Gorący towar, czyli podróż McLarenem 570S z Mediolanu do Warszawy

Dostałem bardzo nietypowe polecenie służbowe. "Krzysztof, trzeba przywieźć mclarena z Mediolanu. Polecisz?". Trzeba, to trzeba. Szczypałem się przez cały lot, ale się nie obudziłem.

”Dzień dobry, ja do pana Vittorio Masiero po mclarena”. Sam nie wierzyłem w słowa, które wypowiedziałem. Byłem przekonany, że coś pójdzie nie tak. Spodziewałem się tego na każdym kroku. Prawdę mówiąc, miałem wrażenie, że ktoś sobie ze mnie zwyczajnie żartuje, pan Masiero nie istnieje, a pracownicy mediolańskiego salonu zaśmieją mi się w twarz. Niewiele brakowało, a dowcip udałby się już w Warszawie, gdzie nieomal nie zdążyłem na samolot – dotarłem na lotnisko 20 minut przed odlotem.

Ale oto stoję w salonie przed wysoką, starszą już nieco recepcjonistką, którą prawie wziąłem za Monicę Bellucci. W ręku zamiast kabinówki dzierżę czarną, miękką torbę. Powód jest prosty – nie posądzałem supersportowych aut o jakąkolwiek przestrzeń, którą można byłoby nazwać bagażnikiem. Tymczasem w miejscu, gdzie w tradycyjnych autach znajduje się silnik, zmieściłyby się trzy (jeśli nie cztery) takie torby. W końcu 144 l to prawie tyle samo ile w kufrze Fiata 500 czy Mini One.

Gdy Vittorio, wyłoniwszy się z serwisu, kroczy do mnie przez salon, panie odprowadzają go wzrokiem. Czy we Włoszech wszyscy muszą wyglądać jak żywcem wyciągnięci ze „Słodkiego życia” Felliniego? Dokumenty, podpisy, telefon do centrali i ożywiona rozmowa w języku włoskim. Nic nie rozumiem, więc rodzi się we mnie niepokój – czegoś brakuje, ktoś nie udzielił zgody, samochód jest uszkodzony, wrócę do domu samolotem. Włoszka odkłada telefon, uśmiecha się do mnie i mówi, że wszystko w porządku, musiała się tylko upewnić, który egzemplarz jest dla mnie. Czarny scenariusz się nie ziścił, nikt się nie śmieje. Jeszcze?

Vittorio wyprowadza przed salon niewiarygodnie niskie, ciemnogranatowe coupé. Choć akcja toczy się na przedmieściach włoskiej stolicy mody, nie jest to żadne Ferrari, Maserati czy Lamborghini, ale ich brytyjski odpowiednik – ultralekki, bo waży tylko 1313 kg (bez płynów i kierowcy)! Vittorio majestatycznie unosi „skrzydlate” drzwi i życząc mi dobrej zabawy, przekazuje kluczyk, po czym zaczyna odchodzić w stronę salonu. Zaraz, ale jak to? Tak bez żadnych instrukcji? Spodziewałem się co najmniej półgodzinnego wywodu o tym, że z takim samochodem należy się obchodzić jak z jajkiem (a nawet jeszcze ostrożniej), że silnik uruchamia się specjalną sekwencją kliknięć i przełączeń, że nie można go gasić od razu po zjechaniu z autostrady na stację benzynową, że paliwo ma mieć co najmniej 100 oktanów, że trzeba ostrożnie wciskać gaz, bo tylna oś łatwo traci przyczepność. Gdy nieco przerażony zatrzymuję go i proszę o wskazówki, Vittorio, choć niezwykle sympatyczny, patrzy na mnie z politowaniem i mówi: „To twój pierwszy raz w supersamochodzie? Pójdę po kolegę”. Policzek, a przecież nie każdy musi znać się na takich autach. Po chwili zamiast niego zjawia się Giuliano i pyta, co chcę wiedzieć i czy chodzi o obsługę systemu multimedialnego. Odpowiadam, że chodzi o obsługę... auta.

Ten kluczyk
działa na pasjonata
motoryzacji lepiej
niż jakikolwiek
afrodyzjak. Niepozorny,
prawda?Ten kluczyk działa na pasjonata motoryzacji lepiej niż jakikolwiek afrodyzjak. Niepozorny, prawda? Krzysztof Grabek

Giuliano pokazuje mi, gdzie zmienić tryby jazdy, jak unieść hydraulicznie przód pojazdu (o 4 cm przy prędkości do 60 km/h), jak działają rewelacyjne, magnezowe łopatki za kierownicą (a działają świetnie, można korzystać z obydwu lub tylko z jednej), ale też bardziej prozaiczne rzeczy, takie jak ustawienie bocznych lusterek. Banał? Niezupełnie, bo w McLarenie dżojstik do sterownia nimi umieszczono po prawej stronie kolumny kierowniczej. Dżojstik ten jest także przyciskiem, który dezaktywuje czujniki parkowania. Przydatne w mieście, choć też denerwujące – gdy prędkość spada poniżej 20 km/h, zaczynają wydawać przeraźliwy, jednostajny dźwięk, ostrzegając przed samochodem, który stanął za mną na światłach. Ale żadnych zaleceń co do samej jazdy wciąż nie usłyszałem – jedynie, żeby nie włączać ustawień torowych na publicznej drodze, bo to samobójstwo. Wreszcie jakiś konkret i informacja, której oczekiwałem.

Nie męczę już dłużej Giuliana. Czas wyruszać! Przede mną co najmniej 1550 km i dwa dni sam na sam z brytyjskim supersamochodem. Szczypię się z niedowierzania, ale zamiast się obudzić, odczuwam ból. Zdarzało mi się już wystąpić w roli samochodowego kuriera. Tyle że trasa nigdy nie wykraczała poza granice Polski, a szczytem powierzonych mi aut były volkswagen passat albo alfa romeo giulia. Nigdy nie przewoziłem tak drogiego, tak szybkiego, tak nietuzinkowego i tak wyróżniającego się samochodu. Chyba że w wirtualu. Dostarczanie drogocennych supersamochodów w „Test Drive Unlimited” było niegdyś moim ulubionym zajęciem. Może dlatego, że najbardziej intratnym dla gracza. I trywialnym, bo co to za problem przewieźć auto w nienaruszonym stanie z jednego miasta do drugiego? Tu było tak samo, tyle że wszystko działo się w rzeczywistości, a jedno miasto było oddalone od drugiego o kilka państw.

Dzień z życia milionera

Nie ma premii za szybki czas dostawy, więc pierwszy przystanek wyznaczyłem sobie już nad jeziorem Como. Właśnie tym, u brzegu którego co roku odbywa się legendarny konkurs elegancji. McLaren 570S by się na nim nie odnalazł, bo tam wystawiane są samochody o przynajmniej kilkudziesięcioletnim stażu. Ale w niczym to nie przeszkadza, wszak granatowe coupé, choć nowe (miało przejechane niewiele ponad 2 tys. km), przepięknie komponuje się ze wzburzoną taflą jeziora Como.

Centrum dowodzenia
jest urządzone
minimalistycznie,
ale pod
żadnym pozorem
spartańsko.Centrum dowodzenia jest urządzone minimalistycznie, ale pod żadnym pozorem spartańsko. Krzysztof Grabek

Niezdarnie unoszę do góry drzwi – myślałem, że dzieje się to automatycznie, a jednak trzeba użyć siły mięśni – i rozemocjonowany po pierwszych kilometrach za kierownicą mclarena (przeżyłem przejazd przez zatłoczone miasto!) próbuję z niego wysiąść, nie robiąc z siebie pośmiewiska. Jak się okazało, całkiem słusznie, bo na chodniku zaczęli już przystawać ludzie zaciekawieni samochodem i tym, kto z niego wysiądzie. Przysiągłbym, że widziałem rozczarowanie na ich twarzach, gdy nie rozpoznali we mnie żadnej osoby, o której piszą włoskie tabloidy. Jeżdżąc autem pokroju McLarena, chcąc nie chcąc, stajesz się celebrytą. Przeklinałem to, gdy nie mogłem w spokoju ustawić sobie nawigacji na parkingu, bo co chwilę ktoś podchodził i witał się ze mną, po czym pytał, czy może zrobić zdjęcie auta. Zgadzałem się, a czasami nawet zachęcałem do zajęcia miejsca za sterami. Jednak nie od początku, gdyż napotkałem pewną trudność – zamknąwszy drzwi, nie wiedziałem, jak dostać się z powrotem do środka. W Mediolanie wsiadłem do samochodu z otwartymi drzwiami, więc nikt nie musiał mi tłumaczyć, gdzie szukać klamki. A szukać jej trzeba, bo jej... nie ma. Takie można odnieść wrażenie, gdy patrzy się na drzwi – w Jaguarze F-Type, choć klamki są ukryte, przynajmniej wiadomo, gdzie trzeba zbliżyć rękę, by się wysunęły. Tu nic nie wskazywało na ich obecność. Przechodnie patrzą się na auto i robią zdjęcia, a ja już delikatnie poirytowany jeżdżę dłonią w środku wyżłobionego w drzwiach tunelu, który doprowadza powietrze do umieszczonego centralnie silnika. Gdybym był celebrytą, brukowce miałyby świetny materiał – „Krzysztof Grabek nie potrafi otworzyć auta [MAMY ZDJĘCIA] ”. Na szczęście nim nie jestem, choć wcale nie umniejszało to mojego publicznego upokorzenia. Klamka okazała się w rzeczywistości gumowym przyciskiem ukrytym właśnie we wspomnianym wyżłobieniu. Po kilku próbach wsiadania i wysiadania miałem poczucie, że opanowałem już trudną sztukę przerzucania ciała nad szerokim progiem bocznym – pomagała mi w tym aktywna funkcja „Comfort Entry” (automatycznie przesuwający się do tyłu fotel po pociągnięciu za wewnętrzną klamkę drzwi).

Tył to najseksowniejsza część McLarena 570S. Można patrzeć na niego godzinami. Jazda tym wozem jest niezwykle
angażująca i ekscytująca, ale czasami zatrzymywałem się na trasie tylko po to, by na niego spojrzeć.Tył to najseksowniejsza część McLarena 570S. Można patrzeć na niego godzinami. Jazda tym wozem jest niezwykle angażująca i ekscytująca, ale czasami zatrzymywałem się na trasie tylko po to, by na niego spojrzeć. Krzysztof Grabek

Następną przeszkodę napotkałem dopiero w Norymberdze, gdy na ciasnym hotelowym parkingu nie byłem w stanie uchylić nawet drzwi kierowcy i musiałem przeczołgać się po fotelu pasażera, by wydostać się z auta, trzymając drzwi, które puszczone luzem zarysowałyby bok stojącego obok bmw. Parking ten był dla mnie najbardziej stresującym momentem na trasie, bo brama pozostawiała nie więcej niż 5-10 cm szerokości po bokach auta. Bez pomocy hotelowego concierge’a bym nie wjechał (i wyjechał następnego dnia) – zarówno czujniki parkowania, jak i mój zmysł wzroku twierdziły, że przejazd przez bramę jest niemożliwy. To cud, że nie obtarłem tam samochodu. Byłem już niezwykle zmęczony, bo po 650 km kubełkowe fotele 570S przypomniały mi boleśnie o istnieniu odcinka lędźwiowego kręgosłupa. W mieście musiałem też niezwykle uważać na krawężniki – prześwit jest prawdziwie sportowy, a nawet hydraulika unosząca przód o 4 cm nie czyni z McLarena miastoodpornego SUV-a.

Jedyne wolne
miejsce na hotelowym
parkingu
w Norymberdze.
W tym ustawieniu
nie da się otworzyć
drzwi kierowcy.Jedyne wolne miejsce na hotelowym parkingu w Norymberdze. W tym ustawieniu nie da się otworzyć drzwi kierowcy. Krzysztof Grabek

Sztuka użytkowa

Te drobne niedogodności (a raczej cechy charakterystyczne) wraz z systemem audio, który przestał mi dotrzymywać towarzystwa na ostatnim, 40-kilometrowym odcinku, nie mają żadnego znaczenia, gdy wciśnie się gaz do podłogi. Ręczę za swoje słowa, bo niemal 700 km trasy pokonałem po niemieckich autostradach – w większości remontowanych, ale nie brakowało też fragmentów bez ograniczeń prędkości. Tam Audi R8 mimo zbliżonych parametrów musiało uznać wyższość McLarena 570S, choć bardzo starało się przed nim uciec. Reakcja na gaz jest natychmiastowa, agresywna i ekscytująca niezależnie od prędkości, z jaką aktualnie porusza się samochód. W trybie sportowym wszystko działa jak marzenie – dwusprzęgłowy, 7-biegowy automat od Graziano Trasmissioni rewelacyjnie zarządza mocą 3,8-litrowego V8, adaptacyjne amortyzatory wybierają nierówności, a opracowane z myślą o torowej jeździe rozgrzane opony Pirelli P Zero Corsa znakomicie kleją się do asfaltu.

Wszystko zostało tu opracowane w jednym celu – do precyzyjnej, szybkiej jazdy. Kierownica nie ma żadnych przycisków i pokręteł (bo i po co?), system multimedialny, choć nie zachwyca szybkością reakcji, jest banalny w obsłudze, a czujniki ciśnienia w oponach tak wyczulone, że informują kierowcę o konieczności uzupełnienia powietrza w oponach nawet, gdy ciśnienie spadnie o 0,1 bara.

Uniesione do góry drzwi wyglądają spektakularnie w każdym otoczeniu (tu:
w Szwajcarii), ale np. na stacji paliw trzeba pamiętać o miejscu, by mogły się otworzyć.Uniesione do góry drzwi wyglądają spektakularnie w każdym otoczeniu (tu: w Szwajcarii), ale np. na stacji paliw trzeba pamiętać o miejscu, by mogły się otworzyć. Krzysztof Grabek

Najwięcej frajdy miałem na szwajcarskich serpentynach. Tam też dostałem nauczkę, gdy coś mnie podkusiło, by wdepnąć gaz na wyjściu z ciasnego wirażu obsypanego drobinkami żwiru. Tył zaczął uciekać szybciej niż w jakimkolwiek aucie, jakie do tej pory prowadziłem. Instynktownie odbiłem kierownicą, do gry wkroczyło ESC. To był prztyczek w nos, który utkwił mi w pamięci. Kozakowanie w takim wozie to bezmyślność – chyba że na torze wyścigowym, a na to niestety nie miałem czasu w drodze do Warszawy.

Kojarzycie wyścig Gumball 3000? Choć jechałem w pojedynkę, a mojego mclarena nie „zdobiły” błyszczące naklejki, czułem się trochę jak jego uczestnik. Utwierdzały mnie w tym reakcje przechodniów i innych kierowców – uśmiechy, „okejki”, cmokanie z aprobatą i błysk fleszy. Mnie taki klimat onieśmiela, ale 570S świetnie się w nim odnajduje. Szkoda, że samochodem interesują się też służby, np. celne na granicy szwajcarsko-austriackiej. Policjanci specjalizujący się w zwalczaniu przemytu samochodowego zatrzymali mnie tam do kontroli i nie chcieli puścić, bo nie mogli uwierzyć, że tak wygląda test dziennikarski (ja też nie, będąc szczerym). Ale samochód nie figurował w bazie skradzionych pojazdów, więc po długich rozmowach i telefonie do Magdy z McLaren Warszawa mogłem jechać dalej.

Kontrola na
granicy szwajcarsko-
austriackiej,
czyli pół godziny
drogi w plecy.
Celnicy i policjanci
chcieli puścić
mnie pod jednym
warunkiem - że
też się po kolei
przejadą 'tym
cackiem'.Kontrola na granicy szwajcarsko- austriackiej, czyli pół godziny drogi w plecy. Celnicy i policjanci chcieli puścić mnie pod jednym warunkiem - że też się po kolei przejadą 'tym cackiem'. Krzysztof Grabek

Ocalić planetę

Przyjemności z jazdy nie odbierają nawet wskazania komputera pokładowego. Średnie spalanie pierwszego dnia wyniosło... 10,4 l/100 km. Ekologia pełną gębą! I to w takim aucie! Owszem, w Szwajcarii wyjątkowo uważnie pilnowałem się limitów prędkości, ale były momenty, w których popuściłem lejce, pozwalając mclarenowi się wykazać. Pomimo brutalnego traktowania nie zemścił się na moim portfelu. Byłbym wierutnym kłamcą, gdybym stwierdził, że niemal 1700 km pokonanych w zaledwie dwa dni nie dało mi się we znaki, ale może właśnie dlatego zapamiętam tę podróż do końca życia. W końcu nieczęsto zdarza się poprowadzić taki wóz na tak długiej trasie. Aż strach pomyśleć, jakie zlecenie dostanę następnym razem.

Stacja benzynowa
to naturalny
habitat każdego
auta sportowego.
Doprawdy? Mnie
bak wystarczał na
przejechanie nawet
400-500 km.Stacja benzynowa to naturalny habitat każdego auta sportowego. Doprawdy? Mnie bak wystarczał na przejechanie nawet 400-500 km. Krzysztof Grabek

Więcej o: