Wakacje pod "troskliwą opieką". Jak wyglądają wycieczki do Korei Północnej?

- Przecież cię rozstrzelają! - tak reagują ludzie, kiedy mówię, że wybieram się do Korei Północnej. Ostatnie napięcia na Półwyspie Koreańskim sprawiają wrażenie, że kraj ten znajduje się na skraju wojny. Cóż, byłem tam już czterokrotnie.

Osoby interesujące się Koreą wiedzą, że atmosfera wojennego napięcia w tym kraju to nic nowego i prawie co roku media bombardują nas nagłówkami wieszczącymi rychły konflikt nuklearny. Tymczasem turyści odwiedzają ten kraj, znani youtuberzy nagrywają swoje materiały filmowe i… bezpiecznie wracają do swoich krajów. Na portalach społecznościowych krążą tysiące zdjęć z różnych zakątków Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Mimo to pozostaje tajemnicą.

Gdy w 2011 r. po raz pierwszy tam jechałem, niewiele było informacji i relacji na temat Korei Północnej. Przewodniki Lonely Planet? Lista najlepszych knajp na TripAdvisor? Chyba żartujecie. Dlatego stworzyłem portal Pozdro z KRLD, czyli "jedynie słuszny blog o Korei Północnej" i podróżach po tym kraju.

Zacznijmy od tego, że taki wyjazd nie jest dla każdego. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jedziemy do kraju, gdzie istnieją inne zasady zwiedzania niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Często zdarzają się sytuacje niespodziewane, a program może być zmieniony w ostatniej chwili bez podania powodów. Takie niespodzianki też są w pewien sposób częścią i urokiem podróży do Korei Północnej. Jednak kilka wizyt utwierdziło mnie w przekonaniu, że Koreańczycy wcale nie różnią się tak bardzo od nas, Polaków. Mamy wiele cech wspólnych i nieźle się dogadujemy. Zaskoczeni?

JAK TAM POJECHAĆ?

Istnieją biura podróży, które oferują wyjazdy do Korei Północnej. I nie trzeba robić nic specjalnie skomplikowanego, aby tam pojechać. Wystarczy zapisać się na wycieczkę, zapłacić, kupić bilet do Chin i stamtąd razem z grupą udać się na pociąg lub samolot do Korei. Otrzymanie wizy koreańskiej było prostsze niż moja aplikacja o wizę do USA. Wystarczyło wysłać organizatorom wyjazdu skan paszportu, zdjęcie zrobione smartfonem oraz kilka danych na temat miejsca zatrudnienia. I to wszystko.

Wycieczki do Korei nie są jednak tanie. Koszt zależy od długości pobytu i programu, może wahać się między 1000 a ponad 2000 euro za dłuższe lub specjalne wyjazdy. Tygodniowa to około 1300 euro. Można też znaleźć tańsze wycieczki za 500 euro, ale one trwają zaledwie 2-3 dni, z czego większość czasu spędza się w pociągu do Pjongjangu i z powrotem. To zdecydowanie za mało czasu na zwiedzanie, bo wbrew pozorom w KRLD jest co oglądać i z roku na rok lista dostępnych miejsc dla turystów coraz bardziej się wydłuża.

Podróże odbywają się tylko i wyłącznie w grupach za pośrednictwem biur podróży, które współpracują z koreańskimi partnerami w stolicy. Zwykły turysta nie może pojechać sam do Korei i przemierzać kraju na własną rękę. Nie jest to więc wycieczka dla osób, które nie lubią zwiedzania grupowego, w szczególności w dużym, 20-30 osobowym gronie.

Na miejscu możesz być pewien… swego zaskoczenia. Niektórych zadziwia fakt, że to kraj zamieszkany przez prawdziwych ludzi, a nie jakieś roboty, które tylko bezwzględnie wykonują rozkazy z góry. Natomiast dla innych pobyt tam jest szokiem, gdyż wcześniej nie zdawali sobie sprawy, że władza ma aż tak silny wpływ na obywateli, a wszechobecne kontrolowanie turystów po prostu ich odrzuca. Z doświadczenia wiem, że większość osób wraca zadowolona i poleca taki wyjazd innym.

Korea PółnocnaKorea Północna Fot. Emil Truszkowski

POCIĄG DO PJONGJANGU

Podróż do KRLD zawsze zaczyna się z Chin, bo od strony Korei Południowej nie da się wjechać do tego kraju. Po otrzymaniu koreańskiej wizy i biletu wsiadasz w Pekinie do pociągu albo samolotu. Ja preferuję podróż pociągiem. I wcale nie dlatego, że media co roku nadają północnokoreańskiemu przewoźnikowi Air Koryo tytuł "najgorszej linii lotniczej świata". Bardziej chodzi o to, że w pociągu jadącym do Korei można spotkać wielu Koreańczyków wracających z podróży zagranicznych do domu. Co więcej, można z nimi dość swobodnie rozmawiać i nieco lepiej poznać kraj.

W trakcie każdej podróży do Korei w pociągu spotykałem kogoś ciekawego. Raz byli to członkowie władz koreańskich, odpowiedzialni za wymianę kulturową z innymi krajami. Wracali akurat z Tajlandii. Z zapałem tłumaczyli nam, dlaczego Korea potrzebuje broni atomowej, oraz zaserwowali wykład na temat państwowej ideologii Dżucze. I to wszystko płynnym angielskim! Innym razem spotkałem koreańskiego studenta wracającego z uczelni w chińskim mieście Dandong. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że jego wujek pracuje w Chopolu, czyli jedynej spółce z polskim kapitałem, która działa na terenie Korei Północnej (zajmuje się morskim transportem towarów). Kojarzył nawet, kto jest dyrektorem spółki ze strony polskiej.

W pociągowych kontaktach z Koreańczykami bardziej niż znajomość języka koreańskiego przydają się dwie rzeczy: papierosy i alkohol. Koreańczycy lubią palić i chętnie biesiadują. W tym nie różnią się specjalnie od Polaków. Polską wódkę chętnie wspólnie wypiją, a wtedy to już jesteśmy w stanie porozumiewać się po koreańsku, mimo że prawie nie mówię w tym języku. Na podróż koleją zawsze zakładam T-shirt z logo najpopularniejszego piwa w Korei, czyli z browaru Taedonggang, które jest całkiem niezłe, szczególnie jeśli porówna się jego jakość z innymi azjatyckimi piwami, smakującymi zazwyczaj jak woda, a czasem od wody tańszymi. Koreańczycy widząc mnie w tej koszulce zawsze są rozbawieni i od razu stają się bardziej otwarci. Nawet koreańscy celnicy wcale nie są tak straszni, jak niektórzy sądzą. W swoich oficerskich mundurach wyglądają poważnie i robią wrażenie na turystach, którzy po raz pierwszy przyjechali do Korei, ale w rzeczywistości są całkiem uprzejmi i nawet można nieco z nimi pożartować.

Turyści panikują przed kontrolą bagażu w obawie, że coś im zostanie skonfiskowane, bo tak czytali w internecie. Faktem jest, że pewnych rzeczy nie powinno się brać do Korei i każdy turysta jest uświadamiany, co wolno, a czego nie wolno. Na pewno nie wolno brać materiałów religijnych i książek na temat KRLD, gdyż mogą one zostać uznane za wrogą propagandę. I rzeczywiście celnicy potrafią czasem przejrzeć dokładnie wwożone przez was książki albo magazyny.  Wbrew powszechnej opinii do Korei Północnej można wwozić kamery i aparaty fotograficzne. Tablet lub smartfon też nie stanowią problemu (bo i tak nie ma dostępu do sieci ani internetu). Trzeba tylko wpisać wszystko w papierach na granicy.

Reszta podróży od granicy do Pjongjangu przebiega spokojnie, a większość czasu spędza się na oglądaniu widoków za oknem i rozmowach z towarzyszami.

Korea PółnocnaKorea Północna Fot. Emil Truszkowski

"TOWARZYSZE" PODRÓŻY

Kiedy już dojedziesz do stolicy, na miejscu czekać będą koreańscy przewodnicy z państwowego biura podróży. To podstawowy warunek poruszania się po tym kraju. Przez całą wycieczkę jesteś razem z nimi, staną się twymi najlepszymi kumplami. Lub największymi wrogami. Po kilku pobytach w KRLD zrozumiałem, że im lepszy masz z nimi kontakt, tym więcej masz swobody. Lepiej więc traktować ich jak kolegów, którzy oprowadzają po swoim kraju. Jeśli zaczniesz traktować ich jako przeszkodę i agentów, którzy mają cię tylko pilnować, to gwarantuję, że sam będziesz nakręcać się przeciwko nim, a ich obecności stanie się podwójnie drażniąca. Nie warto, gdyż i tak nigdzie nie uciekniesz ani niczego nie zmienisz.

Poza tym ucieczka w tym kraju wcale nie odkryje przed tobą nagle wszystkich jego tajemnic. Bo co zobaczysz za rogiem ulicy lub gdzieś między blokami? Nic. Zwykłe blokowiska i zwykłych Koreańczyków, którzy mają własne zajęcia; nie odgrywają szopki dla turystów. Ja staram się zawsze traktować moich przewodników jak kolegów, z którymi dawno się nie widziałem. Niektórych spotkałem w KRLD już kilka razy w różnych okolicznościach i w momencie spotkania zawsze widziałem, że najzwyczajniej w świecie cieszą się na mój widok. Tym bardziej ucieszyłem się, gdy podczas jednego z wyjazdów okazało się, że nasz przewodnik (o bardzo koreańskim nazwisku Kim) studiuje język polski.

Mało kto wie, że na uniwersytecie w Pjongjangu jest polonistyka i są Koreańczycy uczący się języka polskiego. Obecnie jest ich sześcioro. Biorąc pod uwagę, jak trudny jest nasz język dla obcokrajowca, a zwłaszcza dla Azjaty, przyznaję, że idzie im całkiem nieźle.

Nasz polskojęzyczny przewodnik bardzo interesuje się Polską. Wszędzie nosi ze sobą słownik i ciągle mnie pyta o słówka i wyrażenia. Dla niego kontakt z żywym językiem polskim jest rzadki - w Korei jest garstka Polaków pracujących w ambasadzie. Przez kilka dni wycieczki staję się jego głównym nauczycielem. Na smartfonie pokazuję mu zdjęcia z Polski: Pałac Kultury, Zamek Królewski, stołeczną starówkę. Koreańczyk zatrzymuje się na zdjęciu panoramy Warszawy. Z niedowierzaniem patrzy na wieżowce w centrum.

DWA BRATANKI?

Co Koreańczycy wiedzą o Polsce? Wiele osób kojarzy ją. Co ciekawe, w Korei Południowej na nasz kraj mówi się Polandy, od słowa "Poland", ale tu, w komunistycznej Korei, Polska to... Polska. Wynika to z tego, że PRL i KRLD były w przyjaznych stosunkach aż do 1989 r. Koreańczycy wciąż pamiętają, że w trakcie wojny koreańskiej lekarze z Polski ratowali rannych Koreańczyków w  szpitalu polowym w Hamhung. Ambasada RP do tej pory wspiera szpital, który powstał na miejscu polskiej placówki polowej. Do Polski wysłano wtedy ponad 6000 koreańskich wojennych sierot, które do 1959 r. mieszkały pod Otwockiem i na Śląsku. Prezydent Kim Il Sung odwiedził Polskę dwa razy, a generał Jaruzelski był w Pjongjangu witany z największymi honorami i nawet przygotowano jego wielki portret, który dorównywał rozmiarami portretowi wodza Korei.

Koreański oficer, który oprowadzał nas po strefie zdemilitaryzowanej w Panmunjon, dobrze wypowiadał się o Polsce. Nie rozumiał tylko, dlaczego postanowiliśmy zmienić ustrój z socjalistycznego raju na kapitalistyczny wyzysk. No i przykro mu było, że wspieramy "amerykańskich imperialistów". Wyraziliśmy skruchę i zapewniliśmy go, że nasz kraj nie ma żadnych złych intencji. Potem razem zaśpiewaliśmy największy hit muzyki pop w Korei, czyli piosenkę jedynie słusznego girlsbandu Moranbong - "Chodźmy wszyscy na górę Paektu". A że właśnie mieliśmy jechać na ten szczyt, to cała nasza gromadka nieustannie nuciła tę wszechobecną w Korei piosenkę. Zadziwiająco łatwo wpada w ucho. Nawet jeśli człowiek nie rozumie propagandowego przekazu.

BEZCENNY BANKNOT

Wielu turystów żyje w przekonaniu, że wszystko, co widzą w KRLD, jest ustawką, a dookoła są aktorzy. Po pierwszej podróży przekonałem się, że Koreańczycy wcale nie różnią się aż tak bardzo od nas. Życie toczy się bez względu na to, czy turyści kręcą się z aparatami czy nie. Widać dorosłych, którzy idą do pracy, dzieci idące do szkoły, robotnika niosącego ciężki worek, wędkarza siedzącego nad brzegiem rzeki. Sytuacje niby zwykłe, ale przez fakt, że jesteśmy w Korei, stają się niezwykłe. Chyba w żadnym innym kraju tak dużej uwagi nie przyciągają zwykłe sceny codzienne na ulicy. Odkrywanie tych historii jest jedną z najbardziej fascynujących rzeczy w Korei, o wiele ciekawszą niż monumentalne pomniki ku chwale rewolucji.

To skąd się wzięło przekonanie, że wszystko jest ustawione? Bo nie można poruszać się swobodnie po kraju. Niektórzy próbują rozgryźć, co jest ustawką, a co nie. Ja do tej pory nie wiem, czy po prostu miałem szczęście, że po moim przybyciu na stację metra w Pjongjangu 1 stycznia 2016 r. na peron wjechał dopiero co wprowadzony do służby wagon. I jeszcze koreańska telewizja akurat nagrywająca materiał do wieczornych wiadomości złapała nas w kadrze. Wieczorem w hotelu mogliśmy zobaczyć siebie jako pierwszych obcokrajowców wsiadających do tego pociągu. W trakcie kolejnych wycieczek nie zawsze ten wagon się pojawiał.

Dla mnie każda wizyta w KRLD to nowe doświadczenie i nowe odkrycia. Czasem są to błahe lub zabawne sytuacje, takie jak pierwszy raz, gdy jadłem lody z automatu z małej budki na ulicy. Normalnie turyści nie mogą nic kupować za północnokoreańskie wony i muszą używać zagranicznych walut, którymi można płacić tylko w wyznaczonych sklepach. Nie można tak po prostu wejść do sklepu i kupić koreańskie piwo za koreańskie pieniądze. Dlatego lody kupiła mi moja koreańska przewodniczka, gdy zobaczyła, że automatem do lodów interesuję się tak, jakby to była maszyna z kosmosu. Kosztowały mniej niż złotówkę, ale smakowały naprawdę wspaniale. Moje pragnienie zrobienia zakupów za pomocą koreańskich wonów wywołała kasjerka w restauracji, która niespodziewanie wydała mi resztę w koreańskim banknocie. Banknot o wartości 5000 wonów, czyli około 3 złotych, nagle stał się bezcenny, bo jeszcze nikt nigdy nie wydał mi w ten sposób reszty w tym kraju. Dla kogoś, kto nie był w Korei, może się to wydawać dziwne, ale takie małe zdarzenia nabierają niespotykanej wagi w trakcie wycieczki.

Zakupy w Korei PółnocnejZakupy w Korei Północnej Fot. Emil Truszkowski

Ostatnio jednak i to się zmieniło. W kilku miejscach w Korei Północnej można swobodnie robić zakupy za koreańską walutę. Jednym z nich jest supermarket Kwanbok w Pjongjangu. Chińsko-koreańskie joint venture otworzyło kilka lat temu dom towarowy przy jednej z głównych alei stolicy. Turyści mogą się tam udać, wymienić walutę po rzeczywistym kursie i robić zakupy razem z lokalnymi rodzinami. Bo tu nawet kupowanie towaru w zwykłym supermarkecie staje się atrakcją turystyczną. Tym bardziej że można kupić tanio wiele produktów pochodzenia koreańskiego, niedostępnych w sklepach dla turystów.

A o co chodzi z tym "rzeczywistym kursem" walut? Czyżby był jakiś "nierzeczywisty"? Turyści po przybyciu do KRLD szybko odkrywają, że w jakiś magiczny sposób ceny, choć w koreańskich wonach są niskie, stają się dość wysokie po przeliczeniu na euro. Jak to możliwe? Otóż istnieje oddzielny przelicznik dla turystów, wynoszący 1 euro za około 100 wonów. Rzeczywisty kurs koreańskiego wona to 1 euro za 8640 wonów. Proste porównanie daje nam 86-krotne przebicie! Z tego powodu niektóre rzeczy kosztują tyle samo, co w sklepie lub barze na Zachodzie, np. 2 euro za piwo (200 wonów), 10-20 euro za pamiątkę typu figurka czy album ze znaczkami. Nie oznacza to, że wszystko jest ekstremalnie drogie, w wielu restauracjach ceny, nawet te dla turystów, są bardzo przystępne.

CO ZWIEDZAĆ?

Wyjazdy tematyczne do Korei są coraz bardziej popularne i biura podróży prześcigają się w wymyślaniu oryginalnych programów wycieczek. Wśród atrakcji można znaleźć przejażdżkę rowerową po Pjongjangu i prowincji, surfing na wschodnim wybrzeżu, przejazd pociągiem przez pół państwa, wynajęcie autobusu lub tramwaju w stolicy, pobyt w ośrodku narciarskim, a nawet kurs języka koreańskiego. Oferta i możliwości powiększają się z roku na rok.

W ubiegłym w trakcie pobytu w Korei pojechałem na narty w ośrodku Masikryong i wziąłem udział w biegu na 10 km. Bez nart. Najpierw miał być półmaraton, ale na miejscu okazało się, że na szczęście połówka połówki. Gdy zobaczyłem, że trasa prowadzi pod górkę po stoku narciarskim, nawet ucieszyłem się z takiego przebiegu wydarzeń. Była tak stroma, że większość uczestników pozostała za mną daleko w tyle. Nie żebym był jakiś supersprawny, ale fakt, że niektórzy biegacze z zagranicy palili papierosy tuż przed startem, chyba mi pomógł. Nigdy w życiu nie wygrałem żadnego biegu i kiedy się zorientowałem, że jestem na prowadzeniu i mam realne szanse na zwycięstwo, ruszyłem naprzód jak szalony. Panie na punkcie żywieniowym, ustawionym gdzieś na totalnym odludziu, były kompletnie zaskoczone, gdy nagle wyskoczyłem zza zakrętu, wołając o wodę i banany. Sprint w stronę mety zatrzymała dopiero... rzeka w pod koniec trasy. Musiałem wsiąść do przygotowanego busika, który przewiózł mnie na drugą stronę. Ostatecznie zająłem pierwsze miejsce z czasem 1:00:28. Pierwszy raz wygrałem wyścig! Co więcej, mój rekord chyba jest niezagrożony, bo w tym roku biegu nie ma w planach. Mam wrażenie, że mogę zostać wiecznym czempionem tej trasy. Takie rzeczy tylko w Korei.

Ty możesz za to pojechać na organizowany w kwietniu maraton w Pjongjangu. Bierze w nim udział ponad 1500 biegaczy z całego świata. KRLD odwiedza zaledwie 5 tys. turystów z Zachodu rocznie, więc to imponujący wynik.

W tym roku pojechałem do Korei, by zdobyć najwyższy szczyt kraju, czyli mierzącą 2744 m górę Paektu. W kraterze tego wulkanicznego tworu znajduje się Jezioro Niebiańskie i jest to jedno z piękniejszych miejsc na całym Półwyspie Koreańskim. Oczywiście jeśli trafisz na dobrą pogodę, bo zdobywanie tego szczytu w deszczu lub w zamieci śnieżnej raczej nie należy do przyjemności.

Na szczęście pogoda dopisała i mogliśmy podziwiać niebiańskie krajobrazy. Na szczyt musieliśmy wejść pieszo, bo kolejka gondolowa była w remoncie, ale nie jest to zbyt męcząca wspinaczka. Poza tym można przemaszerować tuż obok koreańskich żołnierzy lub grupek pionierów, którzy kierują się na szczyt. Według oficjalnych północnokoreańskich biografii propagandowych na Paektu w obozie partyzanckim miał urodzić się Kim Dzong Il...

Widok z góry PaektWidok z góry Paekt Fot. Emil Truszkowski

Po drugiej stronie jeziora widać Chiny. Podobno chińską część Paektu rocznie odwiedza kilkaset tysięcy turystów. Tutaj nie ma ich prawie wcale. Są cisza i spokój. Ku uciesze wszystkich działa też roaming przez połączenie z operatorem China Mobile. Nasza grupa rzuca się na telefony, żeby przedzwonić do bliskich, bo przez większość wyjazdu byliśmy odcięci od świata - bez dostępu do internetu i telefonii komórkowej. Korea to idealne miejsce dla kogoś, kto nie chce otrzymywać e-maili ani telefonów od szefa czy klientów. Gwarantuję, że będziesz mieć spokój. Po powrocie i tak ci nikt nie uwierzy, gdzie byłeś. Po raz kolejny przekonałem się, że natura Korei jest niesamowicie piękna. Góra Paektu, góry Diamentowe (Kumgangsan), Myohyang i Chilbo - dla miłośników natury i wspinaczki jest tutaj mnóstwo miejsc nienaruszonych przez człowieka.

OSTRYGI NA BENZYNIE

Korea Północna raczej nie kojarzy się z piwem, ale w 2016 r. w Pjongjangu zorganizowano pierwszy browarowy festiwal: Taedonggang. Koreańska wersja Oktoberfestu miała się odbyć także i w tym roku, ale została w ostatniej chwili odwołana. Z bliżej nieznanych przyczyn. I, niestety, nie dane nam było spróbować nowego, ósmego, smaku piwa Taedonggang, mającego mieć premierę na festiwalu.

Wielka szkoda, bo akurat planowaliśmy wziąć udział w obchodach Dnia Zwycięstwa w  Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. W Korei Północnej 27 lipca to dzień, kiedy świętuje się pokonanie "amerykańskich agresorów" w wojnie koreańskiej w latach 50. W tym roku uroczyste obchody zawieszono z powodu trwającej od samego rana ulewy. Pokaz fajerwerków też odwołano.

Za to następnego dnia mogliśmy posłuchać w koreańskich wiadomościach o odpaleniu większych "fajerwerków" pod postacią rakiety balistycznej. W ramach świętowania pozostała nam wizyta w lokalnym pubie, gdzie z kija można spróbować siedmiu rodzajów miejscowego piwa o bardzo poetyckich  nazwach: Numer 1, Numer 2, Numer 3... Taka moda. Na szczęście trunki różnią się smakiem i składnikami.

Piwo w Korei produkowane jest z domieszką ryżu. Można zamówić piwo w 100% pszeniczne oraz mieszankę z ryżem - w 30% lub 50%. Próbowałem też piwa ciemnego w dwóch odmianach. Jest co w Korei degustować, a jak zapragniesz napić się czegoś mocnego, to możecie sięgnąć po soju, czyli koreańską wódkę ryżową. Ma około 25% zawartości alkoholu i dobrze komponuje się z koreańską kuchnią. Dla miłośników ostrych wrażeń jest też wódka z węża. Smakuje jak mocna wódka ziołowa, ale nie każdy jest w stanie przemóc się i wypić alkohol z macerowanym gadem.

Czasem jednak mocniejszy alkohol jest wskazany. Nie wyobrażam sobie na przykład jedzenia koreańskich małży grillowanych za pomocą benzyny bez popicia soju. Małże na benzynie to taki specyficzny przysmak, który można zamówić w paru miejscach w Korei. Mięczaka kładzie się na palenisku i polewa benzyną z plastikowej butelki. Trzeba tylko uważać, żeby butelka nie zajęła się ogniem. Jeśli towar nie otworzy się w trakcie pieczenia, to podczas konsumpcji nawet nie czuć zapachu benzyny - przynajmniej tak twierdzą przewodnicy. Ja raz spróbowałem i wystarczy mi na jakiś czas. Osobom, które nie przepadają za takim sposobem grillowania, polecam pjongjański makaron na zimno. Jest koloru czarnego, bo zrobiono go z gryki. Całość podawana jest w bulionie z wołowiny i wieprzowiny z ogórkiem, kapustą kimchi i gruszką koreańską. Świetne danie na upalne, letnie dni. Za to trochę dziwnie je się tę potrawę w środku zimy, gdy na zewnątrz jest minus 20 st. C, w restauracji siedzisz w kurtce, a w zupie pływają kostki lodu.

DO ZOBACZENIA WKRÓTCE W PJONGJANGU!

Na powroty z Korei wybieram już nie pociąg, ale samoloty Air Koryo, które mimo że wyglądają jak za czasów zimnej wojny, to jednak oferują dość szybki transport z Pjongjangu do Chin. W tym roku miałem przyjemność przelecenia się pierwszy raz klasą biznes. W strefie VIP na lotnisku tak mi się spodobało, że popijając kawkę, zapomniałem o odlatującym samolocie. Obsługa przypomniała sobie o mnie dopiero gdy przybiegł pilot (sic!), by wezwać mnie do samolotu. Jako ostatni pasażer wyszedłem z lotniska. Była 8:30 rano i był to jedyny poranny lot. Na pokładzie dostałem deser czekoladowy, koreańskie piwo oraz legendarnego koreańskiego hamburgera. Raczej bułkę z mięsem, bo w Korei nie nazywa się tej potrawy hamburgerem. Szkoda, że przeurocza stewardesa nie chciała sobie ze mną zrobić zdjęcia. Ale każdy turysta chce sobie z obsługą strzelić selfie. A ci ludzie przecież muszą pracować.

Z niektórymi poznanymi Koreańczykami zaprzyjaźniłem się, mimo że nie mam z nimi kontaktu na co dzień, bo w Korei nie ma Facebooka, e-maila ani innych komunikatorów internetowych. Mój przewodnik z polonistyki, zawsze gdy wyjeżdżam z Korei, pyta: "Emil, kiedy znowu przyjedziesz?".  

Komentarze (47)
Wakacje pod "troskliwą opieką". Jak wyglądają wycieczki do Korei Północnej?
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • spinaker99

    Oceniono 31 razy 11

    Jeżdżenie do PISolandu jest takie same.Jadę zy tydzień i już przygotowuję akty chrztu bo ponoć
    na granicy PISowscy pachołki sprawdzają

  • artur-borubar

    Oceniono 52 razy 10

    Gratuluję pomysłu. Jeżdżenie do Korei Północnej na wycieczki jest na tym samym poziomie, jak wycieczki do działającego obozu koncentracyjnego. W 1943 r. pan Emil byłby zapewne stałym bywalcem w Auschwitz. Za dopłatą może mógłby sobie pooglądać gazowanie ludzi na żywo. To byłby dopiero reportaż!!!!!

  • wloczykijas

    Oceniono 24 razy 8

    Nie chcę osądzać tego pana, ale przygotowywane przez niego materiały nt. KRLD (widziałem je we fragmentach) wydają się "ocieplać" wizerunek tego reżimu. Każdy ma jakiś swój pomysł/sposób na życie, dla tego pana są to wycieczki i materiały o KRLD. Nie wydają się one jednak do końca obiektywne. Ok, rozumiem, że w tym kraju także żyją ludzie, pracują, bawią się etc. i pokazanie go od takiej "ludzkiej" strony nie jest samo w sobie złe, ale przecież pracownicy służb północnokoreańskich pokazują przybyszom z zagranicy - z reguły - jedynie stolicę ii wybrane miejsca w kraju. Nie do końca wiemy jak wygląda życie poza tymi pokazywanymi obcokrajowcom "strefami", a możemy się domyślać, że pozostawia wiele do życzenia. Ten pan ma przypuszczalnie nad sobą jakichś pracowników służb dyplomatycznych/krajowych Korei Płn. i z tego w jakiś sposób korzysta (oni także), a więc wydaje się to jednak dwuznaczne... Nie chcę też przez to powiedzieć, że wszędzie dobrze, tylko w Korei Płn. - nie, bo różnego rodzaju problemy społeczne występują na całym świecie - także w Polsce. Kora Płn. nie jest także jedynym reżimem na świecie, także wiele "demokracji" ciąży ku może nie takim samym, ale podobnym rządom ("demokracji", ale też poszczególnych władz samorządowych czy też prywatnych firm, korporacji...). Rządy totalne to nie tylko te w Pjongjangu. Jednakże "wybielanie" reżimu, a takie wrażenie pozostawiają niekiedy materiały tego pana, nie jest czymś budzącym szczególne uznanie.

  • cefek

    Oceniono 37 razy 7

    Pasie dewizami krwawy rezim, kretyn, i jeszcze sie tym chwali.

  • Cukrowski Mariusz

    Oceniono 5 razy 3

    Ogladam filmy Emila na Youtube. Nie tylko te o KRLD ale rowniez te o innych jego podrozach i codziennym zyciu w Japonii. Niektore z tych filmow sa ciekawe, zabawne i zawieraja duzo faktow. Nie do konca zgadzam sie z pogladami Emila. Spedzilem duzo czasu w Koreii Poludniowej, 14 lat mieszkalem z koreanka z Seulu, wiem jak agresywnym panstwem jest KRLD. Sadzilem jednak, ze KRLD nie ma nic do stracenia i w zwiazku z tym moze zaatakowac poludniowego sasiada kiedy badz. Emil pokazal, ze KRLD jednak cos tam stworzyla, ze sa nowe ulice z imponujacymi domami, ze jest bardzo dziwne ale duze i funkcjonujace miasto Pyongtang. Te jego filmy dodaly mi troche otuchy, ze moze Kim Jong-Un jednak nie podejmie tak lekkomyslnie decyzji o uwiklaniu sie w wojne z USA i Korea Poludniowa.

  • wkkr

    Oceniono 10 razy 2

    Nie lansujcie tego człowieka. Bez współpracy z Koreańskimi służbami nic by tam nie zrobił.
    PS
    Dlaczego przemilczacie że w pakiecie extra jest możliwość kilkunastoletniej odsiadki za drobne wykroczenie?
    Trzeba być szalonym by jechać do kraju w którym za byle bzdurę można stracić życie.

  • etykieta.zastepcza

    Oceniono 6 razy 2

    Także bardzo ciekawa relacja z podróży do KRLD: vienna-pyongyang.blogspot.com

  • kroliklesny

    Oceniono 24 razy 2

    Dzieki autorze, ciekawie piszesz i co najwazniejsze- bez nachalnej propagandy. Przeciez ten, co bedzie chcial i tak tam pojedzie, wiec po co go indoktrynowac? Pozdro! PS. Drodzy czytelnicy- kimczi to naprawde wstrzasajace przezycie!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX