Wszystko, czego nie wiesz o Chile

Piękno Chile - na zdjęciu Patagonia

Piękno Chile - na zdjęciu Patagonia (Carlos Diaz / mat. prasowe)

Jak dolecieć, co zobaczyć, co zjeść i przede wszystkim co wypić w Chile? Polecieliśmy na ten koniec świata. Albo może właśnie jego początek?

Jak dolecieć do Chile?

Do Chile leci się sto lat. Człowiek wsiada do samolotu ogolony, wysiada zarośnięty. Z samego Paryża długie 15 godzin, nad Atlantykiem trzęsie, dzieciaki w kabinie dają się we znaki, brakuje dobrych filmów, by wypełnić tę podróż. Ale to taki wstęp do poznania Chilijczyków, z którymi można się solidaryzować już w kabinie samolotu. Bo oni właściwie wszędzie mają daleko, co na miejscu okaże się uniwersalnym tematem do small talku. Do USA? 10 godzin. Do Australii? 15 godzin. Do Azji? Z przesiadkami ponad dobę. I wszędzie jest drogo – gdyby Michael O’Leary, prezes Ryanaira, zobaczył tamtejsze ceny „tanich lotów”, popłakałby się ze śmiechu.

Jaka jest temperatura w Chile? 

Pierwsze wrażenie: „Cholera, zimno tu”. Bo u nich jest odwrotnie – kiedy u nas jest zima, u nich lato, kiedy u nas lato, to u nich (nie za sroga, ale jednak) zima. Podobnie jak Włosi czy Hiszpanie nie przepadają za centralnym ogrzewaniem, co warto mieć na względzie, wybierając piżamkę. Mam na myśli oczywiście Santiago, czyli centralną część kraju. Bo Chile to kraj przedziwnie długi. Gdyby przyłożyć go na Europę, to jego północny kraniec sięgałby norweskich fiordów, a południowy – plaż Maroka. Przy tym jest bardzo wąski – nikt nigdy nie pyta: „Jedziesz na wschód czy zachód”, jedynym pytaniem jest: „Jedziesz w górę czy w dół?”. W najszerszym miejscu Chile ma 445 km. Leży w czterech strefach klimatycznych, przez co prognoza pogody w telewizji jest ciekawa – u jednego Chilijczyka zamieć śnieżna, u drugiego tropikalny upał. Są lodowce na południu, wiecznie zielone lasy na północy i liczące wiele tysięcy metrów góry na wschodzie. Jest też najbardziej jałowa pustynia na świecie - niektóre zakamarki Atakamy nie zaznały kropli deszczu od 400 lat. To tam kręcono „Quantum of Solace” (Pamiętacie? Podpowiem: Olga Kurylenko w czarnej sukience). Na tym skojarzenia z kultury masowej na dobrą sprawę się kończą, a na słowo Chile niewiele staje przed oczami i trudno coś charakterystycznego znaleźć na pocztówkach.

Chilijski krajobrazChilijski krajobraz Marcin Kasprzak

Brazylijczycy mają Jezusa w Rio, Maracanę, sambę i karnawał, Argentyńczycy tango, Evitę i Maradonę. Nawet Peru się trafiło Machu Picchu. A Chilijczykom? No właśnie. Santiago nie ma tak kolonialnej starówki jak Lima, nie jest tak roztańczone i energetyczne jak Rio, nie ma tylu atrakcji co Buenos. Czujesz się tu trochę jak w Barcelonie, ale jest bezpieczniej – nie ma tylu kieszonkowców. Bonus: nie ma też karteli narkotykowych, wojen gangów, jest w miarę czysto i porządnie – szerokie ulice, nowoczesne centra handlowe, drapacze chmur ze szkła i stali. No i na miasto spoglądają majestatyczne góry.

Chile to wyspa

Chilijczycy twierdzą, że ich kraj to wyspa – bo z jednej strony obmywają go wody oceanu (niestety dość chłodne, co nie sprzyja plażowaniu), z drugiej odgradzają od reszty świata potężne Andy (z kilkoma siedmiotysięcznikami). Żeby dostać się drogą lądową do innego kraju, trzeba spędzić minimum 8 godzin w samochodzie, jadąc krętymi górskimi drogami. Dlatego jedynym sensownym środkiem lokomocji pozostaje samolot, bo łódką za bardzo nie ma tu gdzie popłynąć – no, może na Wyspę Wielkanocną, która należy do Chile (to ta, gdzie jest tysiąc pomników moai – od kilku wieków trwa dyskusja, po co je stawiano, ale turyści się cieszą). – Czemu nie macie kolei szybkich prędkości? Skoro jesteście tacy bogaci, to aż się prosi puścić takiego shinkansena czy TGV z południa na północ. Pracujecie nad tym? – spytałem Marcela, naszego przewodnika. – My, prawdziwy Chilijczycy, wolimy samochody – odpowiedział ucinając temat i wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z Damą, Chilijką o pięknych czarnych oczach. Chyba to ich dyżurny temat przed wyborami, coś jak u nas plany zagospodarowania placu Defilad w Warszawie, od zawsze kończące się tylko na mniej lub bardziej udanych wizualizacjach.

Życie w Chile

Nie chcę mówić za wszystkich, ale moja główna refleksja po pobycie w Chile była taka, że my, Europejczycy, mamy słabe pojęcie o Ameryce Łacińskiej. Dla nas każdy kraj w tamtej części świata wydaje się być krainą pełną roztańczonych ludzi na kolonialnych starówkach, faweli, karteli narkotykowych, kobiet z krągłymi pośladkami i macho w obcisłych T-shirtach, którzy marzą, by wyemigrować na Florydę. Otóż nie. Chilijczycy śmieją się z takiego podejścia. Oni odcinają się od swoich sąsiadów. Uważają się za bardziej zorganizowanych, poważniejszych i bardziej europejskich. Nazywając rzeczy po imieniu: czują się lepsi. Ma na to wpływ zapewne wyższy poziom życia – Chile przoduje w statystykach: pensja jest porównywalna do polskiej, PKB rośnie jak na drożdżach, eksport szaleje. Tymczasem Argentyna w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zdążyła zbankrutować kilka razy, w Boliwii rządzi ekscentryczny prezydent, Paragwaj ma opinię najniebezpieczniejszego kraju regionu i królestwa podróbek, a Wenezuela jest całkowitym bankrutem. – Po co miałbyś jechać do Wenezueli? Przecież tam jest pusto, nikt nie został, wszyscy wyemigrowali do nas, do Chile – żartował przewodnik Marcelo. Potwierdza to przeogromna kolejka w centrum Santiago, gdzie kilka tysięcy osób od rana czeka na spotkanie z urzędnikiem migracyjnym, by przybił im w paszporcie kolejną pieczątkę przedłużającą wizę.

Co to jest pisco? 

Chile ma „kosę” z Boliwią, którą odcięli od morza. Z Argentyną, bo rywalizują ze sobą kibice tamtejszych klubów piłkarskich, a każdy mecz Chile-Argentyna rozdrapuje rany. Peru? Konkurują między sobą o to, kto ma lepszą wełnę z alpaki i kto wymyślił pisco – narodowy trunek obu krajów. I tu przechodzimy do istoty chilijskiej duszy, bo pisco to najważniejszy element ich tożsamości. Co to takiego? To brandy, ale bliżej jej w smaku do włoskiej grappy niż do koniaku. Powstaje z fermentowanych i poddanych destylacji winogron – zazwyczaj destylacja jest pojedyncza, ale zdarzają się warianty destylowane trzykrotnie. Może być starzona – wówczas na butelce ma napis „anejo”, ale nie istnieją żadne zasady mówiące, jak długo musi leżeć w beczce, by zyskać to miano. Tym bardziej, że o ile koniaki czy whisky trzyma się w beczkach latami, o tyle pisco spędza w beczce zaledwie miesiąc, czasem trzy, a pół roku to dla Chilijczyków już „długo”. Zdarzy się oczywiście destylarnia, która przetrzyma je nawet dziewięć lat, jak Bou Barroeta, ale to raczej efekciarstwo – ponoć zamożny Chińczyk czy Rosjanin gustuje w „ciemnych alkoholach” i patrzy głównie na kolor, a im jest ciemniejszy, tym jest w stanie zapłacić więcej. W Chile koneserzy chwalą akurat wariant przezroczysty, czyli „pisco transparent”.

Magazyny skrywające beczki z piscoMagazyny skrywające beczki z pisco Marcin Kasprzak

Chillijskie brandy, czyli pisco

– Kiedyś we francuskim regionie Cognac powiedziano mi, że powstaje tam dobry koniak, gdyż winogrona były tak złe, że nie nadawały się na wina. Tu, w dolinie Limari, też są tak złe, że winiarze kręcą nosem i dlatego wymyśliliście pisco? – zapytałem przekornie jednego z szefów destylarni. – Absolutnie nie! – chyba uraziłem Chilijczyka zarzutem, że ich winogrona mogą być słabe. Dowód? Z tej doliny pochodzi mnóstwo doskonałych win – głównie szczepów sauvignon, chardonnay, syrah i pinot noir. Zresztą chilijskie wina także świetnie sprzedają się w Polsce – Concha y Toro można kupić chyba na każdej stacji benzynowej. Gorzej z pisco, z którym chilijczycy obudzili się dosyć późno. Ale planują nadrobić zaległości.

Tequila znana jest na całym świecie, rum w różnych odmianach można kupić wszędzie, brazylijska cachasa zyskuje na popularności, a pisco? Nawet odwiedzający ze mną Chile Argentyńczyk, barman pierwszej wody, laureat wielu konkursów barmańskich, był w szoku, jak to możliwe, że w ogóle tego produktu nie znał (a znał niemal wszystko: od polskiej wyborowej po niszowe azjatyckie łyskacze). Myślał, że to również jakaś nisza.
Czemu pisco jest tak mało znane na świecie? Aż 85 proc. produkcji konsumują Chilijczycy. Mało tego! Peruwiańczycy, którzy również produkują swoje pisco, sprzedają je… głównie Chilijczykom, jakby ci swojego mieli mało. Nie wiadomo, czy to powód do dumy, ale Chilijczycy chwalą się, że statystyczny mieszkaniec kraju wypija nawet 20 razy więcej pisco niż Peruwiańczyk. Oczywiście trwa odwieczna dyskusja, kto pierwszy wyprodukował ten alkohol – jak w przypadku Rosjan i Polaków na temat wódki. Ów spór doprowadził do embarga na import peruwiańskiego pisco do Chile w 1961 r. W odpowiedzi, 30 lat później (liczy się szybkość reakcji!), Peru wprowadziło analogiczne embargo na pisco z Chile. Dziś już tego konfliktu nie ma, a organizacje zrzeszające producentów, często ponadnarodowe, chcą promować pisco jako rodzaj alkoholu. Konkretne marki, czy to chilijskie, czy peruwiańskie, wypromują później.

Hacjendy z telenoweli

Przewaga pisco to jego lokalny, rzemieślniczy charakter. To zazwyczaj rodzinne biznesy, mała skala produkcji, bardzo tradycyjne metody. Odwiedzając destylarnie człowiek się czuje jak w telenoweli brazylijskiej – wielkie haciendy otoczone winnicami, syn właścicieli ma siedem imion, z czego jedno to Juan, do pięknej córki wzdychają ogrodnicy. Niewiele tu komercji, więcej ludzkich historii – że ojciec umarł i interes poszedłby na zmarnowanie, ale trzy córki wzięły sprawę w swoje ręce i prowadzą biznes z sukcesami (to o pisco Armidita), że kuszeni przez międzynarodowe koncerny wciąż wierzą w tradycję i produkt i odrzucają coraz większe kwoty kładzione na stół przez gringo w drogich garniturach (to o pisco Bou Barroeta).

Europa Zachodnia i Amerykanie, którzy co sezon potrzebują „nowinki” i dla których najważniejszym elementem jest dzisiaj „prawda”, powoli zakochują się w pisco. Zdarza im się odwiedzić regiony La Sereny, gdzie pisco powstaje. Przykładem jest niezwykle turystycznie atrakcyjny rejon doliny Elqui, gwarantujący ciekawe widoki – na szczytach leżą resztki śniegu, na zboczach gór rosną kaktusy, w dolinach dojrzewają w słońcu winogrona. Pod winoroślami wygrzewają się krowy, całości strzegą Chilijczycy w kapeluszach z płaską główką. W tamtejszych knajpach rządzi pisco, które pije się na dwa sposoby. Z colą, wówczas nazywa się to zabawnie „piscola”. Producenci oczywiście przewracają oczami, jak ktoś „bezcześci ich produkt premium marną cola”, ale Chilijczycy zamawiają piscolę na potęgę – więcej niż co drugi litr pisco wypijany jest w takim bieda-drinku. Drugim drinkiem jest pisco sour – z sokiem z cytryny lub limonki, angostury (to taki koszmarnie drogi likier z Trynidadu i Tobago, składnik m.in. drinka Old Fashioned) i kurzego białka. Serwowany jako aperitif, bo zaostrza apetyt. Jest lansowany na chillijskie Cuba Libre i małymi krokami trafia do barów na całym świecie (sprawdź w swoim ulubionym w Polsce).

Czy kurczak to mięso?

Co do apetytu – zapytałem Gwen ze związku producentów pisco, co rekomenduje z kuchni chilijskiej i czy ogólnie ją sobie chwali. – W Chile jesteśmy na tym etapie, że lubimy wszystko, co zagraniczne – ubrania, sklepy, muzykę i przede wszystkim jedzenie. Mamy świetne knajpy z sushi czy burgerami, zajadamy się hinduską kuchnią, a dania regionalne traktujemy jeszcze po macoszemu. Mamy świetne produkty, ale dopiero uczymy się je wykorzystywać – stwierdziła. Czyli, w moim odczuciu, trochę jak Polska sprzed 10 lat – pizza, pizza, kebab, kebab, trudno było zjeść na mieście dobre flaki i pierogi. – Z tego się wyrasta, nie martw się – mój komentarz przypadł jej do gustu. Co zabawne, nawet dania „typowo chilijskie” muszą tu mieć międzynarodowy sznyt – np. churrasco italiano, czyli bułka z plastrami wołowiny i warzywami. A czemu italiano? Bo kolorki we włoską flagę – zielone awokado, biały majonez i czerwony pomidor.

Typowe chillijskie danie - lomo o lo pobre, czyli 'mięso biednego mężczyzny'Typowe chillijskie danie - lomo o lo pobre, czyli 'mięso biednego mężczyzny' Marcin Kasprzak

Gwen to ciekawa postać. I zawsze ma rację. Jest pół-Palestynką, ma siostrę w USA, zwiedziła cały świat i potrafi mówić o Chile nie tylko w samych superlatywach. Ja jednak na chilijskiej kuchni nie stawiałbym kreski. Była prosta, męska, treściwa – pod hektolitry wypitego pisco każdego dnia idealna. Królują oliwki, ziemniaki, quinoa i przede wszystkim mięcho. Wołowina, baranina, kurczak, ale – co zabawne – kurczaka w menu często nie znajdziesz w dziale „mięsa”. Mają swoje własne chili, sprzedawane też na lotniskach jako souvenir. Sam je kupiłem i wręczyłem kolegom ze słowami: „Mam dla ciebie chili z Chile”. Ot, taki suchar słowny.

Chillijska kuchnia

Ucztę chilijską zaczyna się od empanadas – pieczonych pierogów z mięsem lub warzywami, to popularna przekąska w krajach hiszpańskojęzycznych. Albo sopaipillas – czyli małe placki na bazie mąki, dyni, smażone w głębokim tłuszczu, taki typowy „street food” – można umorusać go sosem, musztardą albo pebre, czyli typową pastą z pomidorów i kolendry. Podawane wprost z wózka sklepowego przerobionego na grilla kosztują w Santiago kilkadziesiąt groszy. W wersji bardziej eleganckiej, w miłej knajpce, na przystawkę serwuje się pyszne ceviche, czyli surową rybę marynowaną w soku z limonki, z dodatkiem chili i cebuli. Dzięki tej miksturze ryba „gotuje się na zimno”, zmieniając kolor na biały. Chilijczycy mają tak długą linię brzegową, że nie może zabraknąć ryb i owoców morza, dlatego na danie główne zdarzy się ośmiornica, krewetki czy ryby. Ale w kuchni chilijskiej najważniejsze jest mięso. Ich flagowa potrawa to bistec a lo pobre – czyli w luźnym tłumaczeniu „mięcho biednego faceta”. Co to? Kawał wołowiny (grubości nawet kilkunastu centymetrów), serwowany z górą frytek, stosem smażonej cebuli i trzema jajkami sadzonymi na górze (jakby mało było cholesterolu). Oprócz pisco to kolejny z powodów, by polecieć na ten koniec świata. Albo jego początek.

Zobacz także
  • Luksusowy jacht na kołach. California Ocean kosztuje niemało, ale jak wygląda! Dom na kołach | VW California
  • Szarpana wołowina: 3 pomysły Szarpane mięso: 3 pomysły
  • DJI Osmo X3 i Removu K1 Test nowych gimbali
Skomentuj:
Informacje o Chile w pigułce
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy