Narciarz globalnie ocieplony. Jaka przyszłość czeka narciarstwo?

Bezśnieżne zimy dają się we znaki ośrodkom narciarskim na całym świecie. Coraz częściej jazda na początku i pod koniec sezonu odbywa się wyłącznie na sztucznym śniegu.

Bezśnieżne zimy dają się we znaki ośrodkom narciarskim na całym świecie. Coraz częściej jazda na początku i pod koniec sezonu odbywa się wyłącznie na sztucznym śniegu. (Shutterstock)

Lato stulecia goni lato stulecia. Zima tymczasem wręcz przeciwnie: choć śnieg co roku jest, to niekoniecznie wtedy i tam, gdzie byśmy tego chcieli. Bezśnieżne sylwestry w Alpach, śnieżna susza w czasie ferii - wszystko to się w ostatnich latach zdarzyło i będzie się powtarzać. Świat się zmienia, a wraz z nim narciarstwo. Co zrobić, żeby szusować do ostatniego płatka śniegu?

Globalne ocieplenie jest faktem i nikt poważnie zajmujący się tematem nie ma co do tego wątpliwości. Naukowcy spierają się natomiast o to, o ile podniesie się w najbliższych dekadach średnia temperatura w różnych miejscach na Ziemi, ile jest w tym roli człowieka i co możemy zrobić, żeby tak się nie stało. To niesie oczywiście wiele poważnych konsekwencji i szczerze zachęcam do wzięcia sobie problemu do serca. Tym razem skupię się jednak tylko na nartach. Ośrodki narciarskie to biznesy, dla których ocieplenie, zimowe susze i anomalie pogodowe przekładają się na zyski lub straty sięgające dziesiątek milionów euro. Nie dziwi więc, że z dużą uwagą monitorują nadchodzące zmiany i starają się z wyprzedzeniem reagować na to, co wydaje się nieuniknione.

W 2015 r. wyjątkowo nie amerykańscy, lecz szwajcarscy naukowcy opublikowali badania dotyczące zmian pogodowych analizowanych w kontekście śniegu i narciarstwa. Napisali w nich między innymi, że w ciągu ostatnich 45 lat liczba dni, w których w górach leżał naturalny śnieg, zmniejszyła się średnio o 37 w skali roku. Pierwszy śnieg przychodzi później (o 12 dni), pada go mniej i zostaje na krócej (średnio o 25 dni).

Nowsze badania pokazały natomiast, że szwajcarskie lodowce skurczyły się w ciągu ostatniej dekady aż o 20%. Kto zaplanował wczesny start sezonu 2018/2019 w Alpach, mógł być tego naocznym świadkiem. W październiku, nawet na początku listopada obok przygotowanych, białych stoków rosły brązowe i zielone trawy i wystawały łyse skały. O tyle nie był to szok, że podobnie było w ostatnich latach, ale dla kogoś, kto dobrze pamięta zimy sprzed 15 lat, różnica była monstrualna.

Naśnieżanie albo śmierć

Z perspektywy narciarstwa problemy są w związku z tym trzy. Zmniejszone opady śniegu, podwyższenie średnich temperatur i anomalie pogodowe, takie jak niezwykle intensywne opady. Oczywiście to powiązane zjawiska, ale każde z nich wymaga innych rozwiązań.

Sztuczne naśnieżanie. Obecnie nawet gdy śniegu nie brakuje, ośrodki narciarskie produkują techniczny śnieg, kiedy tylko jest to możliwe. W ten sposób przygotowują się na wiosenne ocieplenie i bezśnieżne tygodnie.Sztuczne naśnieżanie. Obecnie nawet gdy śniegu nie brakuje, ośrodki narciarskie produkują techniczny śnieg, kiedy tylko jest to możliwe. W ten sposób przygotowują się na wiosenne ocieplenie i bezśnieżne tygodnie. RITTER ARNOLD

Jeśli chodzi o brak naturalnego śniegu, rozwiązanie jest na pozór bardzo proste – sztuczne naśnieżanie. Widać to dobrze na Podhalu, gdzie małe wyciągi bez armatek śnieżnych przez wiele dni w sezonie stoją zamknięte, a te, gdzie infrastruktura wytwarzania sztucznego śniegu działa, mogą funkcjonować znacznie dłużej i bez przerw. Kwestią kilku lat wydaje się we wszystkich niższych stacjach dylemat – sztuczne naśnieżanie albo śmierć.

Sztuczne naśnieżanie to technologia, która w ostatnich latach rozwija się w imponujący sposób. Jednym ze światowych liderów w tej dziedzinie jest włoska firma TechnoAlpin, a jej naturalnym laboratorium – włoski Południowy Tyrol.

Armatki i lance śnieżne są najbardziej widocznymi elementami całego systemu, w skład którego wchodzą niezliczone czujniki, rury, zbiorniki retencyjne na wodę, a także ratraki monitorujące w trakcie pracy grubość pokrywy śnieżnej. Dzięki temu sztuczny – fachowo nazywany technicznym – śnieg jest wytwarzany dokładnie wtedy i tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne, a proces ten jest efektywny zarówno z perspektywy finansowej, jak i ekologicznej.

Sztuczny śnieg, wbrew obiegowej opinii, nie ma w sobie dodatku żadnej chemii. To po prostu woda wypuszczana pod odpowiednim ciśnieniem w odpowiednich temperaturach. Dzięki temu przy właściwej wilgotności powietrza można wytwarzać techniczny śnieg nawet w lekko dodatnich temperaturach. To nie magia, lecz fizyka. Taki śnieg jest zdecydowanie gęstszy od naturalnego, a to za sprawą konstrukcji płatka. Śnieg naturalny to te ładne jak z obrazka płatki śniegu (które niestety, jak się okazuje, jednak się powtarzają). Śnieg techniczny też bywa różny, ale generalnie jest takim jakby ociosanym ze zdobień płatkiem. Z tego powodu jest gęstszy i szybciej zamienia się w lód (czego my, narciarze, z reguły nie lubimy), ale na przykład znacznie lepiej niż naturalny nadaje się na podkład. Z tej perspektywy najlepiej przygotowane stoki to takie, na których naturalny śnieg spadł na wcześniej utwardzoną warstwę sztucznego.

Pogoda dla bogaczy

Jak wykazują szwajcarskie badania, opady śniegu zmniejszają się niezależnie od wysokości ośrodka, tak że ten problem dotyczy zarówno niskich, jak i najwyższych stacji. Jeśli jednak chodzi o wzrost temperatur, tutaj dysproporcja jest olbrzymia. Badacze przewidują, że w perspektywie kilku dekad można w zasadzie zapomnieć o pewności zaśnieżenia w stacjach poniżej 1500 m n.p.m. Sezon będzie tam krótki i, co za tym idzie, biznesowo nieopłacalny. Polskie stacje są oczywiście dalej na północ niż alpejskie, niemniej nie rysuje się przed nimi optymistycznie śnieżna przyszłość. Sezon narciarski w naszym kraju stanie się niezwykle krótki, a uprawianie narciarstwa bardzo drogie. Utrzymanie działających dłuższy czas ośrodków narciarskich będzie biznesowym koszmarem. Banki niechętnie będą finansować niepewne inwestycje, a sprawna infrastruktura sztucznego naśnieżania jest droga zarówno na etapie kupna, jak i w utrzymaniu. W połączeniu z krótszym sezonem ceny karnetów będą musiały poszybować w górę.

Lance śnieżne są prostsze w użyciu i bardziej dyskretne niż armatki. Wymagają dostarczenia im wody pod ciśnieniem oraz sprężonego powietrza. W praktyce pracują od temperatury około -4oC.Lance śnieżne są prostsze w użyciu i bardziej dyskretne niż armatki. Wymagają dostarczenia im wody pod ciśnieniem oraz sprężonego powietrza. W praktyce pracują od temperatury około -4oC. RITTER ARNOLD

Uprawa śniegu

Jednym ze sposobów radzenia sobie z rosnącą temperaturą jest tak zwany snow farming, czyli coś, co chyba najtrafniej można przetłumaczyć jako uprawa śniegu. Technika prosta, ale skuteczna. O tym, jak to wygląda w austriackiej dolinie Kaunertal, opowiadał mi tamtejszy ekspert Daniel Frizzi.

Na przełomie czerwca i lipca zbieramy ratrakami pozostały śnieg z naszych stoków. Usypujemy z niego wzgórza w obrębie lodowca i przykrywamy folią na lato. W ten sposób chronimy śnieg i lodowiec przed oddziaływaniem słońca i wysokich temperatur. Gdy przychodzi jesień i bardziej sprzyjające warunki atmosferyczne, zdejmujemy folię i rozrzucamy to, co zostało, z powrotem na stokach. Tym sposobem jesteśmy lepiej przygotowani na rozpoczęcie sezonu i kaprysy pogody. Mamy śnieg dokładnie tam, gdzie go potrzebujemy.

Takie rozwiązanie zyskuje popularność w wielu ośrodkach, jest jednak możliwe tylko na znacznych wysokościach, w obrębie lodowców. Co więcej, jest dodatkowy punkt krytyczny – susze. Jeśli wody będzie mało, nie wystarczy jej na sztuczne naśnieżanie, a jeśli zabraknie jego, nie będzie też śniegu, który można uprawiać jesienią. W momencie, w którym staniemy przed wyborem, czy woda będzie do picia, czy do jeżdżenia, mimo całej mojej miłości do narciarstwa wybrałbym picie.

Snowmaggedon

Ostatni problem to nieprzewidywalne zjawiska pogodowe. O ile brak opadów śniegu jest problemem oczywistym, o tyle jego nadmiar pewnie nie aż tak. Gdy w górskich miasteczkach i stacjach spadnie duża ilość śniegu w krótkim czasie, a do tego trafi się silny wiatr, zaczyna się snowmaggedon. Zamiera transport, znika zaopatrzenie, nie chodzą wyciągi. W sytuacjach naprawdę skrajnych rośnie zagrożenie lawinowe, wyciągi i zabudowania mogą zostać zniszczone, a ośrodki narciarskie ewakuowane przez służby. Takie rzeczy zdarzają się już co roku w Europie (polecam YouTube’a) i zapewne będą zdarzać się częściej. Sprawią, że koszty ubezpieczenia ośrodków narciarskich będą stale rosły.

Lawinowy wzrost cen

Wszystko to rysuje czarną wizję dla pasjonatów białego szaleństwa. Ośrodków będzie coraz mniej (bo zamkną się te niższe), a skipassy będą coraz droższe. Przychody muszą przecież zrekompensować ogrom środków włożonych w utrzymanie działającej infrastruktury. Ostatnia dekada była pod tym względem już bardzo bolesna dla portfeli, a ceny skipassów w Alpach wzrosły w tym czasie nierzadko o ponad 100%, niewspółmiernie do inflacji.

Dla równowagi można się spodziewać, że będą powstawały nowe wyciągi w najwyższych partiach gór, a niższe stacje zmienią swój „target” na zimową turystykę górską, rowery, lotnie i tym podobne. Rozkwit powinien również przeżywać skitouring, który pozostaje niezależny od infrastruktury. Narciarze napędzani siłą własnych mięśni będą wychodzić w góry, gdy upragniony śnieg w końcu spadnie. Po drodze możemy oglądać pozostałości dawnych ośrodków, takich jak Schladming czy Flachau. Widziałem takie sceny w Argentynie i Boliwii 10 lat temu i przywodziło to na myśl filmy katastroficzne.

Ekostoki

Nowe ośrodki mogą oczywiście powstawać w wyższych górach i być może za 30 lat na narty będzie się jeździło na Ural i Tienszan. Tu powstaje jednak pewien dylemat – dalekie podróże na narty czy ogólniej turystyka, są jednym ze sprawców globalnego ocieplenia. Zwłaszcza podróże samolotem pozostawiają bardzo duży ślad węglowy. Jednak ośrodki narciarskie reagują również na to, inwestując w odnawialne źródła energii i proekologiczne rozwiązania. We wspomnianym Kaunertal w zasadzie cały biznes narciarski jest napędzany elektrownią wodną przy Gepatsch Stausee. To duży sztuczny zbiornik wybudowany w latach 60., który obecnie dostarcza Austriakom zielonej energii. Podobnie jest we wspomnianym Południowym Tyrolu, gdzie stale inwestuje się w energię pochodzącą z wody, wiatru i słońca, co w przypadku włoskiej strony Alp jest trochę łatwiejsze. Działania te są współfinansowane przez Unię Europejską i zmiany widać z sezonu na sezon. Wiele mniejszych działań również ma zmienić biznes narciarski: nowocześniejsze wyciągi, precyzyjna infrastruktura naśnieżania, hybrydowe ratraki (sic! diesel + elektryk do obejrzenia na Kronplatz) sprawiają, że ślad węglowy narciarstwa stale się w tym rejonie zmniejsza. Promowana jest również ekomobilność. Na Kronplatz czy 3 Zinnen pod sam wyciąg da się dojechać pociągiem Pustertal Express. Dzięki temu można zapomnieć o samochodzie podczas pobytu w górach i mieć ekologicznie trochę czystsze sumienie.

To wszystko ruchy w dobrym kierunku, niemniej przyszłość narciarstwa rysuje się czarno. Coraz mniej osób będzie stać na szusowanie po śniegu, w górach, a nie w sztucznych, zabudowanych halach. Co robić? To, co się da: dbać o planetę, głosować na tych, którym klimat jest bliski serca i oczywiście jeździć, póki jeszcze jest po czym.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Donaldy, turbo, boomery i inne, czyli 'przeżujmy' to jeszcze raz. Historia gumy do żucia
  • Telefon, twój wróg - czym grozi nadużywanie smartfona? Telefon, twój wróg - czym grozi nadużywanie smartfona?
  • Medellin - miasto Pablo Escobara Narcos na żywo - relacja z wyprawy do Kolumbii

Polecamy