt nie ryzykowałby przecież uszkodzeń w dziennikarskich potyczkach cennych szwedzkich eksponatów!

Najstarsze Volvo na świecie

Volvo OV4 jakob z 1927 r., czyli najstarsze zachowane
volvo na świecie! Delikatne, bo na drewnianej ramie.Volvo OV4 jakob z 1927 r., czyli najstarsze zachowane volvo na świecie! Delikatne, bo na drewnianej ramie. Dominik Kalamus

Jak cennych? Bardzo. A nawet bardzo, bardzo. Nie chciałem znać dokładnej wartości tych aut, bo nie zajmowałbym tak beztrosko miejsca za ich kierownicami. Przez względy bezpieczeństwa jeden model nie opuścił nawet ekspozycji wewnątrz budynku. Trudno się dziwić, bo tego dnia pogodę mieliśmy nie lepszą niż mieszkańcy norweskiego Bergen – najbardziej deszczowego miasta w Europie. A deszczu kryte brezentowym dachem, unikatowe (no dobra, prawie unikatowe, bo oprócz tego egzemplarza zachował się jeszcze jeden) volvo OV4 jakob z 1927 r. nie lubi. I trzeba to uszanować, wszak to najstarsze volvo na świecie. Jak się okazuje, Szwedzi już wtedy stawiali swoje auta na ogromnych obręczach – tu 20-calowych, ale… drewnianych. Drewniana jest także rama jakoba. Pod maską silnik 1.9 l o „zawrotnej” mocy 20 KM (sic!). Nie było mi dane sprawdzić, jak szybko się przemieszcza, ale wierzę na słowo, że mimo maksymalnej prędkości 90 km/h zalecane jest nieprzekraczanie 60 km/h.

Ten wiśniowy samochód to nie żaden
Chevrolet czy Ford, tylko Volvo PV60.Ten wiśniowy samochód to nie żaden Chevrolet czy Ford, tylko Volvo PV60. Dominik Kalamus

Drugie (i ostatnie) „statyczne” volvo, które mogliśmy obejrzeć, to bordowe PV60 rocznik ’46. Widać tu szwedzką fascynację motoryzacją amerykańską – nie zdziwiłbym się, gdyby zamiast w zielonym bugatti przedstawiła się w nim Tamara Łempicka albo Francis Ford Coppola wykorzystał je w „Ojcu chrzestnym”. Te artdekowskie wskaźniki i detale na karoserii! Silnik też jakby amerykański, bo już o pojemności 3,7 l. Moc? 90 KM przekazywanych na tył.

Ale mobilne szwedzkie muzeum to nie tylko eksponaty zamknięte na stałej wystawie niczym drogocenne i rzadko spotykane samochody „uwięzione” w garażach multimilionerów. Część ekspozycji była bowiem jeżdżąca. To wyjątkowe, bo na takie cacuszka zazwyczaj chucha się i dmucha i pod żadnym pozorem nie wpuszcza się do nich tabunu dziennikarzy. Tutaj każdy samochód miał swojego opiekuna, pod okiem którego można było przenieść się w czasie, prowadząc po pętli toru treningowego każdego z czterech klasyków.

Jak się jeździ klasycznym Volvo po torze?

Volvo amazon nie brało udziału w testach.
Przez wielu uważane za najpiękniejsze.Volvo amazon nie brało udziału w testach. Przez wielu uważane za najpiękniejsze. Dominik Kalamus

Zaczynamy chronologicznie, od najstarszego – PV 445 duett z 1957 r., czyli jednego z pierwszych seryjnych kombi w Europie. Wcześniej takie samochody powstawały na zamówienie w zewnętrznych firmach, które przerabiały na bardziej praktyczny wariant gotowe hatchbacki i limuzyny. Duett to projekt zrealizowany w całości przez Volvo. Szybko pokochali go szwedzcy listonosze, sklepikarze, stolarze i inni drobni przedsiębiorcy. Pewnie nie urzekł ich 60-konny silnik 1.6 ani napęd na tył czy 3-biegowa skrzynia, tylko ustawna przestrzeń bagażowa. To właśnie od tego modelu zaczęła się epoka pojemnych szwedzkich kombi, a nie, jak mogłoby się wydawać, od 145. Przed nim był zresztą jeszcze Amazon. Potem już 245, 760, 960 i tak można wyliczać aż do współczesnych V60 i V90.

Auto dla szwedzkiego
ogrodnika? Może i tak wygląda,
ale daje więcej frajdy niż
sportowe coupé P1800 S.Auto dla szwedzkiego ogrodnika? Może i tak wygląda, ale daje więcej frajdy niż sportowe coupé P1800 S. Dominik Kalamus

Kombi dla „small businessu” zamieniam z podekscytowaniem na przepiękne, sportowe coupé P1800 S w kolorze pasującym bardziej do Ferrari. Na torze przeżywam szok, bo zamiast jeździć samochodem, który uznaję za najbardziej pociągające Volvo w historii, chętnie zrobiłbym jeszcze kilka kółek rodzinnym kombi. Do P1800 S trudno wsiąść, bo ma tak duży (i cienki) wieniec drewnianej kierownicy, że pomiędzy nim a siedziskiem fotela ledwo mieszczą się uda kierowcy. Moje w każdym razie, ale jeszcze mi się to nie zdarzyło w żadnym aucie. Oczywiście regulacja fotela jest prawie żadna, a kierownicy nawet nie istnieje. Wszystko chodzi z oporem, ale nie tym przyjemnym znanym ze współczesnych samochodów sportowych. Roger Moore musiał się strasznie namęczyć na planie „Świętego”!

Szwedzka turboera zaczęła się od modelu 244,
który spędzał niemieckim inżynierom sen z powiek.Szwedzka turboera zaczęła się od modelu 244, który spędzał niemieckim inżynierom sen z powiek. Dominik Kalamus

Mnie jazda 53-letnim coupé zmęczyła na tyle, że z ulgą przeskoczyłem do kolejnej epoki – turbo! Tu wreszcie zaczynają się emocje płynące z wbicia w fotel przy przyspieszaniu po załączeniu sprężarki. Na turbokopa trzeba jednak chwilę zaczekać, bo w Volvo 244 z 1982 r. czuć go dopiero przy 3000 obr./min. W tamtych czasach turbodoładowanie zarezerwowane było dla producentów małoseryjnych aut sportowych. Szwedzi wsadzili je do swoich „cywilnych” samochodów, ucierając tym nosa znacznie większym i droższym samochodom. Wolnossące bmw nie miały szans przy dynamicznym starcie spod świateł.

Na deser zostało najbliższe nowoczesnym samochodom Volvo 850 T5-R z 1995 r. A raczej zdrowy biodeserek, bo długie kombi pokryto lakierem Banana Yellow – to obecnie najczęściej poszukiwany kolor przez kolekcjonerów. Wyjątkowości nie da się mu odmówić, ale to 225-konny silnik 2.3 jest tutaj „fun factorem”. Klasyczny, powolny automat zwlekający ze zmianą przełożeń odbiera mu jednak trochę wigoru. „Erkę” można potraktować jako rodzinne gran turismo, które świetnie sprawdza się w długich trasach. Samo 850 zaś to o tyle ważny dla Szwedów model, że było pierwszym w gamie dużym autem z przednim napędem. Wcześniej taki rodzaj napędu trafił do hatchbacka 480.

Model 850 był pierwszym dużym przednionapędowym
Volvo. Tu w podrasowanej wersji T5R.Model 850 był pierwszym dużym przednionapędowym Volvo. Tu w podrasowanej wersji T5R. Dominik Kalamus

Trudno o bardziej hipsterskie, a jednocześnie nienarzucające się samochody niż te pochodzące z Północy. Volvo to nie jakiś pierwszy lepszy stary Mustang czy Porsche 911 służące do bulwarowego lansu, ale kawał porządnego szwedzkiego metalu, który – uwaga, tu będzie slogan – niczego nie udaje. Ale tak naprawdę jest i to właśnie lubię!

Więcej o: